myslimy
| 15 stycznia 2015 ]

Ojciec Szustak to Pies Pański, a nie filatelista

Dyskusja o metodzie ojca Szustaka – część 7

Pierw­sza myśl, jaka przy­szła mi do gło­wy po lek­tu­rze tek­stu Jaro­sła­wa Dudy­cza, to pyta­nie: ale o co cho­dzi? Dru­ga, to, że faj­nie zaata­ko­wać popu­lar­ne­go zakon­ni­ka, bo w cie­niu tej popu­lar­no­ści moż­na się tro­chę polan­so­wać. Wykre­ować na obroń­cę praw­dzi­wej wia­ry. Mógł­bym tak nawet zacząć tę pole­mi­kę. Na ostro, prze­kor­nie, z pazu­rem, z pew­ną non­sza­lan­cją. Wyraź­nie zary­so­wu­jąc swo­je sta­no­wi­sko. Tak jak zro­bił to Jaro­sław Dudycz. Mógł­bym, ale chy­ba tak nie chcę. Cho­ciaż to praw­da, że moja pierw­sza myśl, kie­dy prze­czy­ta­łem pierw­szy aka­pit tek­stu „Mię­dzy teo­lo­gią a psy­cho­lo­gią − manow­ce ojca Szu­sta­ka”, była zabar­wio­na iry­ta­cją. Póź­niej, gdy już tro­chę ochło­ną­łem, posta­no­wi­łem zoba­czyć plu­sy w tek­ście Jaro­sła­wa Dudy­cza. To wte­dy przy­szła, już na chłod­no, myśl, że wła­ści­wie temat, któ­ry wycią­ga Jaro­sław Dudycz jest bar­dzo cie­ka­wy i tak napraw­dę obec­ny w chrze­ści­jań­stwie od bar­dzo daw­na. Napię­cie mię­dzy chrze­ści­jań­stwem a psy­cho­lo­gią, któ­ra wcze­śniej wystę­po­wa­ła pod posta­cią gno­zy, było wła­ści­wie wśród uczniów Jezu­sa z Naza­re­tu od same­go począt­ku. Zwró­ce­nie uwa­gi na ten pro­blem, zwłasz­cza w naszych, tak bar­dzo roz­p­sy­cho­lo­gi­zo­wa­nych cza­sach, jest dużym plu­sem tego tek­stu. Nie­ste­ty, jedy­nym.

Mój pro­blem z tym tek­stem jest taki, że o ile zga­dzam się, że fak­tycz­nie chrze­ści­jań­stwo to nie psy­cho­lo­gia, tyl­ko coś o wie­le więk­sze­go i że trze­ba uwa­żać na psy­cho­lo­gicz­ne uwie­dze­nie, to zupeł­nie nie zga­dzam się z przy­kła­dem tego uwie­dze­nia, jaki pro­po­nu­je nam autor tek­stu.

Wyda­je się, że głów­ny zarzut, jaki sta­wia autor tek­stu o. Szu­sta­ko­wi jest taki, że zamiast „zdro­we­go i praw­dzi­we­go” chrze­ści­jań­stwa gło­si nam jego psy­cho­ana­li­tycz­ną wer­sję, że oto:

„Bóg u o. Szu­sta­ka oswa­ja nas z naszym cie­niem, przy­bli­ża nam pod­świa­do­mość i pozwa­la nam się jej nie bać. Pozwa­la w mar­no­ści, któ­rą jeste­śmy, odkryć pięk­no. (…) Bóg przy­cho­dzi do czło­wie­ka jako nauczy­ciel ludz­kie­go pokom­pli­ko­wa­nia, jako mistrz warstw oso­bo­wo­ści, jako ktoś, kto pozwa­la nam żyć na nowo, bo upo­rał się z naszy­mi blo­ka­da­mi i pułap­ka­mi tkwią­cy­mi z tyłu ludz­kiej gło­wy. Przy­cho­dzi jako tera­peu­ta, na któ­re­go pro­jek­tu­je­my nasze zra­nie­nia i bóle, a On je wypro­sto­wu­je, pozwa­la doko­nać nowych wybo­rów”.

Autor zarzu­ca domi­ni­ka­ni­no­wi, że nie wystę­pu­je u nie­go w ogó­le pro­blem real­no­ści i histo­rycz­no­ści wyda­rzeń biblij­nych. Jest tam wyłącz­nie zagad­nie­nie moż­li­wo­ści kazno­dziej­skie­go wyko­rzy­sta­nia tych wyda­rzeń. Przede wszyst­kim, jak pod­kre­śla Jaro­sław Dudycz, inte­re­su­je go ich poten­cjał meta­fo­rycz­ny, prze­nie­sie­nie biblij­nej histo­rii na grunt egzy­sten­cji tych ludzi, przed któ­ry­mi stoi i któ­rym ma pomóc reko­lek­cja­mi.

I dalej publi­cy­sta, ze swa­dą i pew­ną non­sza­lan­cją stwier­dza, takie prze­nie­sie­nie jest oczy­wi­ście moż­li­we, jeśli zosta­nie­my na pozio­mie sym­bo­lu i psy­cho­ana­li­tycz­nych wzo­rów.

„Sęk w tym, że nie taka jest wia­ra Kościo­ła. Kościół nie wie­rzy w to – pozo­sta­nę przy przy­kła­dzie Szaw­ła – że Sza­weł wyko­nał pra­cę ducho­wą, doko­nał wglą­du w sie­bie, zro­zu­miał swój los, pojął swo­ją nie­do­lę i sła­bość, a potem zmie­nił sobie obraz Boga na taki, któ­ry tej sła­bo­ści nie potę­pił, co dało Szaw­ło­wi wol­ność, co Szaw­ła uczy­ni­ło Paw­łem, lecz prze­cież Sza­weł spo­tkał real­ne­go Jezu­sa, usły­szał jego głos, dostał kon­kret­ne wska­zów­ki, usły­szał kon­kret­ne pyta­nie i pora­dę. Miał doświad­cze­nie, któ­re­go my nie mamy. Ta wia­ra Kościo­ła, że dro­ga do Damasz­ku nie była meta­fo­rą, ale fizycz­nym fak­tem, spra­wia, że doświad­cze­nie Szaw­ła jest raczej trud­ne do prze­nie­sie­nia na nasz grunt. Dro­ga Szaw­ła jest dro­gą Szaw­ła, jego spo­tka­nie z Jezu­sem jest nie­po­wta­rzal­ne, wie­rzą­cy takie­go spo­tka­nia mieć nie będą. Dla wie­rzą­cych pozo­sta­je Kościół i sakra­men­ty, a nie olśnie­nia. (…) Usły­szeć głos Boga na wła­sne uszy a przejść jakąś dro­gę ducho­we­go roz­wo­ju to dwie zupeł­nie róż­ne jako­ści”.

Przy­znam, że frag­ment z ostat­nie­go aka­pi­tu musia­łem prze­czy­tać kil­ka razy, żeby upew­nić się, że dobrze zro­zu­mia­łem jego treść i czy my mówi­my o tym samym chrze­ści­jań­stwie. O ile jesz­cze byłem w sta­nie zro­zu­mieć tro­skę auto­ra o to, aby nie ulec psy­cho­lo­gicz­ne­mu uwie­dze­niu, o tyle wyklu­cze­nia oso­bo­wej rela­cji z Jezu­sem, któ­ra rodzi się ze spo­tka­nia twa­rzą w twarz przy Sło­wie, już nie byłem w sta­nie zro­zu­mieć.

Tekst skło­nił mnie do posta­wie­nia sobie pyta­nia o to, jak wyglą­da­ła rela­cja mię­dzy chrze­ści­jań­stwem a psy­cho­lo­gią. Oto co zna­la­złem.

To praw­da, że w dwu­dzie­stym wie­ku pomię­dzy ducho­wo­ścią chrze­ści­jań­ską a psy­cho­lo­gią w uję­ciu freu­dow­skim wywią­zał się otwar­ty spór. Wza­jem­na nie­chęć pro­wa­dzi­ła do nie­uf­no­ści. Cier­piał na tym przede wszyst­kim kon­kret­ny czło­wiek potrze­bu­ją­cy zarów­no wspar­cia ducho­we­go, jak i psy­cho­lo­gicz­ne­go. Auto­no­mia ducho­wo­ści i psy­cho­lo­gii win­na mieć miej­sce jedy­nie w obrę­bie „upra­wia­nej nauki”, ale nie w bez­po­śred­niej pomo­cy udzie­la­nej czło­wie­ko­wi. Tu koniecz­ne jest wza­jem­ne posza­no­wa­nie, akcep­ta­cja i bez­po­śred­nia współ­pra­ca dla dobra pacjen­tów i peni­ten­tów.

Nie­chęć Kościo­ła wobec nowo­cze­snej psy­cho­lo­gii zosta­ła zde­cy­do­wa­nie poko­na­na na Sobo­rze Waty­kań­skim II. Jego doku­men­ty wie­lo­krot­nie nawią­zu­ją do psy­cho­lo­gii jako nauki, któ­ra poma­ga czło­wie­ko­wi w lep­szym pozna­niu sie­bie oraz wspie­ra go w jego misji i posłu­dze na rzecz bliź­nich (KDK 4). Stąd też – pod­kre­śla Sobór – „w pra­cy dusz­pa­ster­skiej nale­ży sto­so­wać nie tyl­ko zasa­dy teo­lo­gicz­ne, lecz tak­że zdo­by­cze nauk świec­kich, zwłasz­cza psy­cho­lo­gii”, by wier­nych pro­wa­dzić do doj­rzal­sze­go życia wia­ry (KDK 62). Vati­ca­num II pod­kre­śla tak­że potrze­bę zasto­so­wa­nia osią­gnięć „zdro­wiej psy­cho­lo­gii” w oso­bi­stej oraz dusz­pa­ster­skiej for­ma­cji księ­ży. Win­no się ich pouczać, w jaki spo­sób mogą w pra­cy paster­skiej korzy­stać z pomo­cy psy­cho­lo­gii (DFK 3. 20). Jak więc widzi­my, współ­cze­sne naucza­nie Kościo­ła nie jest wro­go nasta­wio­ne ani do psy­cho­lo­gii, ani też do jej osią­gnięć; wręcz odwrot­nie − szcze­rze pole­ca wier­nym korzy­sta­nie z niej.

Sobór, mówiąc o psy­cho­lo­gii, doda­je jed­nak kil­ka­krot­nie przy­miot­nik „zdro­wa”, to zna­czy taka, któ­ra nie chce utoż­sa­miać się z reli­gią, moral­no­ścią czy też ducho­wo­ścią. Czło­wiek wie­rzą­cy nie może korzy­stać z takiej psy­cho­lo­gii, któ­ra prze­kra­cza­jąc gra­ni­ce swo­ich kom­pe­ten­cji, spro­wa­dza doświad­cze­nie reli­gij­ne i ducho­we jedy­nie do pew­nych pro­ce­sów psy­chicz­nych. Takie uję­cie przez psy­cho­lo­gię reli­gii i ducho­wo­ści nie wyni­ka z nauko­wej reflek­sji, ale z przy­ję­tych zało­żeń ide­olo­gicz­nych. Vik­tor E. Frankl nawo­łu­je więc do „deide­olo­gi­za­cji” oraz „rehu­ma­ni­za­cji” psy­cho­lo­gii i psy­cho­te­ra­pii. „Jestem prze­świad­czo­ny – pisze – że deneu­ro­ty­za­cja czło­wie­ka wyma­ga ponow­ne­go uczło­wie­cze­nia psy­cho­te­ra­pii. […] Jeże­li mamy rozu­mieć fru­stra­cje czło­wie­ka, musi­my rozu­mieć jego moty­wa­cje, poczy­na­jąc w szcze­gól­no­ści od naj­bar­dziej ludz­kiej z ludz­kich moty­wa­cji, jaką jest poszu­ki­wa­nie sen­su przez czło­wie­ka. Jest to jed­nak nie­moż­li­we, dopó­ki psy­cho­te­ra­pia nie ode­rwie się od wła­sne­go reduk­cjo­ni­zmu. Wszyst­ko, co nie jest ponow­nie uczło­wie­czo­ną psy­cho­te­ra­pią, wzmac­nia jedy­nie maso­wą tria­dę neu­ro­tycz­ną”: depre­sję, agre­sję i nało­gi.

Zna­kiem wciąż ist­nie­ją­cych nad­użyć pew­ne­go rodza­ju psy­cho­lo­gii są zbe­le­try­zo­wa­ne publi­ka­cje, któ­re chcą być nie tyl­ko psy­cho­lo­gicz­ny­mi porad­ni­ka­mi, ale tak­że kate­chi­zma­mi czy nawet pod­ręcz­ni­ka­mi moral­no­ści. Ich auto­rzy, pomi­ja­jąc pyta­nie, jaką ducho­wość i reli­gię wyzna­je ich czy­tel­nik, narzu­ca­ją mu swo­je wła­sne roz­wią­za­nia moral­ne i ducho­we, choć jako pro­fe­sjo­na­li­ści z same­go zało­że­nia nie powin­ni zaj­mo­wać się tymi zagad­nie­nia­mi wprost. Mie­sza­nie psy­cho­lo­gii, reli­gii, moral­no­ści i ducho­wo­ści to pod­sta­wo­wy grzech wie­lu auto­rów „psy­cho­lo­gicz­nych”. Lek­ce­wa­że­nie doświad­cze­nia reli­gij­ne­go i ducho­we­go czy­tel­ni­ka, pacjen­ta czy klien­ta jest lek­ce­wa­że­niem go jako isto­ty wol­nej. Auto­rzy ci trak­tu­ją czy­tel­ni­ków jak małe dzie­ci, któ­re nie potra­fią sta­wiać sobie pytań egzy­sten­cjal­nych, szu­kać na nie odpo­wie­dzi i doko­ny­wać samo­dziel­nych wybo­rów zgod­nie ze swo­im wła­snym świa­to­po­glą­dem.

Wyda­je się, że jed­nak nie tak trak­tu­je swo­ich słu­cha­czy o. Szu­stak. Kazno­dzie­ja w swo­ich kaza­niach odwo­łu­je się do „zdro­wej” psy­cho­lo­gii i do pew­nej zbież­no­ści mię­dzy psy­cho­lo­gią a Ewan­ge­lią, pamię­ta­jąc jed­nak o róż­ni­cach, jakie wystę­pu­ją mię­dzy nimi. Jakie to podo­bień­stwa i jakie róż­ni­ce?

W obu przy­pad­kach mamy do czy­nie­nia z reflek­sją nad czło­wie­kiem i nad jego zacho­wa­niem. Zbież­ność zain­te­re­so­wań nie ozna­cza jed­nak toż­sa­mo­ści. Prze­ciw­nie, mię­dzy psy­cho­lo­gią a Ewan­ge­lią ist­nie­ją zasad­ni­cze róż­ni­ce. Psy­cho­lo­gia jest nauką, któ­ra w cen­trum uwa­gi sta­wia zacho­wa­nie czło­wie­ka, nato­miast w cen­trum zain­te­re­so­wań Ewan­ge­lii jest czło­wiek. Głów­nym celem psy­cho­lo­gii jest pro­mo­wa­nie doj­rza­łych spo­so­bów postę­po­wa­nia. Głów­nym celem Ewan­ge­lii jest for­mo­wa­nie doj­rza­łych ludzi. Jezus wie, że za podob­ny­mi zacho­wa­nia­mi zewnętrz­ny­mi mogą kryć się ludzie o bar­dzo zróż­ni­co­wa­nym wnę­trzu, o odmien­nej hie­rar­chii war­to­ści, o róż­nym stop­niu doj­rza­ło­ści, dla­te­go prze­strze­ga fary­ze­uszów: „To wy wła­śnie wobec ludzi uda­je­cie spra­wie­dli­wych, ale Bóg zna wasze ser­ca” (Łk 16,15). Psy­cho­lo­gia kon­cen­tru­je się wyraź­nie na nie­któ­rych tyl­ko prze­ja­wach ludz­kiej rze­czy­wi­sto­ści i aktyw­no­ści. Ewan­ge­lia nato­miast inte­re­su­je się całą tajem­ni­cą czło­wie­ka oraz osta­tecz­nym sen­sem jego życia. Psy­cho­lo­gia zaj­mu­je się oso­bo­wo­ścią. Ewan­ge­lia zaj­mu­je się oso­bą.

Naj­bar­dziej zasad­ni­cza róż­ni­ca mię­dzy psy­cho­lo­gią a Ewan­ge­lią wyni­ka z fak­tu, że psy­cho­lo­gia jest dzie­łem czło­wie­ka, nato­miast Ewan­ge­lia jest efek­tem Boże­go Obja­wie­nia. Jak każ­de dzie­ło ludz­kie, psy­cho­lo­gia pod­le­ga nie­ustan­nym mody­fi­ka­cjom. Kolej­ne szko­ły i kie­run­ki psy­cho­lo­gicz­ne są odpo­wie­dzią na jed­no­stron­ność czy naiw­ność poprzed­nich sys­te­mów i oka­zu­ją się rów­nie ogra­ni­czo­ne czy nie wystar­czal­ne jak tam­te.

Tym­cza­sem Ewan­ge­lia nie­ustan­nie potwier­dza swo­ją aktu­al­ność i ponad­cza­so­wość. Od dwóch tysię­cy lat poma­ga milio­nom ludzi, by pozy­tyw­nie prze­mie­nia­li nie tyl­ko świat, w któ­rym żyją, ale tak­że samych sie­bie. Ewan­ge­lia uka­zu­je reli­gij­ność, któ­ra nie jest uciecz­ką od życia ani zastę­po­wa­niem życia, lecz sztu­ką życia. Jezus wyja­śnia, że „nie każ­dy, któ­ry Mi mówi: «Panie, Panie», wej­dzie do kró­le­stwa nie­bie­skie­go, lecz ten, kto speł­nia wolę moje­go Ojca” (Mt 7,21). A dalej zachę­ca: „Tak niech świe­ci wasze świa­tło przed ludź­mi, aby widzie­li wasze dobre uczyn­ki i chwa­li­li Ojca wasze­go, któ­ry jest w nie­bie” (Mt 5,16). Zagłę­bia­jąc się w Ewan­ge­lię, czło­wiek uczy się same­go sie­bie. Odkry­wa to, kim jest, w jaki spo­sób powi­nien żyć, jakich wybo­rów powi­nien doko­ny­wać (por. Mt 7,12). Ewan­ge­lia jest pre­cy­zyj­ną, kon­kret­ną instruk­cją doj­rza­łe­go postę­po­wa­nia, któ­rą ludzie wie­rzą­cy powin­ni zamie­niać w czyn: „Każ­de­go więc, kto tych słów moich słu­cha i wypeł­nia je, moż­na porów­nać z czło­wie­kiem roz­trop­nym, któ­ry dom swój zbu­do­wał na ska­le” (Mt 7,24). Osta­tecz­nym celem słów i czy­nów Jezu­sa jest poma­ga­nie czło­wie­ko­wi, by wygrał zarów­no życie wiecz­ne, jak i docze­sne, oraz aby jego radość już tu na zie­mi była peł­na (por. J 17,13). Jezus nie for­mu­je ludzi naiw­nych czy bez­rad­nych, lecz sil­nych i peł­nych reali­zmu: „Oto Ja was posy­łam jak owce mię­dzy wil­ki. Bądź­cie więc roz­trop­ni jak węże, a nie­ska­zi­tel­ni jak gołę­bie” (Mt 10,16). Jed­no­cze­śnie sta­now­czo prze­strze­ga przed fary­ze­usza­mi: któ­rzy „mówią, ale sami nie czy­nią” (Mt 23,2).

Sko­ro Ewan­ge­lia uczy sztu­ki doj­rza­łe­go życia w opar­ciu o praw­dę, któ­rą czło­wie­ko­wi obja­wia jego Stwór­ca, to nic dziw­ne­go, że znaj­dzie­my w niej zasa­dy, któ­re psy­cho­lo­gia odkry­wa 2 tysią­ce lat póź­niej. W tym sen­sie może­my mówić o psy­cho­lo­gii w Ewan­ge­lii. Oka­zu­je się, że Ewan­ge­lia z jed­nej stro­ny wyprze­dza, a z dru­giej wery­fi­ku­je i potwier­dza to, co naj­cen­niej­sze w dorob­ku współ­cze­snej psy­cho­lo­gii. Ale to nie wszyst­ko. W Ewan­ge­lii odnaj­du­je­my rów­nież takie ele­men­ty rozu­mie­nia czło­wie­ka i jego zacho­wa­nia, z któ­ry­mi psy­cho­lo­gia do dzi­siaj nie potra­fi sobie pora­dzić. W tym sen­sie może­my mówić o psy­cho­lo­gii Ewan­ge­lii. A zatem o psy­cho­lo­gii, któ­ra prze­ra­sta doro­bek współ­cze­snych nauk psy­cho­lo­gicz­nych i do któ­rej każ­dy psy­cho­log powi­nien się odwo­ły­wać, jeśli chce w doj­rzal­szy i sku­tecz­niej­szy niż dotąd spo­sób poma­gać czło­wie­ko­wi. Przyj­rzyj­my się teraz bli­żej obu tym zagad­nie­niom: psy­cho­lo­gii w Ewan­ge­lii oraz psy­cho­lo­gii Ewan­ge­lii.

Psy­cho­lo­gia w Ewan­ge­lii to te ele­men­ty wie­dzy o czło­wie­ku oraz o jego zacho­wa­niu, któ­re uwa­ża­ne są za doro­bek współ­cze­snej psy­cho­lo­gii, a któ­re zawar­te są już w prze­ka­zach ewan­ge­licz­nych. Jest wie­le takich ele­men­tów. Przyj­rzę się tym, któ­re wyda­ją mi się szcze­gól­nie waż­ne i aktu­al­ne. Zacznij­my od psy­cho­lo­gii myśle­nia, któ­ra odkry­ła zja­wi­sko dyso­nan­su kogni­tyw­ne­go. Cho­dzi o to, że każ­dy czło­wiek dąży do zgod­no­ści mię­dzy swo­imi spo­so­ba­mi myśle­nia a swo­imi spo­so­ba­mi postę­po­wa­nia. Brak takiej zgod­no­ści powo­du­je bowiem bole­sne napię­cia psy­chicz­ne. Prze­zwy­cię­że­nie dyso­nan­su kogni­tyw­ne­go nastę­pu­je albo przez popra­wę błęd­ne­go postę­po­wa­nia (roz­wią­za­nie doj­rza­łe), albo przez ule­ga­nie błęd­ne­mu myśle­niu, by uspra­wie­dli­wić dotych­cza­so­we postę­po­wa­nie (roz­wią­za­nie zabu­rzo­ne). Takie wła­śnie błęd­ne pró­by poko­na­nia dyso­nan­su kogni­tyw­ne­go dema­sku­je Jezus w odnie­sie­niu do posta­wy fary­ze­uszów: „Przy­szedł Jan: nie jadł ani nie pił, a oni mówią: Zły duch go opę­tał. Przy­szedł Syn Czło­wie­czy: je i pije, a oni mówią: Oto żar­łok i pijak, przy­ja­ciel cel­ni­ków i grzesz­ni­ków. A jed­nak mądrość uspra­wie­dli­wio­na jest przez swo­je czy­ny” (Mt 11,18-19). Jezus wie­lo­krot­nie pod­kre­śla fakt, że kry­zys życia dane­go czło­wie­ka czy danej gru­py spo­łecz­nej pro­wa­dzi do kry­zy­su myśle­nia: „Słu­chać będzie­cie, a nie zro­zu­mie­cie, patrzeć będzie­cie, a nie zoba­czy­cie. Bo stward­nia­ło ser­ce tego ludu, ich uszy stę­pia­ły i oczy swe zamknę­li, żeby oczy­ma nie widzie­li ani usza­mi nie sły­sze­li, ani swym ser­cem nie rozu­mie­li: i nie nawró­ci­li się” (Mt 13,14-15). Jezus dosko­na­le wie, że nasz spo­sób myśle­nia o rze­czach zale­ży głów­nie od ilo­ra­zu inte­li­gen­cji, nato­miast nasz spo­sób myśle­nia o czło­wie­ku zale­ży głów­nie od jako­ści nasze­go życia. Lek­cje z zakre­su psy­cho­lo­gii myśle­nia, któ­rych udzie­lał Jezus dwa tysią­ce lat temu, przy­da­ły­by się wie­lu mod­nym obec­nie psy­cho­lo­gom, któ­rzy nawo­łu­ją do „pozy­tyw­ne­go” myśle­nia oraz do „pozy­tyw­ne­go” obra­zu same­go sie­bie. Mogli­by oni dowie­dzieć się od Jezu­sa, że myśle­nie o świe­cie i o samym sobie nie powin­no być ani pozy­tyw­ne, ani nega­tyw­ne, lecz po pro­stu praw­dzi­we.

Popa­trz­my teraz na przy­kła­dy z zakre­su komu­ni­ka­cji mię­dzy­ludz­kiej. We współ­cze­snej psy­cho­lo­gii zawrot­ną karie­rę zro­bił ter­min „empa­tia”, któ­ry ozna­cza zdol­ność szcze­gól­ne­go wsłu­chi­wa­nia się w to, co komu­ni­ku­je o sobie dru­gi czło­wiek. Słu­cha­nie empa­tycz­ne pole­ga na tym, że słu­cha­ją­cy wczu­wa się w subiek­tyw­ny świat myśli i prze­żyć dru­gie­go czło­wie­ka, pozo­sta­jąc sobą. Zaprze­cze­niem empa­tii jest zarów­no rozu­mie­nie czło­wie­ka wyłącz­nie z per­spek­ty­wy zewnętrz­ne­go obser­wa­to­ra, jak i utoż­sa­mia­nie się z jego subiek­tyw­nym świa­tem. W pierw­szym wypad­ku jeste­śmy rodza­jem sędzie­go czy poli­cjan­ta, któ­ry nie rozu­mie wnę­trza czło­wie­ka. W dru­gim wypad­ku redu­ku­je­my samych sie­bie do roli psy­chicz­ne­go lustra. Tym­cza­sem czło­wiek nie potrze­bu­je lustra, lecz przy­ja­cie­la.

Wszyst­kie te ele­men­ty współ­cze­snej wie­dzy o empa­tii zawar­te są w Ewan­ge­lii. Jezus prze­strze­ga, by nie osą­dzać czło­wie­ka z zewnątrz: „Nie sądź­cie, aby­ście nie byli sądze­ni” (Mt 7,1). Wyja­śnia, że kochać moż­na tyl­ko tych, któ­rych się pozna: „Ja jestem dobrym paste­rzem i znam moje owce” (J 10,14).

Kolej­na kom­pe­ten­cja, opi­sy­wa­na i pro­mo­wa­na w psy­cho­lo­gii komu­ni­ka­cji, to aser­tyw­ność. Ozna­cza ona zdol­ność szcze­re­go, bez­po­śred­nie­go wyra­ża­nia wła­snych myśli, pra­gnień, praw i potrzeb w spo­sób akcep­to­wa­ny spo­łecz­nie, przy jed­no­cze­snym przy­zna­niu innym ludziom pra­wa do czy­nie­nia tego same­go. Aser­tyw­ność to zdol­ność „wpusz­cza­nia” dru­gie­go czło­wie­ka do nasze­go nie­po­wta­rzal­ne­go świa­ta wewnętrz­ne­go, aby mógł on nas zro­zu­mieć i usza­no­wać, oraz aby mógł sko­rzy­stać z bogac­twa naszej histo­rii i naszej oso­bo­wo­ści. Zaprze­cze­niem aser­tyw­no­ści jest sytu­acja, w któ­rej dana oso­ba nie przy­zna­je sobie pra­wa do tego, by szcze­rze mówić o tym, co myśli, co czu­je czy cze­go pra­gnie. Pro­wa­dzi to do pró­by respek­to­wa­nia innych ludzi kosz­tem same­go sie­bie. Dru­gą skraj­no­ścią jest sytu­acja, w któ­rej dana oso­ba mówi wpraw­dzie szcze­rze i bez­po­śred­nio o wła­snych prze­ko­na­niach, prze­ży­ciach czy pra­gnie­niach, jed­nak czy­ni to w spo­sób błęd­ny, np. tak agre­syw­ny, że jej głów­nym celem nie jest obro­na wła­snych praw, lecz np. szu­ka­nie zemsty, osą­dza­nie i potę­pia­nie innych ludzi albo też chęć odre­ago­wa­nia wła­snych napięć psy­chicz­nych.

Gdy zaglą­da­my do Ewan­ge­lii, to oka­zu­je się, że Jezus sta­now­czo wzy­wa do aser­tyw­no­ści: „Niech wasza mowa będzie: Tak-tak; nie-nie. A co nad­to jest, od Złe­go pocho­dzi” (Mt 5,37). On sam jest mistrzem aser­tyw­no­ści. Przed­sta­wia sie­bie, swo­je myśli i pra­gnie­nia w spo­sób szcze­ry i bez­po­śred­ni (por Łk 4,21). Tak­że wte­dy, gdy za swo­ją szcze­rość i otwar­tość zosta­nie ska­za­ny na śmierć (por. J 11,45-53). Jed­no­cze­śnie Jezus uczy nas sztu­ki odpo­wie­dzial­ne­go posłu­gi­wa­nia się aser­tyw­no­ścią, poka­zu­jąc nam doj­rza­łą hie­rar­chię war­to­ści. Spo­ty­ka­jąc dane­go czło­wie­ka, Chry­stus odsła­nia przed nim te aspek­ty swo­je­go wnę­trza, któ­re wyra­ża­ją miłość i tro­skę. Podob­nie jak empa­tia, tak i aser­tyw­ność nie jest zatem celem, lecz środ­kiem.

Kolej­ny przy­kład to psy­cho­lo­gia spo­łecz­na. Spo­ro uka­zu­je się ostat­nio publi­ka­cji na temat „tok­sycz­nej” miło­ści: w krę­gu rodzin­nym, w szko­le, w gru­pach rówie­śni­czych. Bada­nia psy­cho­lo­gicz­ne uka­zu­ją, że czło­wiek potra­fi trwać w wię­ziach z ludź­mi (a nawet z sub­stan­cja­mi che­micz­ny­mi), któ­re oka­zu­ją się szko­dli­we, któ­re pro­wa­dzą do poważ­nych pato­lo­gii. Cza­sem do śmier­ci. Gdy zaj­rzy­my do Ewan­ge­lii, to odkry­je­my, że dwa tysią­ce lat temu Jezus prze­strze­gał przed taki­mi wię­zia­mi: „Strzeż­cie się fał­szy­wych pro­ro­ków, któ­rzy przy­cho­dzą do was w owczej skó­rze, a wewnątrz są dra­pież­ny­mi wil­ka­mi. Pozna­cie ich po ich owo­cach” (Mt 7,15). Mówił też o śle­pych prze­wod­ni­kach, któ­rzy wpro­wa­dza­ją innych w błąd i któ­rych nale­ży opu­ścić (Mt 15,14), a tak­że o fał­szy­wych paster­zach, któ­rzy pasą jedy­nie samych sie­bie. Stąd wła­śnie sta­now­cze sło­wa Jezu­sa: „Kto kocha ojca lub mat­kę bar­dziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub cór­kę bar­dziej niż Mnie, nie jest mnie godzien” (Mt 10,37). Jezus dosko­na­le wie­dział, jak tok­sycz­ne są sytu­acje, w któ­rych ktoś ubó­stwia dru­gie­go czło­wie­ka.

Chry­stus nie tyl­ko prze­strze­ga przed destruk­cyj­ny­mi wię­zia­mi. On poka­zu­je tak­że spo­so­by obro­ny przed tok­sycz­ny­mi związ­ka­mi. Spo­sób pierw­szy to poko­cha­nie Boga nade wszyst­ko, gdyż tyl­ko On jest abso­lut­nie doj­rza­łym przy­ja­cie­lem, któ­ry nigdy nie uczy­ni nam krzyw­dy (por. Mk 12,28-30). Nato­miast ludzie mogą nami mani­pu­lo­wać. Mogą nam szko­dzić. Cza­sem bez złej woli i bez świa­do­mo­ści, że czy­nią coś złe­go. Wła­śnie dla­te­go nie moż­na obda­rzać niko­go z ludzi takim zaufa­niem, jakim może­my obda­rzyć Boga. Spo­sób dru­gi obro­ny przed tok­sycz­ny­mi związ­ka­mi to budo­wa­nie doj­rza­łych wię­zi mię­dzy­ludz­kich, to naśla­do­wa­nie posta­wy Jezu­sa, któ­ry uka­zu­je w swo­ich sło­wach i czy­nach osta­tecz­ne kry­te­rium doj­rza­łej miło­ści: „Przy­ka­za­nie nowe daję wam, aby­ście się wza­jem­nie kocha­li tak, jak Ja was poko­cha­łem; żeby­ście i wy tak się kocha­li wza­jem­nie” (J 13,34).

I ostat­ni już przy­kład, tym razem z zakre­su psy­cho­lo­gii zdro­wia. Oka­zu­je się, że jed­nym z głów­nych kry­te­riów zdro­wia psy­chicz­ne­go jest wol­ność od nad­mier­nej kon­cen­tra­cji na samym sobie. G. All­port wyja­śnia, że małe dziec­ko kon­cen­tru­je się głów­nie lub wyłącz­nie na samym sobie. Roz­wój psy­chicz­ny pole­ga na stop­nio­wym uwal­nia­niu się z począt­ko­wej nad­kon­cen­tra­cji na samym sobie poprzez takie posze­rza­nie sen­su wła­sne­go „ja”, by stać się zdol­nym do obję­cia miło­ścią innych ludzi. W prze­ciw­nym wypad­ku nie moż­na osią­gnąć zdro­wia psy­chicz­ne­go. Im bar­dziej zabu­rzo­ny jest czło­wiek, tym bar­dziej natar­czy­wą prze­ja­wia skłon­ność do kon­cen­tro­wa­nia się na samym sobie: na swo­ich subiek­tyw­nych myślach i odczu­ciach, na swo­ich potrze­bach, nie­po­ko­jach czy oba­wach.

Dokład­nie to samo kry­te­rium doj­rza­ło­ści odnaj­du­je­my w Ewan­ge­lii. Jezus wzy­wa ludzi, by nie kon­cen­tro­wa­li się na samych sobie, na wła­snych myślach, prze­wi­dy­wa­niach, nie­po­ko­jach (por. Łk 12,22). Pole­ca uczniom, by zapar­li się samych sie­bie (por. Łk 9,23-25). Nie cho­dzi tu jed­nak o zapar­cie się same­go sie­bie na zasa­dzie uzna­nia wła­sne­go „ja” za ilu­zo­rycz­ny wytwór „nie­oświe­co­ne­go” umy­słu, lecz na zasa­dzie sku­pie­nia uwa­gi i świa­do­mo­ści na takim dzia­ła­niu, któ­re wyra­ża miłość, praw­dę i odpo­wie­dzial­ność. Cho­dzi o to, by być panem wła­sne­go „ja” psy­chicz­ne­go, a nie jego nie­wol­ni­kiem. Wte­dy czło­wiek sta­je się zdol­ny do naśla­do­wa­nia Chry­stu­sa, któ­ry nie przy­szedł po to, aby mu słu­żo­no, lecz aby słu­żyć i być darem dla innych (por. Mt 20,28). Tyl­ko dzie­ci i ludzie zabu­rze­ni widzą dooko­ła poten­cjal­nych słu­żą­cych. Dopó­ki jed­nak trwa­ją w takim sta­nie, nie mogą uwol­nić się z destruk­cyj­ne­go znie­wo­le­nia wła­snym ego­izmem i tok­sycz­ną nad­kon­cen­tra­cją na wła­snych prze­ży­ciach.

To wszyst­ko sta­ra się prze­ka­zać swo­im słu­cha­czom w swo­ich reko­lek­cjach o. Szu­stak. Pró­bu­je odsło­nić to, co zauwa­żył Vik­tor Frankl, pisząc o głę­bo­ko tkwią­cej w nas potrze­bie sen­su. Wie­lo­krot­nie na tę potrze­bę zwra­cał uwa­gę Jan Paweł II, któ­ry pod­kre­ślał, że „czło­wie­ka nie moż­na zro­zu­mieć w peł­ni bez Chry­stu­sa”. Czy jest w tym coś złe­go, że o. Szu­stak o tym przy­po­mi­na i korzy­sta z narzę­dzi, któ­re naj­le­piej się do tego nada­ją? Czy jest coś złe­go w tym, że mówi o Bogu, któ­ry jest Emma­nu­elem, Bogiem z nami, czu­łym Ojcem, któ­ry kocha, któ­ry trosz­czy się o swo­je dzie­ci, któ­ry jak dobry pasterz nosi na sobie zapach tych, któ­rzy są jego wła­sno­ścią.

To praw­da, że Kościół i sakra­men­ty, o któ­rych pisał Jaro­sław Dudycz, są waż­ne, ale Bóg mówi tak­że, a może nawet przede wszyst­kim przez Sło­wo – o tym jak­by tro­chę autor zapo­mniał. To wła­śnie przy Sło­wie jest miej­sce spo­tka­nia Pana, usły­sze­nia Jego gło­su, miej­sce wej­ścia w dia­log ze swo­im Nauczy­cie­lem, ze swo­im Mistrzem. Miej­sce budo­wa­nia żywej rela­cji z Panem i wyj­ścia z nie­wo­li histo­rii. Sło­wo powo­du­je, że Pan jest tu i teraz, a nie dwa tysią­ce lat temu na dro­dze do Damasz­ku przy uchu Szaw­ła.

War­to pamię­tać o tym, że nasza wia­ra rodzi się ze słu­cha­nia, że jako chrze­ści­ja­nie powin­ni­śmy mieć przed oczy­ma wezwa­nie She­ma Isra­el. Cała peda­go­gi­ka chrze­ści­jań­ska opar­ta jest na tej czyn­no­ści, na reali­za­cji tego wezwa­nia, któ­re zakła­da oso­bi­ste spo­tka­nie. Dobrze to widać cho­ciaż­by w Regu­le św. Bene­dyk­ta.

„Słu­chaj synu nauk mistrza”, słu­chaj „uchem swe­go ser­ca” to pierw­sze sło­wa Regu­ły św. Bene­dyk­ta. Ser­ce w tra­dy­cji hebraj­skiej, a tak­że w pier­wot­nym chrze­ści­jań­stwie, to nie tyl­ko cen­trum życia uczu­cio­we­go, ale rów­nież poznaw­cze­go. Tak poję­te pozna­nie (hebraj­skie jada) doko­nu­je się w rela­cji obec­no­ści dwu pod­mio­tów, zakła­da ich bez­po­śred­nie spo­tka­nie. Nie może więc być obo­jęt­ne dla pozna­ją­ce­go, pro­wa­dzi do wewnętrz­nej prze­mia­ny, a w kon­se­kwen­cji przy­rze­cze­nia napra­wy oby­cza­jów (conver­sio morum) − tego doma­ga się pozna­ją­ce i miłu­ją­ce ser­ce. Pozna­nie w rozu­mie­niu Biblii ogar­nia zatem całe­go czło­wie­ka, a nie tyl­ko jego inte­lekt.

Mistrz w szko­le świę­te­go Bene­dyk­ta musiał zatem łączyć w sobie suro­wość nauczy­cie­la z dobro­cią ojca i uczyć raczej swo­im przy­kła­dem niż sło­wem. Doty­czy­ło to tak­że innych, zwłasz­cza star­szych mni­chów w klasz­to­rze. Nowi­cjusz uczył się od nich, naśla­du­jąc ich mil­cze­nie, poko­rę, posłu­szeń­stwo i wier­ność Bogu oraz obra­nej dro­dze. Mię­dzy uczniem a nauczy­cie­lem rodzi­ła się więź opar­ta na cha­ry­zma­cie ojca − dla­te­go w odnie­sie­niu do ducho­we­go mistrza uży­wa­no pier­wot­nie okre­śle­nia semic­kie­go abba; stąd łaciń­skie abbas i pol­skie „opat”. Opa­ta nazy­wa­no też panem (domi­nus) ponie­waż nie miał pra­wa gło­sić swo­jej nauki, lecz tyl­ko naukę Pań­ską, zgod­nie ze sło­wa­mi swe­go jedy­ne­go Mistrza: „nauka moja nie jest moją”. Pod­sta­wą cha­ry­zma­tu nauczy­cie­la było to, że był on nosi­cie­lem Ducha (pneu­ma­to­fo­ros). Jeśli uczeń słu­chał go ser­cem, wte­dy przez mistrza prze­ma­wiał Duch − z ser­ca do ser­ca. W innym przy­pad­ku nauczy­ciel nie miał mu nic do powie­dze­nia. Osta­tecz­nie to nauczy­ciel i uczeń pro­wa­dze­ni są przez Ducha, któ­ry w nich miesz­ka, to on odpo­wia­da: OTO JESTEM, zanim uczeń wypo­wie Jego imię. Jest to jed­no­cze­śnie posta­wa jak naj­bar­dziej pod­mio­to­wa, któ­ra umoż­li­wia dotar­cie do same­go Bytu.

Gdy w pozna­niu posłu­gu­je­my się kon­struk­cją przed­mio­tu, wte­dy two­rzy­my język wyab­stra­ho­wa­ny, aspek­to­wy, a opi­su­jąc część po czę­ści spra­wia­my, że rzecz cała – naraz sta­je się nie­do­stęp­na. Uczeń cze­ka na SŁOWO, któ­re prze­kra­cza zakres dźwię­ku; SŁOWO, któ­re nie tyle ozna­cza, co sta­je się i uobec­nia; SŁOWO, któ­re będą­ce peł­ne mocy stwa­rza w nim „nowe­go czło­wie­ka”. Biblij­ne dabar (ozna­cza­ją­ce tak samo sło­wo w rozu­mie­niu języ­ków euro­pej­skich, jak i rzecz), któ­re zwy­kle tłu­ma­czy się przez grec­kie logos ma swo­je ist­nie­nie i swo­je życie, ponie­waż tak jak mowa zwią­za­ne jest z odde­chem, rozu­mia­nym zawsze jako tchnie­nie życia.

Egip­ski bóg Path i babi­loń­ski Mar­duk przez sło­wo stwa­rza­ją świat. Bóg Izra­ela stwa­rza j jed­no­cze­śnie zba­wia świat prze SŁOWO. SŁOWO, któ­re jest Bytem nie może stać się przed­mio­tem inte­lek­tu­al­nych spe­ku­la­cji, moż­na jed­nak cze­kać na nie w mil­cze­niu i liczyć na spo­tka­nie. Mil­cze­nie rozu­mia­no jako posta­wę sku­pie­nia i wyci­sze­nia, a tak­że jako „obszar ciszy”, któ­ry nie­kie­dy wyzna­czo­ny bywał wyso­kim murem. W tych warun­kach naj­ła­twiej ocze­ki­wać i nasłu­chi­wać SŁOWA, a tak­że pozwo­lić prze­nik­nąć Mu nie tyl­ko do nasze­go inte­lek­tu, ale rów­nież do umy­słu-ser­ca i dać się przez nie ogar­nąć. Posta­wa pod­mio­to­wa w szko­le świę­te­go Bene­dyk­ta doma­ga­ła się, aby nauczy­ciel raczej słu­żył, niż pano­wał i zabie­gał o to, aby go „wię­cej kocha­no niż się lęka­no”. Tą dro­gą nauczy­ciel i uczeń wzno­si­li budow­lę na ska­le, któ­rej deszcz i wichry nie znisz­czy­ły przez wie­ki.

Mam wra­że­nie, że do takiej tra­dy­cji odwo­łu­je się o. Szu­stak w swo­ich reko­lek­cjach.

Obra­zy z Biblii cały czas dla o. Szu­sta­ka się dzie­ją, to nie jest histo­ria zamknię­ta w pięk­nym znacz­ku, któ­ry trzy­ma­my w kla­se­rze i od cza­su do cza­su go sobie oglą­da­my, cmo­ka­jąc, jakie to pięk­ne cudeń­ko wte­dy się zadzia­ło. Biblia to nie kla­ser. Sło­wa w Biblii to dabar – wyda­rze­nie, któ­re się dzie­je tu i teraz, a nie w prze­szło­ści. Ojciec Szu­stak poma­ga wpro­wa­dzić do świa­do­mo­ści tę tęsk­no­tę, któ­rą przy­kry­wa nasz ego­izm, nasze lęki, nasz kon­for­mizm. W tym sen­sie jest on psy­cho­ana­li­ty­kiem, ale bożym psy­cho­ana­li­ty­kiem, tym, któ­ry odsła­nia w swo­ich słu­cha­czach wewnętrz­ny stru­mień Bożej Miło­ści.

Dewi­zą Zako­nu Kazno­dzie­jów jest wezwa­nie, aby gło­sić Ewan­ge­lię wszyst­kim, wszę­dzie i na wszyst­kie moż­li­we spo­so­by. O. Szu­stak nie jest fila­te­li­stą, tyl­ko Psem Pań­skim. Kazno­dzie­ja, jak przy­sta­ło na wier­ne­go słu­gę swe­go zako­nu, reali­zu­je swój psi obo­wią­zek – gło­si Dobrą Nowi­nę. I chwa­ła Panu i jemu za to.

Artykuł stanowi część dyskusji zapoczątkowanej tekstem Jarosława Dudycza „Między teologią a psychologią − manowce ojca Szustaka”. Pozostałe teksty:

Katarzyna Nocuń, „Zobaczę, że jestem jak Piotr
Michał Lewandowski, „Realne i metaforyczne
Jan Popieluch, „Odpowiedzialność autorytetu”
Marcin Suskiewicz, „Bóg nie wprost”
Sebastian Adamkiewicz, „Żywe słowo na palmie”
Jarema Piekutowski, „W poszukiwaniu punktów zaczepienia”
Piotr Sikora, „Chrześcijaństwo – przemieniające doświadczenie Boga”