myslimy
| 7 sierpnia 2013 ]

Tradycja zadana

Kie­dy kar­dy­nał Jean-Louis Tau­ran ogło­sił decy­zję Kole­gium Kar­dy­nal­skie­go o wybo­rze Jor­ge Marii Ber­go­glio na bisku­pa Rzy­mu, dzien­ni­ka­rze, publi­cy­ści, ale i regu­lar­ni wier­ni (i nie-wier­ni) wyru­szy­li w podróż po bez­dro­żach inter­ne­tu w poszu­ki­wa­niu infor­ma­cji o Fran­cisz­ku z Buenos Aires. Szyb­ko poja­wi­ło się wie­le infor­ma­cji, czę­sto nie­po­twier­dzo­nych, dzię­ki cze­mu mogli­śmy poznać poziom zdro­we­go roz­sąd­ku i kry­tycz­nej ana­li­zy źró­deł wśród ludzi pol­skiej kul­tu­ry. Duże zacie­ka­wie­nie w całej Euro­pie wzbu­dził fakt, że kard. Ber­go­glio wolał skrom­ne miesz­ka­nie mię­dzy ludź­mi od pała­cu arcy­bi­sku­pie­go. Czy nie zapo­mnie­li­śmy jed­nak, że zupeł­nie nie­daw­no taki los dzie­li­ło tak­że wie­lu duchow­nych w naszym krę­gu kul­tu­ro­wym, nie­ko­niecz­nie z racji swo­je­go wol­ne­go wybo­ru? Przy­po­mi­na o tym wywiad rze­ka, któ­ry z pry­ma­sem Czech, kar­dy­na­łem Domi­ni­kiem Duką, prze­pro­wa­dzi­li Tomasz Dostat­ni OP i Jaro­slav Šubrt i któ­ry wyda­ło domi­ni­kań­skie wydaw­nic­two W Dro­dze. Moty­wem prze­wod­nim poszu­ki­wań, w któ­re wybra­li się auto­rzy, był temat tra­dy­cji, któ­ra „nie musi być wyłącz­nie tra­dy­cjo­na­li­zmem, ale sta­no­wi tak­że wyzwa­nie”, jak mówi Domi­nik Duka; któ­re­mu akom­pa­niu­ją sło­wa Yves’a Con­ga­ra: „Dla mnie tra­dy­cja jest dobrem bez­cen­nym. Kto ma tra­dy­cję, ten nie wycho­dzi z punk­tu zero­we­go, ten jest boga­ty już w samym momen­cie wyru­sze­nia…”.

W Pol­sce czę­sto powta­rza­ne jest zda­nie o prze­śla­do­wa­niu reli­gii przez komu­ni­stycz­ne pań­stwo. Więk­szość z nas w tym kon­tek­ście wymie­ni mor­der­stwo ks. Popie­łusz­ki czy inter­no­wa­nie pry­ma­sa Wyszyń­skie­go, spra­wy wiel­kie i sym­bo­licz­ne, ale nie­wie­le tak napraw­dę mówią­ce nam o codzien­no­ści kościel­ne­go życia tam­tych lat. Mimo wie­lu spek­ta­ku­lar­nych akcji osta­tecz­nie komu­ni­stycz­ne­mu pań­stwu nie uda­ło się nigdy objąć kon­tro­li nad cało­ścią życia kościel­ne­go. Zupeł­nie ina­czej sta­ło się w Cze­chach, gdzie reli­gia była przed­mio­tem roz­gry­wek poli­tycz­nych na dłu­go przed powsta­niem nie­pod­le­głej Cze­cho­sło­wa­cji. Sta­ło się tak za spra­wą reform józe­fiń­skich z koń­ca XVIII wie­ku, któ­re zwią­za­ły Kościół z pań­stwem i pod­po­rząd­ko­wa­ły go monar­chii. Kie­dy na tę sytu­ację nało­żył się jesz­cze cze­sko-nie­miec­ki kon­flikt naro­do­wo­ścio­wy, kwe­stia przy­na­leż­no­ści do Kościo­ła sta­ła się rze­czy­wi­sto­ścią poli­tycz­ną, a kato­li­cyzm coraz czę­ściej sta­wia­no w opo­zy­cji do cze­sko­ści. Na takich fun­da­men­tach powsta­ła I Repu­bli­ka, któ­ra pod hasłem ogło­szo­nym przez jej pre­zy­den­ta Toma­sza Gary­ka Masa­ry­ka „Naszym pro­gra­mem jest Tabor!”[1] mia­ła odda­lić się od Waty­ka­nu wraz z nowo­pow­sta­łym Kościo­łem Cze­sko­sło­wac­kim. Ten­den­cje te pod­sy­ca­ła czę­sto nie­jed­no­znacz­na i nie­lo­jal­na posta­wa kle­ru wobec pań­stwa. Sytu­acja jed­nak po pew­nym cza­sie uspo­ko­iła się, a Kościół utrzy­mał sil­ną pozy­cję w spo­łe­czeń­stwie aż do II woj­ny świa­to­wej.

Tru­dy oku­pa­cji i sil­ne prą­dy postę­po­we zupeł­nie zła­ma­ły zaufa­nie Cze­chów do dużych insty­tu­cji, tak­że Kościo­ła. To dla­te­go po 1948 roku komu­ni­ści bez pro­ble­mu i wiel­kie­go opo­ru spo­łecz­ne­go prze­ję­li wła­dzę nad życiem reli­gij­nym kra­ju. Zako­ny zosta­ły zli­kwi­do­wa­ne, media kato­lic­kie kon­tro­lo­wa­ne były przez par­tyj­nych czy­now­ni­ków, a bisku­pi inter­no­wa­ni i pozba­wie­ni jakie­go­kol­wiek wpły­wu na swo­je die­ce­zje, stąd też w okre­sie nor­ma­li­za­cji wybit­ny kar­dy­nał Fran­ti­šek Tomášek nazwa­ny został „gene­ra­łem bez woj­ska”. Nastą­pi­ło kom­plet­ne zerwa­nie tra­dy­cji kościel­nych, któ­re jest dziś jed­ną z przy­czyn reli­gij­ne­go indy­fe­ren­ty­zmu Cze­chów. To wła­śnie wte­dy, jak wspo­mi­na uczest­nik ostat­nie­go kon­kla­we:

Jako ksiądz pra­co­wa­łem na «dru­giej zmia­nie», w week­en­dy i w swo­im wol­nym cza­sie. (…) Było to wyjąt­ko­we przy­go­to­wa­nie do tego, żeby nauczyć się mówić języ­kiem, któ­ry jest zro­zu­mia­ły dla ludzi. (…) Przez pięt­na­ście lat cho­dzi­łem do sto­łów­ki zakła­do­wej jak każ­dy inny, robi­łem zaku­py, a wie­czo­rem przy­rzą­dza­łem kola­cję. Miesz­ka­li­śmy razem po dwóch, trzech bra­ci, na prze­mian przy­go­to­wu­jąc posił­ki. Goto­wa­łem wpraw­dzie naj­szyb­ciej, ale za to czę­sto przy­pa­la­łem.

Z lek­ką nostal­gią doda­je: „Mia­łem jeden wiel­ki kom­fort, że w cza­sie dys­ku­sji na tema­ty reli­gij­ne kole­dzy na sta­no­wi­sku pra­cy nie mogli powie­dzieć: «My mamy inne zda­nie. A Tobie za to pła­cą»”.

Roz­mo­wa Šubrt i Dostat­nie­go z pra­skim metro­po­li­tą to arcy­cie­ka­wa podróż przez cze­ską histo­rię, któ­ra jest prze­cież źró­dłem chrze­ści­jań­stwa w naszej czę­ści kon­ty­nen­tu, to prze­cież wła­śnie na Mora­wy przy­by­li patro­ni Euro­py, Cyryl i Meto­dy, stąd pocho­dzi św. Woj­ciech, wresz­cie to Pra­ga była sto­li­cą cesar­stwa rzym­skie­go w okre­sie jego XIV-wiecz­nej świet­no­ści. Impo­nu­je spo­sób myśle­nia Domi­ni­ka Duki, któ­ry roz­wa­ża­jąc dany pro­blem, naj­pierw dokład­nie przy­glą­da się temu, co poprze­dzi­ło jego wystą­pie­nie, by przyjść do jego ana­li­zy i wresz­cie opi­su skut­ków. Nigdy w tym wszyst­kim nie zado­wa­la się powierz­chow­ną oce­ną, szu­ka­jąc logi­ki i cią­gło­ści zacho­wań ludzi, ze smut­kiem odno­to­wu­je przy­pad­ki zerwa­nia cią­gło­ści. W tym kon­tek­ście pada­ją wąt­ki trud­ne, zna­ne i mniej zna­ne, począw­szy od posta­ci Jana Husa, przez woj­ny reli­gij­ne, cze­ską trau­mę Bia­łej Góry, oso­bę Toma­sza Gary­ka Masa­ry­ka, cza­sy komu­ni­zmu, koń­cząc na wyzwa­niach współ­cze­sno­ści. Jak prze­dziw­nie dla pol­skie­go kato­li­ka brzmią sło­wa domi­ni­kań­skie­go bisku­pa, któ­ry opty­mi­stycz­nie stwier­dza, że poło­wa cze­skie­go spo­łe­czeń­stwa to ludzie szu­ka­ją­cy, zagłę­bie­ni w nur­tach gno­sty­cy­zmu, deizmu i teizmu (kie­dy dru­ga poło­wa to zde­kla­ro­wa­ni ate­iści zastra­sze­ni przez komu­ni­stycz­ną pro­pa­gan­dę). Domi­ni­ka Dukę cechu­je nie tyl­ko myśle­nie bli­skie czło­wie­ko­wi, ale tak­że język pozba­wio­ny trium­fa­li­stycz­nych nale­cia­ło­ści, pełen poko­ry, a jed­no­cze­śnie dono­śny i pew­ny swe­go.

Bo i książ­ka jest odważ­nym wezwa­niem dla każ­de­go kato­li­ka do pod­ję­cia dzie­ła ewan­ge­li­za­cji, zgod­nie z jej pod­ty­tu­łem: Cze­go się, za prze­pro­sze­niem, boisz? To też przy­po­mnie­nie dla nas, że koniec koń­ców osta­tecz­nym, ale też jedy­nie praw­dzi­wym sku­tecz­nym narzę­dziem ewan­ge­li­za­cji jest czło­wiek, któ­re­go nie może zabrak­nąć nawet wte­dy, kie­dy wła­dzę przej­mie naj­bar­dziej wro­gi reżim poli­tycz­ny. Ta logi­ka wyru­sze­nia w dro­gę z dru­gim czło­wie­kiem, tak bli­ska papie­żo­wi Fran­cisz­ko­wi, nie jest zwy­kłym woła­niem o dia­log, ale przede wszyst­kim logi­ką zba­wie­nia, w któ­rej Kościół towa­rzy­szy czło­wie­ko­wi na dro­gach jego życia i (poten­cjal­nej) świę­to­ści. Dosko­na­łym wypo­sa­że­niem na dro­gę jest tytu­ło­wa tra­dy­cja odczy­ty­wa­na jako wyzwa­nie. To wska­za­nie zarów­no dla tych, któ­rzy chcą widzieć Kościół zry­wa­ją­cy ze swo­ją Tra­dy­cją (nie­za­leż­nie czy przed-, czy poso­bo­ro­wą), jak i dla tych, któ­rzy chcą widzieć go jedy­nie jako tra­dy­cjo­na­li­stycz­ny. Para­fra­zu­jąc Jana Paw­ła II, cho­dzi o taką tra­dy­cję, któ­ra jest zada­na, a nie dana. To ona jest życio­no­śnym przed­mio­tem roz­wa­żań kar­dy­na­ła Duki.

Przy­kła­dem tego, jak twór­czo moż­na odczy­ty­wać tra­dy­cję, niech będzie poniż­szy utwór: Čecho­mor – „Mezi Hora­mi”:


[1] Tabor, czy­li słyn­ne cen­trum husyc­kie z cza­sów wojen husyc­kich.