myslimy
| 24 stycznia 2015 ]

Upadek sztuki, sztuka upadku

W poło­wie grud­nia burzę medial­ną wywo­ła­ła infor­ma­cja o dofi­nan­so­wa­niu budo­wy Świą­ty­ni Opatrz­no­ści Bożej (a ści­ślej mówiąc Muzeum Jana Paw­ła II i Pry­ma­sa Wyszyń­skie­go) kwo­tą 16 milio­nów zło­tych z budże­tu pań­stwa. Pie­nią­dze te były przy­wi­dzia­ne na wspar­cie insty­tu­cji kul­tu­ry. Taka decy­zja Sej­mu wywo­ła­ła reak­cję nie tyl­ko mediów tra­dy­cyj­nych, ale też spo­łecz­no­ścio­wych, w któ­rych tysią­ce osób wyra­zi­ło swój sprze­ciw wobec tak wyraź­ne­go fawo­ry­zo­wa­nia prze­cią­ga­ją­cej się budo­wy Świą­ty­ni. Nie mam zamia­ru mie­rzyć się z argu­men­ta­mi stron spo­ru. Wia­do­mość o dal­szym finan­so­wa­niu i reak­cje na nią pro­wa­dzą mnie jed­nak do posta­wie­nia pyta­nia o aksjo­lo­gię, jaka stoi za chrze­ści­jań­ską sztu­ką w Pol­sce.

Mamy już naj­więk­sze­go Jezu­sa na świe­cie, mamy praw­do­po­dob­nie naj­więk­szą minia­tu­rę świę­te­go na świe­cie (oko­ło 14-metro­wy Jan Paweł II w Par­ku Minia­tur w Czę­sto­cho­wie), mamy olbrzy­mią, świe­cą­cą bazy­li­kę w Liche­niu, a w cią­gu 2-3 lat mamy mieć gigan­tycz­ną beto­no­wą Świą­ty­nię Opatrz­no­ści Bożej na obrze­żach War­sza­wy. Nie będę się roz­pi­sy­wał o tysią­cach pomni­ków Jana Paw­ła II w każ­dej pol­skiej wsi i w każ­dym mie­ście ani o powsta­ją­cych jak grzy­by po desz­czu kościo­łach, „któ­re uda­ją kury” − jak tytu­łu­je się jeden z face­bo­oko­wych fanpage’y. Zasta­na­wiam się, co takie­go jako Kościół w Pol­sce wycią­gnę­li­śmy z dwóch tysię­cy lat ist­nie­nia Ewan­ge­lii, w któ­rej cen­trum stoi wcie­lo­ny Bóg-Czło­wiek, któ­ry uro­dził się bez­dom­nym, a swo­je naj­więk­sze dzie­ła speł­niał jako noma­da, któ­ry „nie ma miej­sca, gdzie by gło­wę mógł oprzeć”, a św. Paweł pisze o nim, jako tym, któ­ry „będąc boga­ty, stał się ubo­gi, żeby nas uczy­nić boga­ty­mi swo­im ubó­stwem”. Patrząc na wspo­mnia­ne wcze­śniej dzie­ła współ­cze­snej sztu­ki sakral­nej, nie odnaj­du­ję w nich żad­nej poko­ry, żad­ne­go ubó­stwa, nie widzę miej­sca dla ubo­gich ubo­ga­co­nych ubó­stwem swo­je­go Boga, ale wstrzą­śnię­ty i zmie­sza­ny drink trium­fa­li­zmu, mega­lo­ma­nii oraz kul­tu wiel­ko­ści.

Nie twier­dzę wszak, że każ­da sztu­ka sakral­na musi być mini­ma­li­stycz­na w for­mie. Patrząc na histo­rię archi­tek­tu­ry, ale też po pro­stu przy­glą­da­jąc się urba­ni­sty­ce euro­pej­skich miast o śre­dnio­wiecz­nych rodo­wo­dzie, z łatwo­ścią dostrze­że­my, że kościół miał w nich cen­tral­ną i domi­nu­ją­cą rolę. Nie spo­sób zaprze­czyć, że naj­star­sze euro­pej­skie mia­sta, jaki­mi je zna­my, są w swo­im ser­cu zor­ga­ni­zo­wa­ne wokół kościo­łów. One porząd­ko­wa­ły prze­strzeń, one do dziś są jed­ny­mi z ich zna­ków roz­po­znaw­czych – jak Notre Dame w Pary­żu, kate­dry w Medio­la­nie, Pra­dze czy Kra­ko­wie. A mowa prze­cież o napraw­dę monu­men­tal­nych budo­wach. Piszę to wszyst­ko, choć oso­bi­ście nic nie wpro­wa­dza mnie w więk­szy spo­kój i modli­tew­ny nastrój niż suro­we, asce­tycz­ne, romań­skie lub gotyc­kie wło­skie kościo­ły z wyraź­nie wyeks­po­no­wa­nym krzy­żem, jak choć­by bene­dyk­tyń­ski kościół pw. św. Pio­tra w Asy­żu.

Kościół pw. św. Pio­tra w Asy­żu, fot. Kata­rzy­na Kupria­no­wicz

Co jed­nak wyraź­nie odróż­nia ten wspo­mnia­ny śre­dnio­wiecz­ny (ale tak­że rene­san­so­wy i baro­ko­wy) monu­men­ta­lizm od dzi­siej­szej mega­lo­ma­nii, to ory­gi­nal­ność zało­żeń i aksjo­lo­gia za nimi sto­ją­ca. Chrze­ści­jań­stwo co naj­mniej od cza­sów Karo­la Wiel­kie­go i Alku­ina sta­ło się głów­nym mece­na­sem sztu­ki w Euro­pie. Lwia część tego, czym w zakre­sie sztu­ki szczy­ci się dziś nasz kon­ty­nent, powsta­ło pod kura­te­lą Kościo­ła. Trud­no było ją od nie­go oddzie­lić tak­że z tego powo­du, że w śre­dnio­wie­czu może­my mówić o pierw­szym i jedy­nym w swo­im rodza­ju holi­stycz­nym uni­wer­sa­li­zmie euro­pej­skim, w któ­re­go obrę­bie czło­wiek posłu­gu­ją­cy się łaci­ną mógł z łatwo­ścią odna­leźć się we wła­ści­wie każ­dym mie­ście tam­tej Euro­py – od Atlan­ty­ku po Bał­tyk i Morze Czar­ne. Sztu­ka była jed­nym z wyra­zów tej jed­no­ści i uni­wer­sal­no­ści. Chrze­ści­jań­stwo potra­fi­ło wów­czas peł­nić rolę kul­tu­ro­twór­czą, któ­rą do dziś doce­nia prze­cięt­ny tury­sta.

Póź­niej licz­ne kry­zy­sy wewnątrz­ko­ściel­ne zakłó­ci­ły tam­ten stan, stop­nio­wo wyzwa­la­jąc sztu­kę z mece­na­tu kościel­ne­go, a rola kul­tu­ro­twór­cza chrze­ści­jań­stwa stop­nio­wo sła­bła (piszę to, rzecz jasna, w wiel­kim uprosz­cze­niu). Kie­dy popa­trzy­my na archi­tek­tu­rę bazy­li­ki licheń­skiej czy popu­lar­ne­go „Jezu­sa de Świe­bo­dzi­ne­iro”, dostrze­ga­my jedy­nie pustą wtór­ność wobec ist­nie­ją­cych od daw­na dzieł. Ta wtór­ność czę­sto idzie w parze z kiczem, świad­czy o bra­ku zdol­no­ści do wytwo­rze­nia nowej sym­bo­li­ki mogą­cej oddzia­ły­wać zarów­no indy­wi­du­al­nie na czło­wie­ka, jak i zbio­ro­wo na spo­łecz­ność, jest tak­że wyra­zem swe­go rodza­ju zani­ka­nia poten­cja­łu kul­tu­ro­we­go dane­go nur­tu. Jesz­cze smut­niej­sze sko­ja­rze­nia nasu­wa­ją mi się w związ­ku ze Świą­ty­nią Opatrz­no­ści Bożej czy 14-metro­wą „minia­tu­rą” papie­ża. Ich mega­lo­ma­nia zawar­ta jest nie tyl­ko w for­mie, ale też choć­by w nabrzmia­łym pato­sie nomen­kla­tu­ry w nich zasto­so­wa­nej (Pan­te­on Wiel­kich Pola­ków, nazew­nic­two dróg i dzie­dziń­ców świą­tyn­nych). Tym­cza­sem prze­sa­dzo­ne pro­por­cje, wyalie­no­wa­nie z prze­strze­ni miej­skiej, olbrzy­mie roz­mia­ry i fascy­na­cja kla­sy­cy­zmem (bar­dzo swo­bod­nie rozu­mia­nym) mia­ły już pre­ce­dens w dwu­dzie­sto­wiecz­nej archi­tek­tu­rze nazi­zmu i komu­ni­zmu. Tam­te budow­le mia­ły poka­zać triumf sys­te­mów tota­li­tar­nych nad wro­gi­mi siła­mi – żydo­stwa, wstecz­nic­twa, kapi­ta­li­zmu, ale też chrze­ści­jań­stwa. Minę­ło nie­wie­le lat od ich wybu­do­wa­nia, a sta­ły się wiel­kim pro­ble­mem spad­ko­bier­ców tych ide­olo­gii total­nych. Kto miał oka­zję przejść się po osza­ła­mia­ją­co wiel­kiej, przy­tła­cza­ją­cej swo­imi roz­mia­ra­mi faszy­stow­skiej dziel­ni­cy EUR w Rzy­mie w dzień wol­ny od pra­cy, ten wie, o czym piszę. Jest to kra­jo­braz rodem z ato­mo­wej apo­ka­lip­sy. Z nasze­go podwór­ka – wystar­czy zoba­czyć, jak wiel­kie kło­po­ty z prze­strze­nią wokół Pała­cu Kul­tu­ry ma do dziś War­sza­wa.

Rzym, dziel­ni­ca EUR, fot. Mar­cin Kie­dio

Oczy­wi­ście, łatwo być pro­ro­kiem apo­ka­lip­sy. Nie twier­dzę, że za Świą­ty­nią Opatrz­no­ści stoi kato­fa­szyzm, nie sta­wiam też niko­mu zarzu­tów o bycie nowym Spe­erem czy Rud­nie­wem. Nie mam też goto­wej recep­ty, co z tym fan­tem zro­bić, nie zazdrosz­czę w tej kwe­stii kar­dy­na­ło­wi Nyczo­wi. Przy­glą­da­jąc się jed­nak uważ­nie zja­wi­sku, szu­kam sła­bych miejsc wyma­ga­ją­cych od nas, jako Kościo­ła w Pol­sce, pod­ję­cia się nawró­ce­nia dusz­pa­ster­skie­go, sto­ją­ce­go u pod­staw Nowej Ewan­ge­li­za­cji i pon­ty­fi­ka­tu papie­ża Fran­cisz­ka. Uwa­żam, że stan współ­cze­snej sztu­ki sakral­nej w Pol­sce świad­czy o dzia­ła­ją­cym pod­skór­nie mecha­ni­zmie oblę­żo­nej twier­dzy, każą­cym nam zabu­do­wy­wać nasze mia­sta coraz więk­szą ilo­ścią coraz wyż­szych pomni­ków i świą­tyń, sta­ra­jąc się zasło­nić arty­stycz­ną pust­kę, któ­ra za nimi stoi. Cią­gle w uszach mam sło­wa ks. Tomáša Halíka o tym, że „reli­gia i sztu­ka są jak rodzeń­stwo”. Obie języ­kiem sym­bo­li odsy­ła­ją do doświad­cze­nia głę­bi i tajem­ni­cy, cze­goś nie­wy­po­wie­dzia­ne­go zwy­kłym sło­wem. W takim wypad­ku pust­ka naszej sztu­ki może być wyra­zem ogrom­nej pust­ki i nija­ko­ści naszej wia­ry. Agre­sja prze­strzen­na, o któ­rej piszę, wyda­je się pró­bą odgro­dze­nia lub przy­naj­mniej odwró­ce­nia wzro­ku od laicy­zu­ją­ce­go się świa­ta, przy­bi­cia kato­lic­kie­go stem­pel­ka na prze­strze­ni miej­skiej, mają­ce­go nam dać poczu­cie ulgi i kom­for­tu. Stąd wła­śnie sko­ja­rze­nie z oblę­żo­ną twier­dzą. Czy nie pora zmie­nić kurs? Postu­lat nowej sztu­ki sakral­nej nie jest ory­gi­nal­ny, bywał już pod­no­szo­ny wie­lo­krot­nie. Być może czas wresz­cie napraw­dę się nim zająć?

Papież Fran­ci­szek pod­czas wizy­ty w Par­la­men­cie Euro­pej­skim porów­ny­wał Euro­pę do „bez­płod­nej i nie­tęt­nią­cej życiem bab­ci”. Komen­tu­jąc te sło­wa w blo­go­wym wpi­sie, ks. Andrzej Dra­gu­ła wyra­ża „nadzie­ję, że Kościół w Euro­pie jest wciąż żyw­szy od niej samej, wszak Kościół to Chry­stus, któ­ry jest wiecz­nie mło­dy, cze­go nie da się zwe­ry­fi­ko­wać jedy­nie ilo­ścią wież kościel­nych: tych budo­wa­nych i tych burzo­nych”. W sed­no. Na szczę­ście źró­dło naszej nadziei jest znacz­nie głęb­sze niż fizycz­ne fun­da­men­ty Świą­ty­ni Opatrz­no­ści Bożej. Tym­cza­sem jed­nak przy­po­mi­na mi się punkt 76 sobo­ro­wej kon­sty­tu­cji „Gau­dium et spes” o Koście­le w świe­cie współ­cze­snym, w któ­rym Ojco­wie Sobo­ro­wi stwier­dza­ją: „[Kościół] nie pokła­da jed­nak swo­ich nadziei w przy­wi­le­jach ofia­ro­wa­nych mu przez wła­dzę pań­stwo­wą; co wię­cej, wyrzek­nie się korzy­sta­nia z pew­nych praw legal­nie naby­tych, sko­ro się oka­że, że korzy­sta­nie z nich pod­wa­ża szcze­rość jego świa­dec­twa, albo że nowe warun­ki życia doma­ga­ją się inne­go ukła­du sto­sun­ków”. War­to się nad nim zasta­no­wić w kon­tek­ście budo­wy kolej­nych monu­men­tal­nych obiek­tów sakral­nych.