widzimy
| 19 stycznia 2013 ]

Spięty, gdzie jesteś?

Ksiądz Roman, jak słyszy słowa „jestem wierzący, ale niepraktykujący”, to szlag go trafia i nóż mu się w kieszeni otwiera. Jak ktoś tej popularnej frazy używa, to lepiej żeby nogi brał za pas, bo dostanie po głowie boleśnie.

Ksiądz kanonik Roman wydedukował więc, że Kościół to jest pokarm dla wiary w Boga. Skoro więc ktoś śmie twierdzić, że „w Boga wierzy, a w Kościół już nie”, to tak jakby „żył, a nie jadł”.
Więc jak ksiądz kanonik słyszy słowa: „wierzę w Boga, nie wierzę w Kościół”, wpada w furię i odpowiada: to nielogiczne! To tak jakbyś żył, ale nie jadł! Tak się nie da! Tak nie można!

W przekonaniu o wypełnianiu ewangelizacyjnej posługi również i ja pozwalałem sobie używać tej rzutkiej retoryki. Ale niedługo. Do czasu, gdy usłyszałem nowy utwór Lao Che „Dym”.
Tu następuje czas szczególnego skupienia, o które proszę zwłaszcza Marcina Suskiewicza, przystępuję bowiem do bezceremonialnej interpretacji tekstu autorstwa Huberta „Spiętego” Dobaczewskiego.

Jeszcze chwilę temu Spięty był bożyszczem katolików. Spraszano go na katolickie eventy i udzielano mu głosu w katolickich mediach. Bo Spięty nie poddał się manierze katolickiego rocka, o Bogu owszem śpiewał, ale między wierszami.

W „Gospel” – dla przypomnienia – nawoływał np., żeby „otworzyć serca garaże, bo jedzie do nas Zbawiciel Diesel, gdy jesteśmy w potrzebie”. Spięty już wtedy nie przebierał w słowach. Już wtedy śpiewał, że do kieliszka z wódką zagląda regularnie i dziwił się, „że Bóg, który jest wszechmogący może obrażać się naszymi grzechami”.
Teraz Spięty śpiewa, że „rzuca palenie i Kościół”. O ile „do pierwszego jeszcze czasem wraca, do drugiego już nie”, bo Spięty „nie jest łatwy w związkach – to jedno, a w tych wyznaniowych to już na pewno”.

Spięty, jako że jest mistrzem słowa i fachowcem od ekwilibrystycznych figur retorycznych, w dwóch zdaniach zamyka to, co chodzi po głowach tysięcy Polaków. W dalszych wersach śpiewa, że „gdy wspólnota ramieniem go garnie, niby się tuli, ale trzyma gardę”.

Spiętemu, jak mniemam, wspólnota się popsuła. Spięty nie jest pies, żeby za przeproszeniem szamać co popadnie. Spięty jest wymagający. To jest chłopak w dużej potrzebie. Zdziwi się ten, kto Spiętego skojarzy z Marią Peszek. Otóż, szanowni państwo, nikt tak bardzo nie chce być w samym środku Kościoła jak Spięty właśnie! Ale coś mu wadzi, coś go swędzi, coś ciągle szturcha go w łokieć i to nie daje mu spokoju.

Spięty szuka Boga. Twierdzi nawet, że Go odnalazł, ale niestety „nie słyszy Głosu w Jego Domu”. Spięty usłyszał tam tylko „pogłos”.

W lutowo-marcowej „Więzi” przeczytałem, że nasze pokolenie już takie jest. Twierdzimy, że nasza wiara jest indywidualna.

Nie jest jednak tak, że nie chcemy słuchać o Bogu. Jest wręcz przeciwnie. Bóg jest nam potrzebny. Chcemy o nim słuchać i chcemy nim żyć. Być może problem leży w innym miejscu. Być może Kościół przestał spełniać rolę pośrednika?

Biskup Grzegorz Ryś w jednym z ostatnich numerów „Tygodnika Powszechnego” napisał: 3 × TAK! Chrystus – TAK! Kościół – TAK! Eucharystia – TAK! I po chwili cytował Pawła VI: „to właśnie żyjąc życiem Kościoła, jego członkowie zostają uświęceni; odsuwając się od jego życia, upadają w grzech i nieład, które powstrzymują promieniowanie jego świętości”.

W Księdze Rodzaju czytam natomiast, że gdy pierwszy człowiek zerwał owoc z drzewa poznania dobra i zła, schował się przed Bogiem. Ze wstydu. I Bóg miał zawołać: „Gdzie jesteś?”.

Dziś Spięty śpiewa – chyba bardziej do Kościoła niż do Boga – „Gdzie jesteś?”.

Można mu oczywiście odpowiedzieć, że jest nielogiczny, bo niby żyje, a przecież nie je.

Ale można też Spiętego zrozumieć. Takich jak on jest tysiące. Największą dziś grupą wyznaniową w Polsce są przecież „byli katolicy”. I jak się okazuje, oni nie przekreślili jeszcze Kościoła. Spięty szuka Kościoła. Chodzi jednak o to, żeby nie tylko on szukał, ale żeby też Kościół chociaż na chwilę zamienił się w Boga i zakrzyknął: „Spięty, gdzie jesteś!?”.