myslimy
| 27 października 2012 ]

Tomek Transformers

Spodo­ba­ło­by mu się ostat­nich kil­ka dni. Nagle po wie­lu sza­rych tygo­dniach zro­bi­ła się jesień, a z drzew spa­dło naraz tyle liści, że nawet nad­gor­li­we wie­deń­skie służ­by sprzą­ta­ją­ce nie nadą­ża­ją z zamia­ta­niem. Jesień wybu­chła, lata­ją wokół wie­lo­barw­ne odłam­ki, a ja, idąc przez park, szu­ram buta­mi w żół­to-brą­zo­wym sze­lesz­czą­cym gru­zo­wi­sku.

Tomas Trans­trömer. Tomek Trans­for­mers. Spe­cja­li­sta od nagłych prze­mian, dyna­micz­nych (od dyna­mi­tu) zwro­tów akcji. Poko­jo­wy eks­pert od wybu­chów – Alfred Nobel, któ­re­go nagro­dę otrzy­mał przed rokiem, był­by z nie­go dum­ny. (Ktoś powie: prze­cież Trans­tröme­ra koja­rzy­my raczej ze sta­tycz­ny­mi pej­za­ża­mi w tona­cji zbli­żo­nej do haiku – cóż, praw­dzi­wy wir­tu­oz nie sza­fu­je swo­im talen­tem).

Na przy­kład tak opi­su­je Trans­trömer w wier­szu „For­mu­ły podró­ży” nagły począ­tek nocy, gdy po zaj­ściu słoń­ca sza­rów­ka szyb­ko prze­cho­dzi w ciem­ność: „Sta­ry dom strze­lił sobie w łeb. / Dwaj chłop­cy kopią pił­kę o zmierz­chu. / Rój szyb­kich ech. – Nagle gwiaź­dzi­ście”. Zmierzch prze­cią­gał się, dłu­żył, „rój szyb­kich ech” i sta­ry dom (z dziu­rą w dachu?) odwra­ca­ły uwa­gę od sza­rze­ją­ce­go nie­ba – lecz wtem pod­no­szę wzrok i nagły trzask: czerń i gwiaz­dy.

W innym wier­szu („Twa­rzą w twarz”) mamy naj­pierw powol­ne kona­nie zimy. „Drze­wa sta­ły odwró­co­ne ple­ca­mi”, ba, już nawet „pta­ki fru­wa­ły nie­chęt­nie” i „dusza” lirycz­ne­go pod­mio­tu „obi­ja­ła się o kra­jo­braz jak łódź / co przy­cu­ma­na trze bur­tą o pomost”. Lecz naraz zaczy­na się wio­sna i „pło­ną kolo­ry”:

Pew­ne­go dnia coś zbli­ży­ło się do okna.
Pra­ca usta­ła, pod­nio­słem wzrok.
Pło­nę­ły kolo­ry. Wszyst­ko się odwró­ci­ło.
Zie­mia i ja sko­czy­li­śmy ku sobie.

Począ­tek wio­sny jest też tema­tem krót­kiej impre­sji pro­za­tor­skiej „Przy­laszcz­ki”. Przy­laszcz­ki wystrze­li­wu­ją z zie­mi, a ich dar­mo­we pięk­no spra­wia, że ludz­ka pogoń za „karie­rą”, „wła­dzą” i „roz­gło­sem” wyda­je się śmiesz­no­ścią:

Dać się zauro­czyć – nic prost­sze­go. Oto jeden z naj­star­szych tri­ków zie­mi i wio­sny: przy­laszcz­ki. W pew­nym sen­sie są nie­ocze­ki­wa­ne. Wystrze­li­wu­ją z bru­nat­ne­go zeszło­rocz­ne­go sze­le­stu w prze­oczo­nych miej­scach, gdzie wzrok by się nigdy nie zatrzy­mał. Pło­ną i uno­szą się, tak, wła­śnie uno­szą się i to dzię­ki bar­wie. Ta żar­li­wa, fio­le­to­wo­nie­bie­ska bar­wa nic już nie waży. Jest tu eks­ta­za, ale o niskim puła­pie. „Karie­ra” – ni przy­piął, ni przy­ła­tał! „Wła­dza” i „roz­głos” – śmie­chu war­te!

Ale my na począ­tek wio­sny musi­my jesz­cze pocze­kać. Za to teraz wybu­chła jesień.