widzimy
| 6 marca 2015 ]

Stracona szansa na pozytywną ortodoksję

Przez ostatnie trzy dni ogólnopolskie media mniej lub bardziej intensywnie wspominały o „akcji reklamowej” realizowanej na plakatach i bilbordach w kilku większych miastach Polski. Akcja prowadzona przez Krajowy Ośrodek Duszpasterstwa Rodzin, działający przy Konferencji Episkopatu Polski, miała pokazać problem par żyjących wspólnie bez zawarcia sakramentu małżeństwa. Uzmysłowić, że miłość zawsze wiąże się z odpowiedzialnością i nie ma w niej miejsca na lęk przed pojawieniem się dziecka czy dozgonnym przyrzeczeniem wierności i wzajemnej troski małżonków. Tak sprawa przedstawia się w teorii. Praktyka każe myśleć o niej zupełnie inaczej.

Plakat przygotowany przez Krajowy Ośrodek Duszpasterstwa Rodzin

Przedstawiony na plakatach wizerunek jasno sugeruje, z jakim przekazem mamy tutaj do czynienia. Dłonie splecione ze sobą za pomocą węża, którego znaczenia nie trzeba chyba nikomu wyjaśniać, i rzucający się w oczy napis: „Konkubinat to grzech. Nie cudzołóż!”.

Abstrahując od estetycznej wartości bilbordu, można bez problemu zauważyć, że w swojej atakującej czytelnika formie ma za zadanie dokonać jasnej i niepodważalnej selekcji, bez cienia niuansu. Jesteś konkubentem – jesteś cudzołożnikiem. Wstydź się. Kropka.

I choć z punktu widzenia wiary katolickiej taki pogląd w jakimś stopniu jest uprawniony, to forma jego przekazu bardzo jasno pokazuje, jak snuje się narracja w głowach wielu ludzi Kościoła. Narracja, którą można by wyrazić w sformułowaniu: „musimy być kontra, w przeciwnym razie zło wedrze się w nasze szeregi i nas zniszczy”. W tym miejscu jednak w prosty sposób cała akcja bierze w łeb, bo kiedy Ewangelia zostaje głoszona kontra czemukolwiek lub komukolwiek, szybko zmienia się w dysangelię, złą nowinę, która nie przynosi wyzwolenia, ale totalitarny ucisk.

Czy można przez to powiedzieć, że konkubinat kobiety i mężczyzny (prowadzący dość nieuchronnie do pozamałżeńskiego współżycia seksualnego) jest w porządku i nad całą sprawą powinniśmy spuścić zasłonę milczenia? W żadnym wypadku. Stracono natomiast fantastyczną okazję do pokazania piękna małżeństwa i tego, jak wspaniałą i całkowicie różną od dotychczasowego życia partnerów perspektywę ono proponuje.

Akcja nie wnosi do sprawy właściwie nic nowego. Tym, którzy żyją zgodnie z nauczaniem Kościoła, głosi prawdę oczywistą. Tym, którzy są na bakier z określoną przez niego moralnością − również, choć będzie to dla nich prawda kompletnie pozbawiona znaczenia, podobnie jak inne podobne zasady chrześcijańskiego współżycia. Prosta teza rzucona w świat, niewskazująca na jedną fundamentalnie ważną sprawę. Podstawą działania lub unikania konkretnych zachowań w takim przypadku jest miłość, a nie zbiór etycznych zasad (którym zresztą chrześcijaństwo nigdy nie było). Jeżeli jest przeciwnie, każdy, nawet najdrobniejszy aspekt naszego życia wrzucamy w surowe tryby wszechogarniającego systemu poddającego kontroli wszystko i wszystkich.

Faktem jest, że kultura masowa z lansowanym przez siebie moralnym rozluźnieniem doprowadziła do aktualnej, dalekiej od ideału sytuacji, ale coraz mniej jestem przekonany, że taka właśnie opresyjna i podkreślająca negatywną stronę życia forma trafia do dzisiejszego odbiorcy. Czy zamiast niej nie lepiej spróbować czegoś, co nazwać możemy „pozytywną ortodoksją”, gdzie nie zmieniając prawd wiary i moralności Kościoła atolickiego, pokażemy ile można zyskać i jak wielkie i wspaniałe staje się ludzkie życie, kiedy jest blisko uzdrawiającej siły Boga i Jego Ewangelii?