myslimy
| 15 stycznia 2015 ]

Ojciec Szustak to Pies Pański, a nie filatelista

Dyskusja o metodzie ojca Szustaka – część 7

Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy po lekturze tekstu Jarosława Dudycza, to pytanie: ale o co chodzi? Druga, to, że fajnie zaatakować popularnego zakonnika, bo w cieniu tej popularności można się trochę polansować. Wykreować na obrońcę prawdziwej wiary. Mógłbym tak nawet zacząć tę polemikę. Na ostro, przekornie, z pazurem, z pewną nonszalancją. Wyraźnie zarysowując swoje stanowisko. Tak jak zrobił to Jarosław Dudycz. Mógłbym, ale chyba tak nie chcę. Chociaż to prawda, że moja pierwsza myśl, kiedy przeczytałem pierwszy akapit tekstu „Między teologią a psychologią − manowce ojca Szustaka”, była zabarwiona irytacją. Później, gdy już trochę ochłonąłem, postanowiłem zobaczyć plusy w tekście Jarosława Dudycza. To wtedy przyszła, już na chłodno, myśl, że właściwie temat, który wyciąga Jarosław Dudycz jest bardzo ciekawy i tak naprawdę obecny w chrześcijaństwie od bardzo dawna. Napięcie między chrześcijaństwem a psychologią, która wcześniej występowała pod postacią gnozy, było właściwie wśród uczniów Jezusa z Nazaretu od samego początku. Zwrócenie uwagi na ten problem, zwłaszcza w naszych, tak bardzo rozpsychologizowanych czasach, jest dużym plusem tego tekstu. Niestety, jedynym.

Mój problem z tym tekstem jest taki, że o ile zgadzam się, że faktycznie chrześcijaństwo to nie psychologia, tylko coś o wiele większego i że trzeba uważać na psychologiczne uwiedzenie, to zupełnie nie zgadzam się z przykładem tego uwiedzenia, jaki proponuje nam autor tekstu.

Wydaje się, że główny zarzut, jaki stawia autor tekstu o. Szustakowi jest taki, że zamiast „zdrowego i prawdziwego” chrześcijaństwa głosi nam jego psychoanalityczną wersję, że oto:

„Bóg u o. Szustaka oswaja nas z naszym cieniem, przybliża nam podświadomość i pozwala nam się jej nie bać. Pozwala w marności, którą jesteśmy, odkryć piękno. (…) Bóg przychodzi do człowieka jako nauczyciel ludzkiego pokomplikowania, jako mistrz warstw osobowości, jako ktoś, kto pozwala nam żyć na nowo, bo uporał się z naszymi blokadami i pułapkami tkwiącymi z tyłu ludzkiej głowy. Przychodzi jako terapeuta, na którego projektujemy nasze zranienia i bóle, a On je wyprostowuje, pozwala dokonać nowych wyborów”.

Autor zarzuca dominikaninowi, że nie występuje u niego w ogóle problem realności i historyczności wydarzeń biblijnych. Jest tam wyłącznie zagadnienie możliwości kaznodziejskiego wykorzystania tych wydarzeń. Przede wszystkim, jak podkreśla Jarosław Dudycz, interesuje go ich potencjał metaforyczny, przeniesienie biblijnej historii na grunt egzystencji tych ludzi, przed którymi stoi i którym ma pomóc rekolekcjami.

I dalej publicysta, ze swadą i pewną nonszalancją stwierdza, takie przeniesienie jest oczywiście możliwe, jeśli zostaniemy na poziomie symbolu i psychoanalitycznych wzorów.

„Sęk w tym, że nie taka jest wiara Kościoła. Kościół nie wierzy w to – pozostanę przy przykładzie Szawła – że Szaweł wykonał pracę duchową, dokonał wglądu w siebie, zrozumiał swój los, pojął swoją niedolę i słabość, a potem zmienił sobie obraz Boga na taki, który tej słabości nie potępił, co dało Szawłowi wolność, co Szawła uczyniło Pawłem, lecz przecież Szaweł spotkał realnego Jezusa, usłyszał jego głos, dostał konkretne wskazówki, usłyszał konkretne pytanie i poradę. Miał doświadczenie, którego my nie mamy. Ta wiara Kościoła, że droga do Damaszku nie była metaforą, ale fizycznym faktem, sprawia, że doświadczenie Szawła jest raczej trudne do przeniesienia na nasz grunt. Droga Szawła jest drogą Szawła, jego spotkanie z Jezusem jest niepowtarzalne, wierzący takiego spotkania mieć nie będą. Dla wierzących pozostaje Kościół i sakramenty, a nie olśnienia. (…) Usłyszeć głos Boga na własne uszy a przejść jakąś drogę duchowego rozwoju to dwie zupełnie różne jakości”.

Przyznam, że fragment z ostatniego akapitu musiałem przeczytać kilka razy, żeby upewnić się, że dobrze zrozumiałem jego treść i czy my mówimy o tym samym chrześcijaństwie. O ile jeszcze byłem w stanie zrozumieć troskę autora o to, aby nie ulec psychologicznemu uwiedzeniu, o tyle wykluczenia osobowej relacji z Jezusem, która rodzi się ze spotkania twarzą w twarz przy Słowie, już nie byłem w stanie zrozumieć.

Tekst skłonił mnie do postawienia sobie pytania o to, jak wyglądała relacja między chrześcijaństwem a psychologią. Oto co znalazłem.

To prawda, że w dwudziestym wieku pomiędzy duchowością chrześcijańską a psychologią w ujęciu freudowskim wywiązał się otwarty spór. Wzajemna niechęć prowadziła do nieufności. Cierpiał na tym przede wszystkim konkretny człowiek potrzebujący zarówno wsparcia duchowego, jak i psychologicznego. Autonomia duchowości i psychologii winna mieć miejsce jedynie w obrębie „uprawianej nauki”, ale nie w bezpośredniej pomocy udzielanej człowiekowi. Tu konieczne jest wzajemne poszanowanie, akceptacja i bezpośrednia współpraca dla dobra pacjentów i penitentów.

Niechęć Kościoła wobec nowoczesnej psychologii została zdecydowanie pokonana na Soborze Watykańskim II. Jego dokumenty wielokrotnie nawiązują do psychologii jako nauki, która pomaga człowiekowi w lepszym poznaniu siebie oraz wspiera go w jego misji i posłudze na rzecz bliźnich (KDK 4). Stąd też – podkreśla Sobór – „w pracy duszpasterskiej należy stosować nie tylko zasady teologiczne, lecz także zdobycze nauk świeckich, zwłaszcza psychologii”, by wiernych prowadzić do dojrzalszego życia wiary (KDK 62). Vaticanum II podkreśla także potrzebę zastosowania osiągnięć „zdrowiej psychologii” w osobistej oraz duszpasterskiej formacji księży. Winno się ich pouczać, w jaki sposób mogą w pracy pasterskiej korzystać z pomocy psychologii (DFK 3. 20). Jak więc widzimy, współczesne nauczanie Kościoła nie jest wrogo nastawione ani do psychologii, ani też do jej osiągnięć; wręcz odwrotnie − szczerze poleca wiernym korzystanie z niej.

Sobór, mówiąc o psychologii, dodaje jednak kilkakrotnie przymiotnik „zdrowa”, to znaczy taka, która nie chce utożsamiać się z religią, moralnością czy też duchowością. Człowiek wierzący nie może korzystać z takiej psychologii, która przekraczając granice swoich kompetencji, sprowadza doświadczenie religijne i duchowe jedynie do pewnych procesów psychicznych. Takie ujęcie przez psychologię religii i duchowości nie wynika z naukowej refleksji, ale z przyjętych założeń ideologicznych. Viktor E. Frankl nawołuje więc do „deideologizacji” oraz „rehumanizacji” psychologii i psychoterapii. „Jestem przeświadczony – pisze – że deneurotyzacja człowieka wymaga ponownego uczłowieczenia psychoterapii. […] Jeżeli mamy rozumieć frustracje człowieka, musimy rozumieć jego motywacje, poczynając w szczególności od najbardziej ludzkiej z ludzkich motywacji, jaką jest poszukiwanie sensu przez człowieka. Jest to jednak niemożliwe, dopóki psychoterapia nie oderwie się od własnego redukcjonizmu. Wszystko, co nie jest ponownie uczłowieczoną psychoterapią, wzmacnia jedynie masową triadę neurotyczną”: depresję, agresję i nałogi.

Znakiem wciąż istniejących nadużyć pewnego rodzaju psychologii są zbeletryzowane publikacje, które chcą być nie tylko psychologicznymi poradnikami, ale także katechizmami czy nawet podręcznikami moralności. Ich autorzy, pomijając pytanie, jaką duchowość i religię wyznaje ich czytelnik, narzucają mu swoje własne rozwiązania moralne i duchowe, choć jako profesjonaliści z samego założenia nie powinni zajmować się tymi zagadnieniami wprost. Mieszanie psychologii, religii, moralności i duchowości to podstawowy grzech wielu autorów „psychologicznych”. Lekceważenie doświadczenia religijnego i duchowego czytelnika, pacjenta czy klienta jest lekceważeniem go jako istoty wolnej. Autorzy ci traktują czytelników jak małe dzieci, które nie potrafią stawiać sobie pytań egzystencjalnych, szukać na nie odpowiedzi i dokonywać samodzielnych wyborów zgodnie ze swoim własnym światopoglądem.

Wydaje się, że jednak nie tak traktuje swoich słuchaczy o. Szustak. Kaznodzieja w swoich kazaniach odwołuje się do „zdrowej” psychologii i do pewnej zbieżności między psychologią a Ewangelią, pamiętając jednak o różnicach, jakie występują między nimi. Jakie to podobieństwa i jakie różnice?

W obu przypadkach mamy do czynienia z refleksją nad człowiekiem i nad jego zachowaniem. Zbieżność zainteresowań nie oznacza jednak tożsamości. Przeciwnie, między psychologią a Ewangelią istnieją zasadnicze różnice. Psychologia jest nauką, która w centrum uwagi stawia zachowanie człowieka, natomiast w centrum zainteresowań Ewangelii jest człowiek. Głównym celem psychologii jest promowanie dojrzałych sposobów postępowania. Głównym celem Ewangelii jest formowanie dojrzałych ludzi. Jezus wie, że za podobnymi zachowaniami zewnętrznymi mogą kryć się ludzie o bardzo zróżnicowanym wnętrzu, o odmiennej hierarchii wartości, o różnym stopniu dojrzałości, dlatego przestrzega faryzeuszów: „To wy właśnie wobec ludzi udajecie sprawiedliwych, ale Bóg zna wasze serca” (Łk 16,15). Psychologia koncentruje się wyraźnie na niektórych tylko przejawach ludzkiej rzeczywistości i aktywności. Ewangelia natomiast interesuje się całą tajemnicą człowieka oraz ostatecznym sensem jego życia. Psychologia zajmuje się osobowością. Ewangelia zajmuje się osobą.

Najbardziej zasadnicza różnica między psychologią a Ewangelią wynika z faktu, że psychologia jest dziełem człowieka, natomiast Ewangelia jest efektem Bożego Objawienia. Jak każde dzieło ludzkie, psychologia podlega nieustannym modyfikacjom. Kolejne szkoły i kierunki psychologiczne są odpowiedzią na jednostronność czy naiwność poprzednich systemów i okazują się równie ograniczone czy nie wystarczalne jak tamte.

Tymczasem Ewangelia nieustannie potwierdza swoją aktualność i ponadczasowość. Od dwóch tysięcy lat pomaga milionom ludzi, by pozytywnie przemieniali nie tylko świat, w którym żyją, ale także samych siebie. Ewangelia ukazuje religijność, która nie jest ucieczką od życia ani zastępowaniem życia, lecz sztuką życia. Jezus wyjaśnia, że „nie każdy, który Mi mówi: «Panie, Panie», wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca” (Mt 7,21). A dalej zachęca: „Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5,16). Zagłębiając się w Ewangelię, człowiek uczy się samego siebie. Odkrywa to, kim jest, w jaki sposób powinien żyć, jakich wyborów powinien dokonywać (por. Mt 7,12). Ewangelia jest precyzyjną, konkretną instrukcją dojrzałego postępowania, którą ludzie wierzący powinni zamieniać w czyn: „Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale” (Mt 7,24). Ostatecznym celem słów i czynów Jezusa jest pomaganie człowiekowi, by wygrał zarówno życie wieczne, jak i doczesne, oraz aby jego radość już tu na ziemi była pełna (por. J 17,13). Jezus nie formuje ludzi naiwnych czy bezradnych, lecz silnych i pełnych realizmu: „Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie” (Mt 10,16). Jednocześnie stanowczo przestrzega przed faryzeuszami: którzy „mówią, ale sami nie czynią” (Mt 23,2).

Skoro Ewangelia uczy sztuki dojrzałego życia w oparciu o prawdę, którą człowiekowi objawia jego Stwórca, to nic dziwnego, że znajdziemy w niej zasady, które psychologia odkrywa 2 tysiące lat później. W tym sensie możemy mówić o psychologii w Ewangelii. Okazuje się, że Ewangelia z jednej strony wyprzedza, a z drugiej weryfikuje i potwierdza to, co najcenniejsze w dorobku współczesnej psychologii. Ale to nie wszystko. W Ewangelii odnajdujemy również takie elementy rozumienia człowieka i jego zachowania, z którymi psychologia do dzisiaj nie potrafi sobie poradzić. W tym sensie możemy mówić o psychologii Ewangelii. A zatem o psychologii, która przerasta dorobek współczesnych nauk psychologicznych i do której każdy psycholog powinien się odwoływać, jeśli chce w dojrzalszy i skuteczniejszy niż dotąd sposób pomagać człowiekowi. Przyjrzyjmy się teraz bliżej obu tym zagadnieniom: psychologii w Ewangelii oraz psychologii Ewangelii.

Psychologia w Ewangelii to te elementy wiedzy o człowieku oraz o jego zachowaniu, które uważane są za dorobek współczesnej psychologii, a które zawarte są już w przekazach ewangelicznych. Jest wiele takich elementów. Przyjrzę się tym, które wydają mi się szczególnie ważne i aktualne. Zacznijmy od psychologii myślenia, która odkryła zjawisko dysonansu kognitywnego. Chodzi o to, że każdy człowiek dąży do zgodności między swoimi sposobami myślenia a swoimi sposobami postępowania. Brak takiej zgodności powoduje bowiem bolesne napięcia psychiczne. Przezwyciężenie dysonansu kognitywnego następuje albo przez poprawę błędnego postępowania (rozwiązanie dojrzałe), albo przez uleganie błędnemu myśleniu, by usprawiedliwić dotychczasowe postępowanie (rozwiązanie zaburzone). Takie właśnie błędne próby pokonania dysonansu kognitywnego demaskuje Jezus w odniesieniu do postawy faryzeuszów: „Przyszedł Jan: nie jadł ani nie pił, a oni mówią: Zły duch go opętał. Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije, a oni mówią: Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników. A jednak mądrość usprawiedliwiona jest przez swoje czyny” (Mt 11,18-19). Jezus wielokrotnie podkreśla fakt, że kryzys życia danego człowieka czy danej grupy społecznej prowadzi do kryzysu myślenia: „Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczyma nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli: i nie nawrócili się” (Mt 13,14-15). Jezus doskonale wie, że nasz sposób myślenia o rzeczach zależy głównie od ilorazu inteligencji, natomiast nasz sposób myślenia o człowieku zależy głównie od jakości naszego życia. Lekcje z zakresu psychologii myślenia, których udzielał Jezus dwa tysiące lat temu, przydałyby się wielu modnym obecnie psychologom, którzy nawołują do „pozytywnego” myślenia oraz do „pozytywnego” obrazu samego siebie. Mogliby oni dowiedzieć się od Jezusa, że myślenie o świecie i o samym sobie nie powinno być ani pozytywne, ani negatywne, lecz po prostu prawdziwe.

Popatrzmy teraz na przykłady z zakresu komunikacji międzyludzkiej. We współczesnej psychologii zawrotną karierę zrobił termin „empatia”, który oznacza zdolność szczególnego wsłuchiwania się w to, co komunikuje o sobie drugi człowiek. Słuchanie empatyczne polega na tym, że słuchający wczuwa się w subiektywny świat myśli i przeżyć drugiego człowieka, pozostając sobą. Zaprzeczeniem empatii jest zarówno rozumienie człowieka wyłącznie z perspektywy zewnętrznego obserwatora, jak i utożsamianie się z jego subiektywnym światem. W pierwszym wypadku jesteśmy rodzajem sędziego czy policjanta, który nie rozumie wnętrza człowieka. W drugim wypadku redukujemy samych siebie do roli psychicznego lustra. Tymczasem człowiek nie potrzebuje lustra, lecz przyjaciela.

Wszystkie te elementy współczesnej wiedzy o empatii zawarte są w Ewangelii. Jezus przestrzega, by nie osądzać człowieka z zewnątrz: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” (Mt 7,1). Wyjaśnia, że kochać można tylko tych, których się pozna: „Ja jestem dobrym pasterzem i znam moje owce” (J 10,14).

Kolejna kompetencja, opisywana i promowana w psychologii komunikacji, to asertywność. Oznacza ona zdolność szczerego, bezpośredniego wyrażania własnych myśli, pragnień, praw i potrzeb w sposób akceptowany społecznie, przy jednoczesnym przyznaniu innym ludziom prawa do czynienia tego samego. Asertywność to zdolność „wpuszczania” drugiego człowieka do naszego niepowtarzalnego świata wewnętrznego, aby mógł on nas zrozumieć i uszanować, oraz aby mógł skorzystać z bogactwa naszej historii i naszej osobowości. Zaprzeczeniem asertywności jest sytuacja, w której dana osoba nie przyznaje sobie prawa do tego, by szczerze mówić o tym, co myśli, co czuje czy czego pragnie. Prowadzi to do próby respektowania innych ludzi kosztem samego siebie. Drugą skrajnością jest sytuacja, w której dana osoba mówi wprawdzie szczerze i bezpośrednio o własnych przekonaniach, przeżyciach czy pragnieniach, jednak czyni to w sposób błędny, np. tak agresywny, że jej głównym celem nie jest obrona własnych praw, lecz np. szukanie zemsty, osądzanie i potępianie innych ludzi albo też chęć odreagowania własnych napięć psychicznych.

Gdy zaglądamy do Ewangelii, to okazuje się, że Jezus stanowczo wzywa do asertywności: „Niech wasza mowa będzie: Tak-tak; nie-nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5,37). On sam jest mistrzem asertywności. Przedstawia siebie, swoje myśli i pragnienia w sposób szczery i bezpośredni (por Łk 4,21). Także wtedy, gdy za swoją szczerość i otwartość zostanie skazany na śmierć (por. J 11,45-53). Jednocześnie Jezus uczy nas sztuki odpowiedzialnego posługiwania się asertywnością, pokazując nam dojrzałą hierarchię wartości. Spotykając danego człowieka, Chrystus odsłania przed nim te aspekty swojego wnętrza, które wyrażają miłość i troskę. Podobnie jak empatia, tak i asertywność nie jest zatem celem, lecz środkiem.

Kolejny przykład to psychologia społeczna. Sporo ukazuje się ostatnio publikacji na temat „toksycznej” miłości: w kręgu rodzinnym, w szkole, w grupach rówieśniczych. Badania psychologiczne ukazują, że człowiek potrafi trwać w więziach z ludźmi (a nawet z substancjami chemicznymi), które okazują się szkodliwe, które prowadzą do poważnych patologii. Czasem do śmierci. Gdy zajrzymy do Ewangelii, to odkryjemy, że dwa tysiące lat temu Jezus przestrzegał przed takimi więziami: „Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po ich owocach” (Mt 7,15). Mówił też o ślepych przewodnikach, którzy wprowadzają innych w błąd i których należy opuścić (Mt 15,14), a także o fałszywych pasterzach, którzy pasą jedynie samych siebie. Stąd właśnie stanowcze słowa Jezusa: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest mnie godzien” (Mt 10,37). Jezus doskonale wiedział, jak toksyczne są sytuacje, w których ktoś ubóstwia drugiego człowieka.

Chrystus nie tylko przestrzega przed destrukcyjnymi więziami. On pokazuje także sposoby obrony przed toksycznymi związkami. Sposób pierwszy to pokochanie Boga nade wszystko, gdyż tylko On jest absolutnie dojrzałym przyjacielem, który nigdy nie uczyni nam krzywdy (por. Mk 12,28-30). Natomiast ludzie mogą nami manipulować. Mogą nam szkodzić. Czasem bez złej woli i bez świadomości, że czynią coś złego. Właśnie dlatego nie można obdarzać nikogo z ludzi takim zaufaniem, jakim możemy obdarzyć Boga. Sposób drugi obrony przed toksycznymi związkami to budowanie dojrzałych więzi międzyludzkich, to naśladowanie postawy Jezusa, który ukazuje w swoich słowach i czynach ostateczne kryterium dojrzałej miłości: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie kochali tak, jak Ja was pokochałem; żebyście i wy tak się kochali wzajemnie” (J 13,34).

I ostatni już przykład, tym razem z zakresu psychologii zdrowia. Okazuje się, że jednym z głównych kryteriów zdrowia psychicznego jest wolność od nadmiernej koncentracji na samym sobie. G. Allport wyjaśnia, że małe dziecko koncentruje się głównie lub wyłącznie na samym sobie. Rozwój psychiczny polega na stopniowym uwalnianiu się z początkowej nadkoncentracji na samym sobie poprzez takie poszerzanie sensu własnego „ja”, by stać się zdolnym do objęcia miłością innych ludzi. W przeciwnym wypadku nie można osiągnąć zdrowia psychicznego. Im bardziej zaburzony jest człowiek, tym bardziej natarczywą przejawia skłonność do koncentrowania się na samym sobie: na swoich subiektywnych myślach i odczuciach, na swoich potrzebach, niepokojach czy obawach.

Dokładnie to samo kryterium dojrzałości odnajdujemy w Ewangelii. Jezus wzywa ludzi, by nie koncentrowali się na samych sobie, na własnych myślach, przewidywaniach, niepokojach (por. Łk 12,22). Poleca uczniom, by zaparli się samych siebie (por. Łk 9,23-25). Nie chodzi tu jednak o zaparcie się samego siebie na zasadzie uznania własnego „ja” za iluzoryczny wytwór „nieoświeconego” umysłu, lecz na zasadzie skupienia uwagi i świadomości na takim działaniu, które wyraża miłość, prawdę i odpowiedzialność. Chodzi o to, by być panem własnego „ja” psychicznego, a nie jego niewolnikiem. Wtedy człowiek staje się zdolny do naśladowania Chrystusa, który nie przyszedł po to, aby mu służono, lecz aby służyć i być darem dla innych (por. Mt 20,28). Tylko dzieci i ludzie zaburzeni widzą dookoła potencjalnych służących. Dopóki jednak trwają w takim stanie, nie mogą uwolnić się z destrukcyjnego zniewolenia własnym egoizmem i toksyczną nadkoncentracją na własnych przeżyciach.

To wszystko stara się przekazać swoim słuchaczom w swoich rekolekcjach o. Szustak. Próbuje odsłonić to, co zauważył Viktor Frankl, pisząc o głęboko tkwiącej w nas potrzebie sensu. Wielokrotnie na tę potrzebę zwracał uwagę Jan Paweł II, który podkreślał, że „człowieka nie można zrozumieć w pełni bez Chrystusa”. Czy jest w tym coś złego, że o. Szustak o tym przypomina i korzysta z narzędzi, które najlepiej się do tego nadają? Czy jest coś złego w tym, że mówi o Bogu, który jest Emmanuelem, Bogiem z nami, czułym Ojcem, który kocha, który troszczy się o swoje dzieci, który jak dobry pasterz nosi na sobie zapach tych, którzy są jego własnością.

To prawda, że Kościół i sakramenty, o których pisał Jarosław Dudycz, są ważne, ale Bóg mówi także, a może nawet przede wszystkim przez Słowo – o tym jakby trochę autor zapomniał. To właśnie przy Słowie jest miejsce spotkania Pana, usłyszenia Jego głosu, miejsce wejścia w dialog ze swoim Nauczycielem, ze swoim Mistrzem. Miejsce budowania żywej relacji z Panem i wyjścia z niewoli historii. Słowo powoduje, że Pan jest tu i teraz, a nie dwa tysiące lat temu na drodze do Damaszku przy uchu Szawła.

Warto pamiętać o tym, że nasza wiara rodzi się ze słuchania, że jako chrześcijanie powinniśmy mieć przed oczyma wezwanie Shema Israel. Cała pedagogika chrześcijańska oparta jest na tej czynności, na realizacji tego wezwania, które zakłada osobiste spotkanie. Dobrze to widać chociażby w Regule św. Benedykta.

„Słuchaj synu nauk mistrza”, słuchaj „uchem swego serca” to pierwsze słowa Reguły św. Benedykta. Serce w tradycji hebrajskiej, a także w pierwotnym chrześcijaństwie, to nie tylko centrum życia uczuciowego, ale również poznawczego. Tak pojęte poznanie (hebrajskie jada) dokonuje się w relacji obecności dwu podmiotów, zakłada ich bezpośrednie spotkanie. Nie może więc być obojętne dla poznającego, prowadzi do wewnętrznej przemiany, a w konsekwencji przyrzeczenia naprawy obyczajów (conversio morum) − tego domaga się poznające i miłujące serce. Poznanie w rozumieniu Biblii ogarnia zatem całego człowieka, a nie tylko jego intelekt.

Mistrz w szkole świętego Benedykta musiał zatem łączyć w sobie surowość nauczyciela z dobrocią ojca i uczyć raczej swoim przykładem niż słowem. Dotyczyło to także innych, zwłaszcza starszych mnichów w klasztorze. Nowicjusz uczył się od nich, naśladując ich milczenie, pokorę, posłuszeństwo i wierność Bogu oraz obranej drodze. Między uczniem a nauczycielem rodziła się więź oparta na charyzmacie ojca − dlatego w odniesieniu do duchowego mistrza używano pierwotnie określenia semickiego abba; stąd łacińskie abbas i polskie „opat”. Opata nazywano też panem (dominus) ponieważ nie miał prawa głosić swojej nauki, lecz tylko naukę Pańską, zgodnie ze słowami swego jedynego Mistrza: „nauka moja nie jest moją”. Podstawą charyzmatu nauczyciela było to, że był on nosicielem Ducha (pneumatoforos). Jeśli uczeń słuchał go sercem, wtedy przez mistrza przemawiał Duch − z serca do serca. W innym przypadku nauczyciel nie miał mu nic do powiedzenia. Ostatecznie to nauczyciel i uczeń prowadzeni są przez Ducha, który w nich mieszka, to on odpowiada: OTO JESTEM, zanim uczeń wypowie Jego imię. Jest to jednocześnie postawa jak najbardziej podmiotowa, która umożliwia dotarcie do samego Bytu.

Gdy w poznaniu posługujemy się konstrukcją przedmiotu, wtedy tworzymy język wyabstrahowany, aspektowy, a opisując część po części sprawiamy, że rzecz cała – naraz staje się niedostępna. Uczeń czeka na SŁOWO, które przekracza zakres dźwięku; SŁOWO, które nie tyle oznacza, co staje się i uobecnia; SŁOWO, które będące pełne mocy stwarza w nim „nowego człowieka”. Biblijne dabar (oznaczające tak samo słowo w rozumieniu języków europejskich, jak i rzecz), które zwykle tłumaczy się przez greckie logos ma swoje istnienie i swoje życie, ponieważ tak jak mowa związane jest z oddechem, rozumianym zawsze jako tchnienie życia.

Egipski bóg Path i babiloński Marduk przez słowo stwarzają świat. Bóg Izraela stwarza j jednocześnie zbawia świat prze SŁOWO. SŁOWO, które jest Bytem nie może stać się przedmiotem intelektualnych spekulacji, można jednak czekać na nie w milczeniu i liczyć na spotkanie. Milczenie rozumiano jako postawę skupienia i wyciszenia, a także jako „obszar ciszy”, który niekiedy wyznaczony bywał wysokim murem. W tych warunkach najłatwiej oczekiwać i nasłuchiwać SŁOWA, a także pozwolić przeniknąć Mu nie tylko do naszego intelektu, ale również do umysłu-serca i dać się przez nie ogarnąć. Postawa podmiotowa w szkole świętego Benedykta domagała się, aby nauczyciel raczej służył, niż panował i zabiegał o to, aby go „więcej kochano niż się lękano”. Tą drogą nauczyciel i uczeń wznosili budowlę na skale, której deszcz i wichry nie zniszczyły przez wieki.

Mam wrażenie, że do takiej tradycji odwołuje się o. Szustak w swoich rekolekcjach.

Obrazy z Biblii cały czas dla o. Szustaka się dzieją, to nie jest historia zamknięta w pięknym znaczku, który trzymamy w klaserze i od czasu do czasu go sobie oglądamy, cmokając, jakie to piękne cudeńko wtedy się zadziało. Biblia to nie klaser. Słowa w Biblii to dabar – wydarzenie, które się dzieje tu i teraz, a nie w przeszłości. Ojciec Szustak pomaga wprowadzić do świadomości tę tęsknotę, którą przykrywa nasz egoizm, nasze lęki, nasz konformizm. W tym sensie jest on psychoanalitykiem, ale bożym psychoanalitykiem, tym, który odsłania w swoich słuchaczach wewnętrzny strumień Bożej Miłości.

Dewizą Zakonu Kaznodziejów jest wezwanie, aby głosić Ewangelię wszystkim, wszędzie i na wszystkie możliwe sposoby. O. Szustak nie jest filatelistą, tylko Psem Pańskim. Kaznodzieja, jak przystało na wiernego sługę swego zakonu, realizuje swój psi obowiązek – głosi Dobrą Nowinę. I chwała Panu i jemu za to.

Artykuł stanowi część dyskusji zapoczątkowanej tekstem Jarosława Dudycza „Między teologią a psychologią − manowce ojca Szustaka”. Pozostałe teksty:

Katarzyna Nocuń, „Zobaczę, że jestem jak Piotr
Michał Lewandowski, „Realne i metaforyczne
Jan Popieluch, „Odpowiedzialność autorytetu”
Marcin Suskiewicz, „Bóg nie wprost”
Sebastian Adamkiewicz, „Żywe słowo na palmie”
Jarema Piekutowski, „W poszukiwaniu punktów zaczepienia”
Piotr Sikora, „Chrześcijaństwo – przemieniające doświadczenie Boga”