myslimy
| 17 lutego 2015 ]

Sztuka sakralna a sztuka wzajemności

Myślę, że nie ja jeden, przeczytawszy tekst Bartosza Bartosika pt. „Upadek sztuki, sztuka upadku”, miałem poczucie, że owocnie spędziłem ostatnie dwie-trzy minuty. Dobrze, że ktoś wreszcie poruszył temat sztuki sakralnej, i to poruszył w dobrym stylu, ze swadą, ciekawie i mądrze. Poza tym miło czytać coś, z czym się zgadzamy, a właściwie wszystkie główne tezy stawiane przez autora są mi bliskie: i ta o nie najlepszym stanie polskiej (i chyba nie tylko polskiej) sztuki sakralnej, i ta, że być może odzwierciedla on z kolei nie najlepszy stan naszych dusz, i wreszcie ta o potrzebie ubóstwa w sztuce, a zwłaszcza w architekturze. Ale zaletą tego tekstu jest także to, że inspiruje do dyskusji.

Dieric Bouts, "Chrystus w gościnie u faryzeusza Szymona"

Wśród cytatów na temat ubóstwa Jezusa, które autor przytacza, zabrakło mi ewangelicznej historii o „bardzo drogim” olejku, którym Maria namaściła stopy Jezusa, tak że „cały dom napełnił się zapachem” (por. J 12,1-11). Jak pamiętamy, Judasz Iskariota pytał wówczas, dlaczego raczej nie sprzedano olejku i nie rozdano pieniędzy ubogim, na co z kolei sam Jezus odpowiedział: „Ubogich zawsze mieć będziecie u siebie, mnie nie zawsze mieć będziecie”.

Historia ta jest bardzo bogata w treść. Mamy tu zapowiedź śmierci Jezusa, mamy być może pochwałę spontaniczności w okazywaniu uczuć, mamy również przypomnienie, że Jezus po odejściu do Ojca będzie obecny na ziemi w ubogich (bo przecież zestawiając „Ubogich zawsze mieć będziecie u siebie, mnie nie zawsze” z „Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”, można dojść do wniosku, że w takim razie Jezus, nie będąc obecnym „wprost”, będzie obecny między innymi właśnie w owych ubogich – co z kolei zgadzam się ze znanym fragmentem o „jednym z tych braci najmniejszych”, któremu pomagając, pomagamy Jezusowi). Ale pośród tych wszystkich treści jest być może również głos w sprawie rzeczy „bardzo drogich”. Dlaczego Nasz Pan nie „podpisał się” pod słowami Judasza, wyrzucającego Marii, że nie sprzedała olejku? Proponuję następującą interpretację.

Wymienność różnych rodzajów dóbr jest możliwa tylko do pewnego stopnia. Rzeczy „bardzo drogie” można sprzedać i kupić za zarobione w ten sposób pieniądze coś z dóbr podstawowych dla ubogich, ale tylko jeśli ktoś te „bardzo drogie” rzeczy od nas kupi, a więc gdy posłużą one do „przekupienia” kogoś, kto posiada nadmiar dóbr podstawowych, ale nie chce się nimi z nikim podzielić sam z siebie. Gdy jednak rozpatrujemy sprzedającego i kupującego jako członków jednej zbiorowości (w dodatku – jeśli to możliwe – zbiorowości, której członkowie dzielą się sami z siebie tym, czego mają w nadmiarze), z drogocennego olejku czy złota nie wyczaruje się jedzenia, a z talentu artystycznego – talentu do pieczenia chleba. Albo te dobra i umiejętności zostaną w inny sposób wykorzystane dla dobra ogółu (w tym ubogich, którzy przecież, będąc takimi samymi jak my ludźmi, „nie samym chlebem żyją”), albo będą z nich korzystać tylko „bogaci” (którzy w zamian za nie ofiarują ubogim „dobra podstawowe”), albo – to trzecia możliwość – zmarnują się.

Przytaczając ową historię i proponując powyższą interpretację, chciałem przygotować grunt pod refleksję na temat średniowiecza. Średniowiecze, zwłaszcza wczesne, nie było tylko, i nawet nie głównie, czasem mecenatu Kościoła w dziedzinie sztuki. Wyraźny podział Kościoła na zamożną hierarchię mogącą sprawować mecenat i (biednych z reguły) świeckich to chyba czasy nieco późniejsze. We wczesnym średniowieczu mamy według mnie do czynienia – opieram się tu głównie na tezach Catherine Pickstock, zwłaszcza z jej pracy „After Writing” – z próbą stworzenia prawdziwie chrześcijańskiej zbiorowości: zbiorowości opartej na wzajemności. Wzajemności wyrażającej się w liturgii (i czerpiącej z niej), ale realizującej się także w zwykłym życiu, a więc między innymi w stosunkach ekonomicznych. Jak próbowałem argumentować w powyższym akapicie, w takiej właśnie zbiorowości (w zbiorowości, której członkowie dzielą się tym, czego mają w nadmiarze, ale niekoniecznie bezinteresownie – co ciekawe, np. w dokumentach fundacyjnych średniowiecznych przytułków widać, że ubodzy nie byli nigdy jedynie beneficjentami jednostronnych danin, ale brali udział w wymianie, ofiarowując w zamian choćby modlitwę) możliwe jest zdjęcia odium „zbytku” z rzeczy „bardzo drogich” i swobodne, twórcze, a przy tym całkowicie szlachetne wykorzystanie ich dla dobra ogółu (w tym, a może zwłaszcza, dla dobra „ubogich”, którzy przecież byli głównymi „użytkownikami” np. średniowiecznych katedr) i ku chwale Bożej. Dodatkowo – ponieważ przedmioty i budynki, przy których tworzeniu wykorzystywano rzeczy „bardzo drogie”, służyły przede wszystkim sprawowaniu liturgii – wspierano w ten sposób same podstawy, „korzenie” owej wzajemności. Jak w historii o olejku, gdzie po namaszczeniu stóp Jezusa „zapach wypełnił cały dom”. Jeśli tak spojrzymy na sztukę w średniowieczu, nie będzie nam się ona wydawała „monumentalizmem”, zresztą sztuka tamtego okresu, nawet gdy wielka rozmiarami, miała przecież w sobie coś z ubóstwa, a w każdym razie – dobrego smaku. Monumentalizm zaczął się chyba później, wraz z zanikiem wzajemności, a wprowadzeniem jednostronnego „mecenatu”.

Dlaczego o tym piszę? Nie tylko złoto, nie tylko marmur, ale każda sztuka jest w pewnym sensie rzeczą „bardzo drogą”. Jest czymś niekoniecznym, czymś, co nie nakarmi, nie wyleczy, nie da edukacji. Czymś, co wymaga dużego nakładu pracy i dobrych materiałów, a wcześniej – długotrwałego i kosztownego wykształcenia. Radykalny postulat ubóstwa rozumianego na zasadzie „sprzedaj olejek i rozdaj pieniądze ubogim” musiałby więc prowadzić w ogóle do zlikwidowania sztuki. W pewnym sensie to właśnie obserwujemy: nawet jeśli w Polsce kościoły powstają jak grzyby po deszczu i nawet jeśli są zwykle zbyt dużych rozmiarów, z reguły charakteryzuje je ubóstwo. Ściany są białe i puste, surowce byle jakie, obrazy – liche. Nie chcę tu bronić tezy, że wydajemy na kościoły za mało pieniędzy (bo może ogólnie wydajemy za dużo), raczej że nawet jeśli je wydajemy, to dominującym paradygmatem myślenia jest paradygmat „ubóstwa”. Może zbyt wielu proboszczów ma ambicję wybudować kościół – ale żaden z nich nie ma przecież ambicji kupić do zbudowanego przez siebie kościoła obrazu za milion złotych. I może zbyt dużo mamy pomników papieża – ale mam przypuszczenie, że większości z nich nie projektowali uznani, a więc i drodzy, rzeźbiarze. Nawet Świątynia Opatrzności, choć wznoszona niezwykle wysokim kosztem i projektowana przez znanego architekta, jest w jakimś sensie „uboga” – zauważmy, że jest na przykład „betonowa”, a nie „kapiąca złotem” (nie postuluję, że potrzebne było owo złoto, choć może jakiś dobrej jakości kamień już tak). Gdyby dziś chciano tworzyć naprawdę wysokiej jakości sztukę sakralną, tabloidy najprawdopodobniej doszukałyby się w tym skandalu – a my, „katolicka inteligencja”, pewnie również czulibyśmy oburzenie (i częściowo może słusznie, biorąc pod uwagę, że nasze społeczeństwo nie jest społeczeństwem wzajemności i można by za to „złoto” kupić chleb, którego inaczej nikt biednym nie da). Przykłady Świebodzina i Lichenia tutaj pomijam, ale to ciekawe tematy do osobnej dyskusji – warto zwrócić jednak uwagę, że są to inicjatywy raczej oddolne, finansowane z dobrowolnych datków, choćby polonii. Ale że niezbyt udane artystycznie i na siłę „monumentalne”, to raczej prawda.

Jeszcze raz podkreślę, że zasadniczo podpisuję się pod tezami Bartosza Bartosika, w tym pod jego apelem o ubóstwo w sztuce – zwłaszcza że chodzi mu przede wszystkim o ubóstwo w sensie pokornej estetyki. Moim ulubionym kościołem jest uboga kaplica w podwarszawskich Laskach i uważam, że powinna ona być przykładem dla wielu – a może większości – dziś stawianych świątyń, zwłaszcza w naszych realiach. Ale apel o ubóstwo powinien być zniuansowany – szczególnie że właśnie ideał „ubóstwa” odpowiada w dużej mierze za ubóstwo naszej sztuki. Autor słusznie zwraca uwagę, że niski poziom sztuki odzwierciedla „niski poziom” naszych serc. Ale może, paradoksalnie, ów „niski poziom” serc objawia się głównie w myśleniu na tematy polityczne i ekonomiczne – myśleniu, któremu obca jest wzajemność, które stoi pod znakiem kapitału, a bojąc się wymiany, wszystkie stosunki międzyludzkie chce regulować na zasadzie jednostronnych datków (na prawicy, lubiącej filantropię) bądź podatków (na lewicy, lubiącej podatki). Obydwa paradygmaty postrzegają „ubogich”, potrzebujących głównie przez pryzmat „dóbr podstawowych”, których im brakuje, a dobrowolne, szczytne ubóstwo rozumieją na wspomnianej zasadzie „sprzedaj olejek i rozdaj pieniądze ubogim”, nie jako wzajemność, która stara się, by wszyscy mieli możliwie najlepszy dostęp do rozmaitych dóbr.

Logicznie rzecz biorąc, dla sztuki nie ma w tych paradygmatach miejsca (a jeśli w praktyce to miejsce w jakimś stopniu jest, to zwykle przez wierność jakimś intuicjom, a nie w myśl samej sekularnej logiki). Zauważmy, że problemem nie jest w takim razie za dużo, ale zbyt mało religii w polityce i ekonomii – zbyt mało Ewangelii, zbyt mało wymiany dóbr, zbyt mało wzajemności, zbyt mało miłości, zbyt mało szacunku dla nadprzyrodzonego powołania człowieka, które obejmuje również powołanie do piękna. Szczytne wyrzekanie się przez Kościół pewnych przywilejów, o którym przypomina Bartosz Bartosik, nie powinno oznaczać oddania polityki i ekonomii w ręce sekularnych doktryn z prawa czy z lewa. Słuszny strach przed „katolickim triumfalizmem” nie może sprawiać, że rezygnujemy z Ewangelii i nauczania społecznego Kościoła, zastępując je świeckością, która opierając się na „samowystarczalności” – tak całego świata od Boga, jak poszczególnych jednostek od siebie nawzajem – jest w jakiejś mierze sprzeczna z „wzajemnością” z definicji. Znów: w teorii, bo w praktyce niektóre systemy świeckie również starają się uwzględniać wzajemność – nie chcę tu potępiać żadnych konkretnych przekonań, co najwyżej dyskutować o czystej teorii. Oczywiście chrześcijanie mają pokornie służyć społeczeństwu, nie „korzystać z przywilejów”. Ale od służenia nie powinni się wymigiwać, zatrzymując tylko dla siebie prawdą o człowieku, jego naturze – ze szczególnym miejscem, jakie zajmuje w tej naturze kategoria wzajemności – i powołaniu.

W powyższym tekście starałem się argumentować, że prawdziwa sztuka sakralna, w ogóle sztuka, jest w pełni możliwa tylko w społeczeństwie opartym na wzajemności. Nasza współczesna Polska jest takim społeczeństwem tylko w niewielkim stopniu, a więc i sztuka musi niedomagać. Oprócz nawoływania do zmiany stosunków społecznych, oprócz, być może, prób tworzenia „enklaw”, gdzie obowiązują inne stosunki, trzeba więc przede wszystkim żyć w tych realiach, które mamy – w realiach, w których głodni pozostaną głodni, jeśli nie przekupimy olejkiem kogoś z „bogatych”. W takiej sytuacji może najlepszym wyjściem są sosnowe kaplice lub inne rozwiązania ubogie w sensie „finansowym”. Ale zawsze trzeba pamiętać, że „nie samym chlebem żyje człowiek”, że potrzebuje on też piękna, i to może zwłaszcza, gdy mu w życiu źle. I że w sumarycznym rozrachunku dzieł sztuki i ludzkich talentów artystycznych nie da się na nic „wymienić”, można je wykorzystać lub zmarnować. Może misją Kościoła jest, by nigdy nie pozwolić ich zmarnować całkiem, nawet gdy realia wymagają poświęcenia części z nich na walkę z ubóstwem. Niech nasze kościoły będą stosunkowo tanie, ale nie przerażająco „ubogie”. Niech może będą mniejsze, ale wybudowane z lepszych materiałów, z większą ilością wysokiej klasy dzieł sztuki i rzemiosła artystycznego. Może takie kościoły mogłyby pełnić funkcję oaz piękna w tym zbyt pragmatycznym świecie, gdzie wszystko ma być „ekonomiczne” i „funkcjonalne”. Oazy, w dodatku, dostępne dla „ubogich” bez konieczności zaproszeń ani opłat za wstęp.

Zresztą tu trzeba szerzej zakrojonej rewolucji! Bardzo inspirujące są przytoczone przez Bartosza Bartosika słowa ks. Tomáša Halíka o tym, że „religia i sztuka są jak rodzeństwo”. Weźmy je sobie do serca! Niech każdy chrześcijanin, w miarę możliwości, w miarę zdolności, będzie artystą. Jeśli mała średniowieczna Siena mogła mieć setki doskonałych malarzy, to nasze miasta powinny mieć ich tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy. I tylu rzeźbiarzy, performerów, poetów, pisarzy, muzyków. A nawet jeśli sami nie możemy tworzyć – otwórzmy się na sztukę, tę która była, ale i tę, która teraz jest. Jest to nieco ryzykowne. Nie ulega wątpliwości, że w dzisiejszej sztuce, zwłaszcza tej wysokich lotów, jest dużo treści sprzecznych z Ewangelią. Przypominają mi się słowa Jacques’a Maritaina, chyba z jego korespondencji z Jeanem Cocteau, że „oddaliśmy sztukę w ręce szatana”. Prawda, ale szatana nie trzeba się specjalnie bać. Zresztą gdybyśmy my, chrześcijanie, byli nieco bardziej gościnni, Kościół − proponujący inną niż świat wizję stosunków międzyludzkich (zastępując „kapitał” „wzajemnością” i troską, by „nic się nie zmarnowało”) i inny ideał człowieka (szalony Jezus zamiast statecznego yuppie w garniturze) − byłby chyba dla artystów atrakcyjny.