myslimy
| 6 października 2012 ]

Tarantino z Muranowa

War­szaw­ski Mura­nów to miej­sce szcze­gól­ne, zawie­szo­ne mię­dzy ist­nie­niem, a nie­ist­nie­niem, pamię­cią, a zapo­mnie­niem. Nie­kie­dy mam wra­że­nie, że pod cien­ką powło­ką wie­czor­ne­go letar­gu, typo­we­go dla oko­lic wiel­ko­miej­skich cen­trów, bije led­wo sły­szal­ny puls, jak­by nie­do­koń­czo­ne życia, nie­do­mknię­te histo­rie, prze­rwa­ne miło­ści doma­ga­ły się autor­skiej puen­ty. Igor Osta­cho­wicz czu­je to samo.

„Noc żywych Żydów” Osta­cho­wi­cza to rzecz z pogra­ni­cza gro­te­ski, thril­le­ra, gore, kome­dii i wresz­cie pro­wo­ka­cji czy­tel­ni­ka - szko­ła Quen­ti­na Taran­ti­no, w któ­rej autor dobrze odro­bił lek­cje. Osta­cho­wicz umie­jęt­nie żon­glu­je sty­la­mi, bawi się kon­wen­cją, łącząc lite­ra­tu­rę sen­sa­cyj­ną z poważ­nym, choć roz­ja­śnio­nym odro­bi­ną absur­du, namy­słem nad kon­se­kwen­cja­mi nie­pa­mię­ci. Autor opro­wa­dza czy­tel­ni­ka po współ­cze­snym Mura­no­wie i jego przy­le­gło­ściach, rysu­je jego kra­jo­braz i archi­tek­tu­rę, odma­lo­wu­je z wia­ry­god­ną iro­nią por­tre­ty miesz­kań­ców, żyją­cych na Nowo­lip­kach, Anie­le­wi­cza, Kar­me­lic­kiej, lecz tu nie­za­ko­rze­nio­nych. Jest jed­nak wobec nich wyro­zu­mia­ły, wie, że trud­no wro­snąć w gru­zy i napraw­dę poczuć się jak w domu na osie­dlu, któ­re roz­ło­ży­ło się na zglisz­czach. Stąd boha­te­ro­wie Osta­cho­wi­cza to prze­gląd neu­ro­ty­ków, dzi­wo­lą­gów, out­si­de­rów czy rady­ka­łów - jest tu dzia­dek anty­se­mi­ta, są owład­nię­ci pasją pano­wa­nia nad świa­tem skin­he­adzi, jest zner­wi­co­wa­na wege­ta­rian­ka czy gla­zur­nik z magi­ste­rium, któ­ry odnaj­du­je życie do nie­daw­na zasty­głe pod mura­now­ski­mi uli­ca­mi, traw­ni­ka­mi i piw­ni­ca­mi.

Opo­wieść o budzą­cych się na Mura­no­wie żydow­skich tru­pach, któ­re zaczy­na­ją zwie­dzać powo­jen­ną War­sza­wę, cho­dzić do kina i jeść lody w Arka­dii nie jest dla Osta­cho­wi­cza jedy­nie efek­tow­ną grą. To zręcz­nie popro­wa­dzo­na histo­ria żyć prze­rwa­nych przez pie­kło war­szaw­skie­go get­ta. Autor odcza­ro­wu­je bez­i­mien­ne ofia­ry Stro­opa i nada­je im ludz­kie twa­rze; sta­ją się one dla czy­tel­ni­ka na powrót kon­kret­ny­mi ludź­mi z ich pasja­mi, marze­nia­mi, miłost­ka­mi i sła­bo­ścia­mi. Raz obu­dzo­ne chcą nie­ja­ko dokoń­czyć swe życia, zasma­ko­wać pierw­szych miło­ści, pomścić bli­skich czy wybrać się do kina. Być może to naj­więk­sza zasłu­ga książ­ki Osta­cho­wi­cza - nada­nie ludz­kich rysów ofia­rom hitle­row­skie­go bestial­stwa; tym bar­dziej na Mura­no­wie, osie­dlu tak bar­dzo uśpio­nym kom­for­tem zapo­mnie­nia o jego poprzed­nich miesz­kań­cach.

Poza wszyst­kim to rzecz wyjąt­ko­wo spraw­nie napi­sa­na, wia­ry­god­nie odda­ją­ca styl ulic War­sza­wy, zabaw­na i zaska­ku­ją­ca. War­to wybrać się z Osta­cho­wi­czem na spa­cer po na powrót żydow­skim Mura­no­wie.