myslimy
| 9 sierpnia 2012 ]

Tańczę, śpiewam i używam

Z ks. Andrzejem Pęcherzewskim rozmawia Ewa Kiedio

Roz­mo­wa uka­za­ła się na łamach mie­sięcz­ni­ka WIĘŹ nr 7/2012, poświę­co­ne­go tema­to­wi „Pochwa­ła przy­jem­no­ści”

Ewa Kie­dio: Czy przy­jem­ność jest w życiu koniecz­nie potrzeb­na?

ks. Andrzej Pęche­rzew­ski: Naj­pierw trze­ba spre­cy­zo­wać, co rozu­mie­my przez poję­cie „przy­jem­ność”. Powiedz­my więc, że jest to jakieś dobro, któ­re­go czło­wiek doświad­cza. Nor­mal­ny mecha­nizm w nas jest taki, że przy­jem­ne będzie­my chcie­li przyj­mo­wać, a nie­przy­jem­ne­go raczej nie. Oczy­wi­ście, może­my to potem fil­tro­wać, tak że z pew­nych wzglę­dów zacznie­my przyj­mo­wać tak­że to, co nie­przy­jem­ne. Z per­spek­ty­wy psy­cho­ana­li­zy ma to ogrom­ne zna­cze­nie w kształ­to­wa­niu się pod­sta­wo­wych struk­tur psy­chicz­nych w czło­wie­ku, któ­ry poja­wia się na świe­cie – w dziec­ku, któ­re wyod­ręb­nia się od mat­ki. Pod­sta­wo­wy spo­sób doświad­cza­nia świa­ta przez dziec­ko to wła­śnie przyjemne/nieprzyjemne.

Kie­dio: Czy­li moż­na powie­dzieć, że jest to kate­go­ria, któ­ra na pew­nym eta­pie jest potrzeb­na, żeby ukształ­to­wać pozo­sta­łe kate­go­rie nasze­go postrze­ga­nia?

Pęche­rzew­ski: Tak, według kla­sycz­nej psy­cho­ana­li­zy, na naj­wcze­śniej­szym eta­pie roz­wo­ju nasz apa­rat psy­chicz­ny, a poprzez nie­go kon­takt ze świa­tem, kształ­tu­je się w opar­ciu o zasa­dę przy­jem­no­ści. Sta­no­wi ona pierw­szy spo­sób roz­róż­nia­nia, czy coś jest dobre, czy złe. Spójrz­my na przy­kład na kar­mie­nie. Mamy tu wie­le pozio­mów, to będzie nie tyl­ko zaspo­ko­je­nie łak­nie­nia i potrze­by pokar­mu, ale tak­że potrze­by kon­tak­tu – tu cho­dzi o dotyk, emo­cje, któ­re są z tym zwią­za­ne. To są róż­ne bodź­ce, któ­re mówią o przyjemnym/nieprzyjemnym dozna­niu. Dziec­ko nie ma jesz­cze apa­ra­tu, któ­ry by mu poma­gał spraw­nie to porząd­ko­wać, na razie zosta­je na takim eta­pie odbio­ru. Nie ma tu jesz­cze roz­róż­nień na świat zewnętrz­ny i wewnętrz­ny, psy­chicz­ny czy ducho­wy, któ­re póź­niej zaczy­na­my sto­so­wać w wyni­ku obrób­ki umy­sło­wej.

Przy­jem­ność speł­nia rolę zachę­ty, ma nam pomóc w osią­gnię­ciu jakie­goś ogól­nie odczu­wa­ne­go dobro­sta­nu. Jeśli nie będzie­my zwra­cać uwa­gi na to, że dziec­ko sygna­li­zu­je prze­ży­wa­nie nie­przy­jem­no­ści czy potrze­bę otrzy­ma­nia przy­jem­no­ści, zro­bi­my mu krzyw­dę. Pozba­wia­nie dziec­ka przy­jem­no­ści – depry­wa­cja zmy­sło­wa i emo­cjo­nal­na − pro­wa­dzi do bar­dzo głę­bo­kich pato­lo­gii cha­rak­te­ru, na pier­wot­nym pozio­mie, póź­niej naj­trud­niej­szych w tera­pii.

Nieprzyjemna herezja

Kie­dio: Czło­wiek tra­ci moty­wa­cję, bo nie może się spo­dzie­wać nagro­dy?

Pęche­rzew­ski: Rodzi się pewien stan nie­na­sy­ce­nia. Nie osią­gam dobro­sta­nu, w związ­ku z tym odczu­wam fru­stra­cję, nie­po­kój, lęk. Cza­sa­mi czło­wiek wytwa­rza sobie fał­szy­wy dobro­stan, zaczy­na­ją się fan­ta­zje, samo­za­spo­ko­je­nie. Dziec­ko może fan­ta­zjo­wać, że samo się nakar­mi­ło, jeśli w porę nie dosta­ło pokar­mu. Może two­rzyć wewnętrz­ny nie­praw­dzi­wy świat, w związ­ku z tym tra­ci kon­takt z samym sobą, z tym, co się dzie­je. Nie umie odczy­ty­wać wewnętrz­ne­go świa­ta, emo­cji i zaczy­na je odbie­rać fał­szy­wie. W skraj­nych sytu­acjach rodzą się w ten spo­sób psy­cho­pa­ci, psy­cho­ty­cy, któ­rzy nie umie­ją się skon­tak­to­wać ze swo­im wewnętrz­nym świa­tem, ze swo­imi fak­tycz­ny­mi potrze­ba­mi i w pew­nym momen­cie go porzu­ca­ją, bo ta sytu­acja rodzi zbyt dużą fru­stra­cję. Zaczy­na się przed­mio­to­we podej­ście do świa­ta: to da mi coś, chcę tego i tego. Dla­te­go tak istot­ne jest, żeby potrze­ba przy­jem­no­ści zosta­ła zauwa­żo­na przez opie­ku­na, mat­kę, naj­bliż­sze oto­cze­nie. Jak zawsze cho­dzi o łapa­nie rów­no­wa­gi, zło­ty śro­dek.

Kie­dio: A więc zdro­wy, doj­rza­ły czło­wiek dostar­cza sobie pew­nej ilo­ści przy­jem­no­ści, a jed­no­cze­śnie ze wzglę­du na inne war­to­ści potra­fi z niej zre­zy­gno­wać.

Pęche­rzew­ski: Tak. Ele­men­tem zdro­wej oso­bo­wo­ści jest umie­jęt­ność zaba­wy, co łączy się z przy­jem­no­ścią. Cał­ko­wi­ty brak zaba­wy to nie­po­ko­ją­cy sygnał. Jed­no­cze­śnie jed­nak nie otrzy­mu­je­my bez­u­stan­nie gra­ty­fi­ka­cji i przy­jem­no­ści, wobec tego na takich war­to­ściach nie może­my oprzeć życia.

Kie­dio: Na razie mówił ksiądz języ­kiem psy­cho­te­ra­peu­ty. Zasta­na­wiam się, na ile taki spo­sób mówie­nia daje się prze­no­sić w prak­ty­kę dusz­pa­ster­ską. Czy z ambo­ny moż­na gło­sić o zna­cze­niu przy­jem­no­ści?

Dywiz z ks. Andrze­jem Pęche­rzew­skim

Pęche­rzew­ski: Chrze­ści­ja­nin nie jest jakimś innym gatun­kiem czło­wie­ka, w jego życiu przy­jem­ność tak samo peł­ni swo­ją rolę. Cho­dzi jed­nak zawsze o zna­le­zie­nie takie­go spo­so­bu przej­ścia przez życie, któ­ry nazwie­my dobrym – takim, że spo­ty­ka się Boga. W pew­nym uprosz­cze­niu – w kon­tek­ście doświad­cze­nia reli­gij­ne­go – przy­jem­ność według jed­nych hamu­je, odda­la lub wręcz zamy­ka w dro­dze do naj­wyż­szych ducho­wych war­to­ści. A według innych przy­jem­ność – zawie­ra­jąc sama w sobie róż­ne for­my prze­żyć zmy­sło­wych, aż po naj­wyż­sze for­my doświad­czeń natu­ry este­tycz­nej − jest wła­śnie dro­gą do świa­ta trans­cen­dent­ne­go. Osta­tecz­nie jed­nak chrze­ści­jań­stwo mówi o dwóch rze­czy­wi­sto­ściach, natu­ral­nej i nad­przy­ro­dzo­nej, mię­dzy któ­ry­mi nie ma cią­gło­ści, jed­nak prze­ży­wa­nie ziem­skiej przy­jem­no­ści może być pomoc­ną ana­lo­gią i zapo­wie­dzią „roz­ko­szy nad­przy­ro­dzo­nych”, o któ­rych może­my prze­czy­tać w Biblii lub w pismach misty­ków.

Prze­chy­le­nie w stro­nę war­to­ści ducho­wych, a tyl­ko takie były uzna­wa­ne jako reli­gij­ne, kosz­tem odrzu­ce­nia przy­jem­no­ści świa­ta zmy­sło­we­go od dawien daw­na było obec­ne w ludziach. To taka here­zja mani­chej­ska trwa­ją­ca cią­gle w pew­nych nur­tach w Koście­le, zwłasz­cza w sfe­rze życia cie­le­sne­go, ero­tycz­ne­go. Zasad­ni­czo mamy dwie moż­li­wo­ści. Pierw­sza jest taka, że świat, któ­re­go doświad­czam, mi nie wystar­cza − jest wspa­nia­ły, ale to za mało, więc pró­bu­ję go prze­kra­czać i odkry­wam rze­czy­wi­stość ducho­wą, reli­gij­ną. W dru­giej zaś świat wyda­je mi się tak wstręt­ny, że ucie­kam od nie­go w reli­gię. Kie­dy to wła­śnie ten dru­gi spo­sób myśle­nia docho­dzi do gło­su w Koście­le, nale­ży do takich wypo­wie­dzi pod­cho­dzić ostroż­nie i kry­tycz­nie je ana­li­zo­wać.

Przy­cho­dzi mi tu do gło­wy taka ana­lo­gia: dla­cze­go dzie­ci nie lubią cho­dzić z rodzi­ca­mi na spa­ce­ry? Bo sły­szą nie­ustan­nie: Nie idź tu, nie ruszaj tego, nie chodź tam, tu wpad­niesz. Poka­zu­je­my dzie­ciom świat, któ­ry jest nie­ustan­nym zagro­że­niem. To zagro­że­nie jest w nas samych, czę­sto tego nie­świa­do­mych doro­słych. Taki lęk zwią­za­ny z pier­wot­nym i jedy­nym pozna­wa­niem świa­ta według dozna­nia przyjemne/nieprzyjemne. Czę­sto w życiu doro­słym nakła­da­my na ten lęk siat­kę zna­czeń moral­nych i reli­gij­nych, zupeł­nie o tym nie myśląc. Nie może­my wciąż kar­mić się prze­ka­zem „Nie żyj­cie przy­jem­no­ścia­mi”, bo dopro­wa­dzi­my do oka­le­cze­nia sie­bie. Poziom libi­do, któ­ry w nas sta­le jest, wyma­ga kar­mie­nia, musi być choć­by mini­mal­nie zaopa­trzo­ny. Ina­czej zabrak­nie nam w pew­nym momen­cie sił życio­wych.

Kie­dio: Co się dzie­je w sytu­acji, gdy ktoś przy­cho­dzi do Księ­dza jako pacjent i widać, że zblo­ko­wał się na pozio­mie prze­ży­wa­nia przy­jem­no­ści, ale środ­ki, któ­re pod­po­wia­da księ­dzu prak­ty­ka tera­peu­tycz­na są sprzecz­ne z tym, co dopusz­cza Kościół kato­lic­ki?

Pęche­rzew­ski: Jako tera­peu­ta nie zaj­mu­ję się oce­ną moral­ną tego, co się dzie­je w życiu pacjen­ta, ani nie pro­po­nu­ję spo­so­bów wyj­ścia z pro­ble­mu. Takie są zasa­dy tera­pii psy­cho­ana­li­tycz­nej. Moc­no akcen­tu­je się w niej neu­tral­ność − nicze­go nie pod­po­wia­da­my pacjen­to­wi, tyl­ko wspie­ra­my go w samo­dziel­nym odkry­wa­niu zna­czeń nie­świa­do­mych. Oczy­wi­ście, moja sytu­acja jest szcze­gól­na ze wzglę­du na to, że jestem księ­dzem. Ale wie­le osób zgła­sza się do mnie wła­śnie z tego powo­du. To zna­czy, że w pro­ce­sie psy­cho­te­ra­pii boją się ude­rze­nia w sfe­rę reli­gij­ną, a przy­cho­dząc do mnie, mają zabez­pie­czo­ne, że nie będę pod­wa­żał ich wia­ry. Co nie zna­czy, że unik­nie­my tema­tu reli­gii. W tera­pii jest to naj­trud­niej­szy, naj­de­li­kat­niej­szy obszar, bo to z nim wią­że się naj­wię­cej sztyw­nych mecha­ni­zmów obron­nych. Dla­te­go waż­ne jest, żebym na tera­pię dłu­go­ter­mi­no­wą nie przyj­mo­wał niko­go z para­fian. Patrząc na mnie jako na swo­je­go pro­bosz­cza, nie będą w sta­nie otwo­rzyć się w tej sfe­rze. Cza­sa­mi potrzeb­ne są inne narzę­dzia niż te, któ­re mamy do dys­po­zy­cji w dusz­pa­ster­stwie, wła­śnie takie jak np. psy­cho­te­ra­pia. Bar­dziej ade­kwat­ny obraz sie­bie i rze­czy­wi­sto­ści pozy­ski­wa­ny przy jej pomo­cy poma­ga unik­nąć nie­po­trzeb­ne­go cier­pie­nia i odzy­skać bogat­szy świat prze­żyć (w tym rów­nież przy­jem­no­ści) z ich zna­cze­nia­mi reli­gij­ny­mi bar­dziej zin­te­gro­wa­ny­mi wewnętrz­nie.

Z innej planety

Kie­dio: Wróć­my do wspo­mnia­ne­go wcze­śniej prze­ak­cen­to­wa­nia war­to­ści ducho­wych przy zapo­mnie­niu o wszyst­kich pozo­sta­łych. Ks. Józef Tisch­ner w książ­ce Myśle­nie według war­to­ści pod­kre­ślał, że jeśli nie są reali­zo­wa­ne war­to­ści niż­sze­go rzę­du, war­to­ści przy­jem­no­ścio­we, nega­tyw­nie odbi­je się to też na prze­ży­wa­niu war­to­ści wyż­szych.

Pęche­rzew­ski: Oczy­wi­ście. Dys­ku­tu­je­my teraz o waż­nych spra­wach, kwe­stii war­to­ści, ducho­wo­ści, reli­gii… a tu prze­ciąg! Czy ma mi on nie prze­szka­dzać? Prze­szka­dza mi, ja jestem cie­le­sny. Jeśli nie będę tego sza­no­wał, to się prze­zię­bię. Rzecz jasna, to uprosz­czo­ny przy­kład, ale o to w isto­cie cho­dzi.

W chrze­ści­jań­stwie mówi się gra­tia sup­po­nit natu­ram, czy­li: łaska budu­je na natu­rze, a tak­że non destru­it natu­ram sed per­fi­cit − łaska nie nisz­czy natu­ry (natu­ra ma być, jak naj­peł­niej­sza, jak naj­lep­sza), ale obmy­wa ją i pod­no­si. Wobec tego trze­ba jak naj­le­piej poznać natu­rę, w tym tak­że nasze pod­sta­wo­we dozna­nia i sfe­rę prze­ży­wa­nia. Jeśli tak rani­my natu­rę, że zaczy­na­my od niej ucie­kać, to ist­nie­je nie­bez­pie­czeń­stwo prze­chy­łu w kie­run­ku łaski, świa­ta nad­przy­ro­dzo­ne­go. To już jest rzecz nie­po­ko­ją­ca w roz­wo­ju reli­gij­nym. Potrzeb­na jest har­mo­nia, roz­wój całej oso­bo­wo­ści. Nie może być tak, że „świę­ty, świę­ty, ale wytrzy­mać się z nim nie da”.

WIĘŹ 7/2012: „Pochwa­ła przy­jem­no­ści”

Kie­dio: Nauka chrze­ści­jań­ska jest sza­le­nie pozy­tyw­na, opty­mi­stycz­na w swym osta­tecz­nym wydźwię­ku. W tym, co sły­szy­my w koście­le, cię­żar poło­żo­ny jest jed­nak czę­sto bar­dziej na krzyż niż na zmar­twych­wsta­nie.

Pęche­rzew­ski: Chciał­bym unik­nąć uogól­nień, bo sam nie słu­cham wie­lu kazań. Zda­ję sobie jed­nak spra­wę, że tak bywa. Mnie same­mu też zda­rza się taka postać gło­sze­nia, taki kli­mat pra­cy dusz­pa­ster­skiej, któ­re nie budzą nadziei, nie pod­no­szą, tyl­ko trzy­ma­ją na kola­nach. To są moje „defi­cy­ty”, któ­re cza­sem nie­świa­do­mie pro­jek­tu­ję na innych. Cza­sem jed­nak świa­do­mie się nimi zaj­mu­ję, bo one są też jakoś nasze wspól­ne i szu­kam wte­dy dro­gi w ciem­no­ści.

W koście­le w Dąb­kach, w mojej para­fii, w cen­tral­nym miej­scu jest krzyż. Chry­stus wiszą­cy na nim jest pogod­ny i nie ma na gło­wie koro­ny cier­nio­wej − arty­sta nie zdą­żył jej wyrzeź­bić przed swo­ją śmier­cią. Nie­któ­rych to gor­szy, ale innych − poru­sza. Poka­zu­je, że chrze­ści­jań­stwo to nie jedy­nie padół łez. Jak jed­nak zacho­wać pogo­dę ducha? Doświad­cze­nie grze­chu i zła jest obec­ne w naszym życiu, nie ma tu co zgry­wać How do you do?, Very well. To jest coś, z czym się zma­ga­my. Ale praw­da w chrze­ści­jań­stwie jest taka, że mamy natu­rę zra­nio­ną grze­chem, a nie nim znisz­czo­ną.

W Piśmie Świę­tym czy­ta­my o prze­mie­nie­niu Chry­stu­sa na górze Tabor. Dla uczniów było to tak cudow­ne, a więc też przy­jem­ne prze­ży­cie, tak im było dobrze, że powie­dzie­li: my tu zosta­nie­my. To doświad­cze­nie bosko­ści Chry­stu­sa − jak inter­pre­tu­je­my − zosta­ło im dane, aby nie ule­gli zgor­sze­niu krzy­żem, czy­li doświad­cze­niu zła. Cho­dzi o to, aby­śmy poma­ga­li sobie nawza­jem w nazbie­ra­niu doświad­czeń, któ­re zapro­cen­tu­ją, doda­dzą nam sił, kie­dy spo­tka­my się ze złem, z ciem­no­ścią. Po to jest Kościół. Nie myśląc o tym, w prak­ty­ce dusz­pa­ster­skiej może­my spra­wić, że ludzie nie odzy­sku­ją nadziei, a wręcz prze­ciw­nie − tra­cą siły.

Kie­dio: Kie­dy chrze­ści­ja­nie mówią o przy­jem­no­ści, zazwy­czaj poja­wia się też temat asce­zy. Cze­mu jest to tak waż­ne poję­cie?

Pęche­rzew­ski: W pierw­szych wie­kach chrze­ści­jań­stwa wybra­nie Jezu­sa zwią­za­ne było z prze­śla­do­wa­nia­mi i zagro­że­niem życia. Chrze­ści­ja­nie odpo­wia­da­li: „my nie boimy się śmier­ci” i decy­do­wa­li się na męczeń­stwo. To był chrze­ści­jań­ski spo­sób na dosko­na­łość. Kie­dy nie trze­ba już było ginąć, bo skoń­czy­ły się prze­śla­do­wa­nia, zaczę­to mówić o bia­łym męczeń­stwie, porzu­ce­niu pew­ne­go spo­so­bu życia. Poja­wia­li się ludzie, któ­rzy twier­dzi­li, że w tym świe­cie odda­la­my się od Jezu­sa, więc aby stać się dosko­na­łym czło­wie­kiem, trze­ba się ze świa­ta usu­nąć, porzu­cić swo­je rela­cje i przy­wią­za­nia do świa­ta – con­temp­tus mun­di. Wyj­ście na pusty­nię mia­ło być cza­sem zmie­rze­nia się ze sobą, pozna­wa­nia sie­bie, odkry­wa­nia, kim jest czło­wiek, pyta­nia o fun­da­men­tal­ne doświad­cze­nia zwią­za­ne z prze­ży­wa­niem świa­ta. Się­gnię­cie do tek­stów Ojców Pusty­ni to nie­zwy­kłe prze­ży­cie. Wokół tych mistrzów gro­ma­dzi­li się inni ludzie, któ­rzy pyta­li: jak żyć? Św. Bene­dykt z Nur­sji zapro­po­no­wał spo­sób życia dla całe­go Kościo­ła, regu­łę zło­te­go środ­ka.

Kie­dio: Prze­wi­dy­wał on jed­nak pew­ne miej­sce dla przy­jem­no­ści?

Pęche­rzew­ski: Oczy­wi­ście. W związ­ku z tym przy­po­mi­na mi się pew­ne zabaw­ne zda­rze­nie. Razem z kil­ko­ma księż­mi i sio­stra­mi zakon­ny­mi byli­śmy kie­dyś u bene­dyk­ty­nów w Sub­ia­co, we Wło­szech. Bene­dyk­ty­ni zapro­si­li nas, księ­ży, na obiad, a sio­stry zosta­ły zapro­szo­ne przez bene­dyk­tyn­ki. Jedze­nie obia­du bez wina jest tam nie do pomy­śle­nia − mni­cho­wi przy­słu­gu­je pół litra wina na dzień. Sio­strom tak­że przy­nie­sio­no wino i tu poja­wił się pro­blem, bo mają one w swo­ich sta­tu­tach zapi­sa­ne, że nie piją alko­ho­lu. Nie było jed­nak wśród nich żad­nej, któ­ra by mówi­ła po wło­sku. Poka­za­ły jedy­nie, że nie chcą wina. Tam­tej­sze sio­stry nie rozu­mia­ły, myśla­ły, że przy­nio­sły nie­do­bre wino, więc dają następ­ne. A pol­skie zakon­ni­ce dalej: nie. Dopie­ro za trze­cim razem sio­stry, któ­re były w gości­nie, ska­pi­tu­lo­wa­ły, bo bene­dyk­tyn­ki wyszu­ka­ły jesz­cze lep­sze wino. Nie mie­ści­ło im się w gło­wie, jak moż­na jeść bez nie­go obiad.

Św. Bene­dyk­to­wi cho­dzi­ło o dosto­so­wa­nie do rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej żyje­my − w Pol­sce aku­rat wino nie odgry­wa takiej roli, nie jest tak wpi­sa­ne w kul­tu­rę. Spójrz­my dalej na tę zasa­dę dosto­so­wa­nia środ­ków do realiów: zakon­nik nie może wyma­gać od świec­kich, żeby daw­ko­wa­li sobie przy­jem­ność tak jak on i spa­li w mni­szej celi – to było­by nie­ade­kwat­ne. Potrzeb­ny im jest taki poziom asce­zy, któ­ry pozwo­li funk­cjo­no­wać w świe­cie. Kie­dy my, księ­ża, mamy za szyb­ko goto­we recep­ty na cudze życie, są to nie­raz pomy­sły z innej pla­ne­ty.

Sam jako mło­dy ksiądz mia­łem takie zapę­dy. Chcia­łem, żeby świec­cy modli­li się w cią­gu dnia tyle cza­su, co ja. Potem, kie­dy tra­fi­łem do dużej para­fii, gdzie było mnó­stwo obo­wiąz­ków, sam mia­łem pro­blem ze zna­le­zie­niem cza­su na bre­wiarz. Musia­łem się na nowo odna­leźć, bo upo­rząd­ko­wa­ny świat, jaki pozna­łem w semi­na­rium, nijak się miał do moich nowych realiów.

Uogól­nia­jąc więc: mamy szu­kać rów­no­wa­gi, owe­go zło­te­go środ­ka. Jest w tym tak­że miej­sce na przy­jem­ność. Św. Bene­dykt mówił: ora et labo­ra, wska­zy­wał na ducho­wość i pra­cę, świat ducha, ale też świat mate­rii. Kie­dy pyta­my o przy­jem­ność, to rów­nież będzie cho­dzi­ło o zna­le­zie­nie rów­no­wa­gi.

Kie­dio: A czy z asce­zy moż­na czer­pać przy­jem­ność?

Pęche­rzew­ski: Pod wzglę­dem nagro­ma­dze­nia w nas zapi­sów przy­jem­no­ści, doświad­czeń, bodź­ców jeste­śmy jak auto­bus na war­szaw­skiej linii w godzi­nach szczy­tu − nikt i nic nie jest już w sta­nie do nie­go się wci­snąć. Nie ma gdzie się zacze­pić, nowe doświad­cze­nie już się nie zmie­ści, jest cia­sno, więc trze­ba coś wypa­ko­wać. Asce­za jest wła­śnie takim wypa­ko­wy­wa­niem i oczysz­cze­niem, któ­re ma nam pomóc w doświad­cze­niu Boga. Ale zawar­te w tym jest tak­że peł­niej­sze i na innym pozio­mie doświad­cza­nie przy­jem­no­ści. Choć­by to, o czym czę­sto wspo­mi­na­ją oso­by podej­mu­ją­ce asce­zę, że patrzą na słoń­ce i zdu­mie­wa­ją się jego pięk­nem.

Kie­dio: Przez samą przy­jem­ność, poza kate­go­rią asce­zy, też moż­na doświad­czać Boga?

Pęche­rzew­ski: Asce­za to głę­bo­ka pra­ca nad zmy­sła­mi, wolą, inte­lek­tem, któ­ra ma przy­go­to­wać grunt dla doświad­czeń nad­przy­ro­dzo­nych (któ­re − dodaj­my − są i tak nie­moż­li­we do ste­ro­wa­nia przez nas, sta­no­wią dar). Ale wstę­pem do kon­tem­pla­cji nad­przy­ro­dzo­nej jest kon­tem­pla­cja natu­ral­na. Ma ona duże zna­cze­nie zwłasz­cza dla tra­dy­cji fran­cisz­kań­skiej. Na przy­kład idę w góry i ich pięk­no tak mnie nastra­ja, że poma­ga mi w modli­twie. Dla kogoś taką rolę może też peł­nić pięk­na dziew­czy­na. Zachwy­ci się, jakie cudo Bóg stwo­rzył − pięk­no ludz­kie­go cia­ła, życia w ogó­le. Jest to odkry­wa­nie – na bar­dzo pod­sta­wo­wym pozio­mie – że w ogó­le coś jest, bo prze­cież mogło­by tego nie być. Cho­dzi o total­ną akcep­ta­cję stwo­rze­nia – dostrze­że­nie, że życie i świat to cudow­ny pomysł Pana Boga. Się­ga­my do opi­su z Księ­gi Rodza­ju: i widział Bóg, że było dobre. To się powta­rza jak refren: dobre, dobre, dobre. Nie zapo­mi­naj­my, że nawró­ce­nie nie pole­ga tyl­ko na tym, aby prze­stać czy­nić zło. Jest ono wła­śnie dostrze­że­niem, jakie to wspa­nia­łe, że ist­nie­je życie, że ist­nie­je Bóg, że ja ist­nie­ję. Do opi­su tego doświad­cze­nia moż­na użyć sło­wa „przy­jem­ność”.

Nie­zby­wal­ną czę­ścią doświad­cze­nia reli­gij­ne­go jest umie­jęt­ność świę­to­wa­nia. Cie­sze­nie się przy­jem­no­ścią życia i odno­sze­nie się do Tego, któ­ry jest jej źró­dłem. Tań­czę, śpie­wam i uży­wam − i to jest świę­to­wa­nie. U źró­dła tego jest On, Stwór­ca. To w Nim przy­jem­ność doświad­cza­nia świa­ta, natu­ry miło­ści, tak­że miło­ści fizycz­nej, znaj­du­je swo­je wła­ści­we zna­cze­nie. W ten spo­sób przy­jem­ność pro­wa­dzi nas do Boga.

-------------------------

Ks. Andrzej Pęche­rzew­ski – pro­boszcz para­fii rzym­sko­ka­to­lic­kiej w Dąb­kach k. Dar­ło­wa, tera­peu­ta. Ukoń­czył trzy­let­nie szko­le­nie psy­cho­te­ra­pii psy­cho­ana­li­tycz­nej i rocz­ne stu­dium pomo­cy psy­cho­lo­gicz­nej w Trój­miej­skim Ośrod­ku Psy­cho­te­ra­pii Psy­cho­ana­li­tycz­nej. W tym nur­cie pra­cu­je z pacjen­ta­mi. Od 2000 roku pro­wa­dzi prak­ty­kę tera­peu­tycz­ną w Dąb­kach oraz poma­ga jako psy­cho­te­ra­peu­ta w porad­ni kato­lic­kiej w Kosza­li­nie.