widzimy
| 3 marca 2016 ]

Szpagat przed św. Piotrem

Była specjalistką od uszczelniania okien taśmą metalową, sprzedawczynią cielęciny i jednoosobową „trójką szkolną”. Te i wiele innych zadań podejmowała w serialu „Czterdziestolatek” jako Kobieta Pracująca, co żadnej pracy się nie boi. Właśnie mija pięć lat od śmierci Ireny Kwiatkowskiej – fenomenu polskiego aktorstwa o głosie tak charakterystycznym, że już kilka słów dubingowanej przez nią Kuli Szpieguli z „Pana Kleksa w kosmosie” (rola wszak niespecjalnie eksponowana), błyskawicznie poprawia humor.

„Rozmowy kontrolowane”, „Dzięcioł”, seriale „Wojna domowa” i „Zmiennicy”, wykreowanie Hermenegildy Kociubińskiej, role w Kabarecie Starszych Panów oraz w teatrze – lata pracy. Kolejne aktorskie wcielenia leżały na Kwiatkowskiej jak ulał, odgrywane były z taką lekkością, że zdaje się: jej kolejne bohaterki to ona sama. A skoro tak, to pewnie takie zjawiskowe aktorstwo przychodzi z łatwością, ktoś tak już ma… Złudne wrażenie. Można powiedzieć, że Kobieta Pracująca to nie tylko jedna z ról przez nią odgrywanych, ale też styl życia. Wgryzała się w role tak bardzo, tak intensywnie starała zrozumieć relacje między swoją postacią a innymi, że w efekcie znała na pamięć nie tylko własne kwestie, ale cały scenariusz. Praca, praca, praca – tak widziała drogę do wielkich osiągnięć. Praca wykonywana solidnie i dokładnie.

A talent? Parafrazując jej słowa: to wezwanie do tego, by przykładać się do rzeczy jeszcze bardziej, bo wie się, jakie możliwości przed nami stoją – zawsze może być jeszcze lepiej. W fenomenalnym wywiadzie „Wybieram się na Księżyc”, udzielonym Grzegorzowi Sroczyńskiemu, Kwiatkowska mówi: „Zawsze byłam z siebie niezadowolona, prawie zawsze. Bardzo często przepraszałam Boga za swoją pracę. Wychodziłam z teatru po numerze i modliłam się: «Panie Boże, przepraszam, że tak fatalnie grałam, że nie byłam skupiona». Właściwie po każdym numerze miałam takie rozmowy z Bogiem”. Nie trzeba być aktorem, by móc się taką postawą inspirować – oczywiście rozumiejąc to niezadowolenie jako wezwanie do ciągłego rozwoju, a nie zamykające w przygnębieniu uczucie.

Jak po tak aktywnym życiu odnaleźć się w czasie, który odsuwa człowieka od wielu spraw, przycina możliwości – w czasie, o którym mowa w filmie „Jeszcze nie wieczór”, gdzie Kwiatkowska zagrała samą siebie, mieszkankę Domu Aktora Weterana w Skolimowie? We wspomnianym wywiadzie aktorka przedstawia swoją receptę: nie trzymać pamiątek, nie mieszkać w przeszłości, żyć tu i teraz, nie rozpamiętywać swoich wyborów życiowych. Z właściwym sobie wdziękiem znajduje apetyczny przykład: „Dzisiaj na obiad było do wyboru: ryba albo kotlet. Wybrałam rybę. I zamiast zajadać ją ze smakiem, siedzę nad talerzem i płaczę, że może jednak kotlet byłby smaczniejszy. Bez sensu”.

Po śmierci Ireny Kwiatkowskiej w internecie krążyło zdjęcie Kobiety Pracującej z podpisem „Ja nie odeszłam. Ja tylko dostałam pracę u Pana Boga”. Jeśli wierzyć, że dane nam Tam będzie robić to, co najlepiej nam wychodzi i co innym daje najwięcej szczęścia, aktorska działalność Pani Ireny kwitnie, a zastępy świętych uczą się pod jej przewodem kroku tanecznego znanego z musicalu „Hallo Szpicbródka”. Wyśpiewała w nim obraz nader sugestywny i w jej przypadku wiarygodny: „A gdy w końcu przyjdzie taka chwila, że święty Piotr do siebie już zaprosi mnie, to do nieba też tanecznym pójdę krokiem, jeszcze piękny szpagat zrobię pod obłokiem”. Posłuchajmy i popatrzmy: