widzimy
| 6 lutego 2015 ]

Trzy zapatrzenia

Lubi­my patrzyć na twa­rze star­szych ludzi − ja i mój mąż. Twa­rze pięk­nie wyrzeź­bio­ne przez czas, o uśmie­chu na trwa­łe wpi­sa­nym w kąci­kach ust i w oko­li­cach jaśnie­ją­cych oczu. Twa­rze nie­zna­jo­mych w tram­wa­ju, skle­pie, na uli­cy. Cza­sa­mi twa­rze osób zna­nych. Jest wśród nich taka twarz, na któ­rą zapa­trzy­li­śmy się wie­le razy. To twarz Danu­ty Sza­flar­skiej, któ­ra dziś koń­czy sto lat. Wspo­mnę tyl­ko o trzech naj­więk­szych spo­śród tych zapa­trzeń.

Zapa­trze­nie 1 − „Pora umie­rać”

Sce­na z sub­tel­ną star­szą panią, któ­ra na pro­stac­kie sło­wa lekar­ki „Niech się roz­bie­rze i poło­ży” odpo­wia­da z zasko­cze­nia: „Niech się poca­łu­je w dupę” − to już kla­sy­ka. Od tego się zaczę­ło − nie tyl­ko film, tak­że nasza fascy­na­cja.
Jest w tym fil­mie sce­na, któ­ra przy całej swej pro­sto­cie i bra­ku pato­su ma w sobie coś dla mnie wręcz mistycz­ne­go. To ten frag­ment, gdy boha­ter­ka gra­na przez Sza­flar­ską sie­dzi na huś­taw­ce i mówi do sie­bie cicho: „Zwa­rio­wa­łam, zupeł­nie zwa­rio­wa­łam”. Po czym odpy­cha się od zie­mi z całej siły i jak mała dziew­czyn­ka szy­bu­je w nie­bo. Powie­trze, prze­strzeń, wol­ność.

Zapa­trze­nie 2 − „Inny świat”

„Jest inny świat, tak wiem, gdzieś tu. Nie za lasa­mi tam, po pro­stu on jest tu” − śpie­wa Anto­ni­na Krzysz­toń w pio­sen­ce „Inny świat”. Danu­ta Sza­flar­ska w fil­mie pod tym samym tytu­łem poka­zu­je, że inny świat jest napraw­dę bli­sko, a to, czy go widzi­my, zale­ży od nas − od nasze­go nasta­wie­nia, któ­re może w peł­nym bla­sku dnia zacią­gnąć przed oczy czar­ną depre­syj­ną kur­ty­nę lub w naj­gor­szych chwi­lach nie pozwo­lić zga­snąć świa­tłu.
Sza­flar­ska po pro­stu opo­wia­da tu o swo­im życiu. Całe pół­to­rej godzi­ny fil­mu wypeł­nia­ją jej sło­wa i zbli­że­nia jej twa­rzy, a prze­cież nie spo­sób ode­rwać się od ekra­nu. Śle­dzi­my jej gesty, mimi­kę, świa­tło­cie­nie na policz­ku i histo­rię, w któ­rej nie bra­ko­wa­ło momen­tów tra­gicz­nych. Woj­na, wszy, bom­bar­do­wa­nie. „Zro­bi­łam pla­cek z psze­ni­cy. Taki twar­dy, że nie dało się jeść. Ale jak roba­ki zaczę­ły jeść, to skru­sza­ło i zja­dłam”. Te sło­wa zapi­sa­ne lite­ra­mi mają w sobie tyl­ko zabój­czą daw­kę tur­pi­zmu. Wypo­wia­da­ne przez Sza­flar­ską, ogrza­ne cie­płem jej gło­su, nie pozwa­la­ją zatrzy­mać się na cier­pie­niu, nie pozba­wia­ją nadziei.
”Inny świat” mie­li­śmy oka­zję zoba­czyć w ramach pro­jek­tu „Pol­ska świa­tło­czu­ła” w Piw­nicz­nej, nie­da­le­ko Kosa­rzysk, gdzie Danu­ta Sza­flar­ska przy­szła na świat. Pro­jek­cji fil­mu towa­rzy­szy­ło spo­tka­nie z aktor­ką − na żywo rów­nie peł­ną wigo­ru i wyka­zu­ją­cą się jasno­ścią umy­słu.

Zapa­trze­nie 3 − „Jesz­cze nie wie­czór”

W fil­mie o Domu Arty­stów Wete­ra­nów Scen Pol­skich w Sko­li­mo­wie poja­wia się cała ple­ja­da gwiazd, gra­ją­cych tu po tro­sze samych sie­bie. Jest i Danu­ta Sza­flar­ska w roli Bar­ba­ry − nie­od­stę­pu­ją­cej swe­go męża coraz bar­dziej nie­obec­ne­go, osu­wa­ją­ce­go się w głąb sie­bie czy w jakieś inne, nie­do­stęp­ne nawet dla Bar­ba­ry miej­sce. Barbara/Szaflarska − dziew­czę­ca jak zwy­kle mimo lat − przy­po­mi­na mu daw­ne wspól­nie prze­ży­te zda­rze­nia, wcią­ga do zaba­wy uschły­mi liść­mi, obej­mu­je z tro­ską. Jest jed­nak świa­do­ma spu­sto­szeń czy­nio­nych przez czas. Przej­mu­ją­co świad­czy o tym roz­mo­wa z księ­dzem:

− Chcia­łam poroz­ma­wiać z Tobą o swo­im mał­żeń­stwie. Coś nie­do­bre­go się dzie­je. Prze­cież widzę, że on będzie coraz bar­dziej nie­do­łęż­ny. Ja nie wiem, czy ja potra­fię oka­zy­wać mu uczu­cie, opie­ko­wać się nim. Trud­no jest przez to, że tra­cę z nim kon­takt. Jestem aktor­ką, mogę grać, ale czy on się nie zorien­tu­je? Co ja mam robić, Kaziu? Mam duże wąt­pli­wo­ści, czy go kocham. Nie chcę, żeby on to odczuł.

− Basień­ko, u Boga będzie się to liczyć jako miłość, na pew­no jako miłość. To nie o uczu­cia cho­dzi. O czy­ny nasze: coś dobre­go dla mnie zro­bił?

Jak to zro­bić?

Jak żyć tak, aby pod wie­czór, w wie­ku stu lat mieć twarz, na któ­rą moż­na się zapa­trzeć? Część swo­jej tajem­ni­cy zdra­dza Sza­flar­ska w roz­mo­wie z Anną Sosnow­ską (wywiad „Cuda są rze­czą nor­mal­ną”, mie­sięcz­nik „W Dro­dze” nr 12/2013):

Zacho­wa­ła pani w sobie pogo­dę ducha mimo wie­lu bole­snych strat. Jak to się robi?

Przede wszyst­kim nie wol­no wpa­dać w alko­ho­lizm czy nar­ko­ty­ki. Pod koniec 1939 roku, kie­dy byłam zaan­ga­żo­wa­na w Teatrze na Pohu­lan­ce w Wil­nie, dowie­dzia­łam się, że zgi­nął mój brat. Tego dnia gra­łam kome­dię – to był strasz­ny wysi­łek dla orga­ni­zmu. Wcze­śniej, jak mia­łam dzie­więć lat, zmarł mój uko­cha­ny ojciec, co też bar­dzo prze­ży­łam. Tra­ge­dię nosi się w sobie do koń­ca życia – nawet dziś na wspo­mnie­nie bra­ta mogę się roz­pła­kać – tyl­ko że o tra­ge­dii nie wol­no roz­my­ślać. „Nie ma lek­ko” – mówił Jerzy. I to jest bar­dzo waż­ne, żeby sobie te sło­wa czę­sto powta­rzać. Poza tym mam jesz­cze jed­ną radę.

Jaką?

Był taki czas, gdy cią­gle się spie­szy­łam. Na przy­kład jecha­łam tram­wa­jem i chcia­łam, żeby on jechał jesz­cze szyb­ciej. Mia­łam ten pośpiech w sobie. I nagle pomy­śla­łam: „Zaraz, dokąd ja się tak śpie­szę? Prze­cież na koń­cu cze­ka na mnie trum­na” (śmiech). Pozbądź się tego wewnętrz­ne­go bie­gu. Oglą­daj świat, obser­wuj, co się dooko­ła cie­bie dzie­je, bo życie mamy jed­no, a prze­cież we wszyst­kim moż­na zna­leźć tyle pięk­na. Wła­ści­wie samo to, że się żyje, jest już czymś cudow­nym.