widzimy
| 14 listopada 2013 ]

W drodze do Damaszku

Ewa Kiedio w swoim tekście „Pokaz mody − silna celebracja” jako jedyna w toczącej się w ostatnich dniach dyskusji zwróciła uwagę na to, że pokaz mody w kościele św. Augustyna miał charakter silnie kabotyński, a więc bardzo egocentryczny, a to stoi w sprzeczności z przestrzenią sacrum, która ma charakter dialogiczny, w dodatku nie człowiek jest w tej przestrzeni stroną najaktywniejszą. Pozwolę sobie tę refleksję poprowadzić dalej.

Dialog nie jest sprawą, którą sobie można wymyślić i postanowić. Nie sposób się zmusić do otwartości. Dialog bierze się z określonego widzenia. Ten wchodzi w dialog, kto widzi daną rzeczywistość jako dialogiczną i domagającą się odpowiedzi, kto dostrzega w rzeczywistości przestrzeń na zrobienie kroku ku inności. Ten chce rozmawiać, kogo rzeczywistość pociąga. Ten chce adorować, kto się czuje poruszony, kto ma w sobie namiętność wyrywającą go ku spotkaniu i nie jest w stanie oczu oderwać od tego, co zobaczył, chce to zgłębiać w nieskończoność. Jest zatem dialog nie pomysłem, ale wydarzeniem. Ma coś z zakochania.

„Nawrócenie św. Pawła”, Caravaggio, 1600 r.

Egocentryzm nie jest wobec tego złą wolą i złą intencją, ale jest jakimś rodzajem zasłony, która zakrywa świat, wszystkie jego sprawy, to, co normalnie pociągnęłoby do dialogu. Egocentryk zwraca uwagę na siebie i siebie celebruje nie dlatego, że tak przedsięwziął, ale dlatego, że po prostu tylko to dostrzega, wokół niego naprawdę nie ma niczego. Jest pustka. I to nie jest metafora. W egocentryzmie, zwłaszcza może tym narcystycznym, kabotyńskim, świat jest nudny, dominuje przekonanie, że tylko siebie się ma i że naokoło nie ma nikogo godnego uwagi. Egocentryk nie może zatem podjąć dialogu, bo niby z kim miałby go podejmować…

To przesadne skupienie na sobie ma u podstaw niskie poczucie własnej wartości, czyli jakieś zupełnie realne opuszczenie, którego egocentryk kiedyś zaznał. Został sam ze sobą po jakimś raniącym zdarzeniu, może w dzieciństwie, może wskutek niefortunnego wychowania, i od tego momentu dostrzega już tylko siebie, z czasem w coraz bardziej karykaturalnej postaci. Ktoś od niego kiedyś odstąpił, komuś na nim nie zależało, i ta krzywda zrodziła fałszywego boga, już nienaruszalnego, już nie do skrzywdzenia.

Gdy krytykujemy tych wszystkich celebrytów, którzy adorują samych siebie, musimy to mieć na uwadze. Ich przykra błazenada, dla której nawet kościół nie jest tamą, to właśnie bal fałszywych bogów, na którym wszyscy są sami i który dzieje się w środku nocy.

Jak to się ma do przestrzeni sakralnej czy do tematu liturgii, który też tu warto poruszyć? Sacrum dzieje się przez znaki. Wszystko tam zachęca, by popatrzeć dalej i głębiej, to jest wielki palec wskazujący. Tutaj to widzenie i otwartość, o których mówię na początku tego tekstu, są szczególnie potrzebne. Tutaj widzenie musi być nadwrażliwe. Łatwo przegapić tropy, które sacrum pozostawia. Każdemu łatwo. A więc tym bardziej łatwo egocentrykowi.

Zmierzam do powiedzenia rzeczy, uważam, ważnej: do obcowania z liturgią i sacrum są niezdolni ludzie o patologicznej skłonności do zajmowania się samymi sobą. Oni te znaki z całą pewnością przegapią. Nie idzie tu wyłącznie o sacrum ujęte ściśle religijnie, ale o każdą przestrzeń tajemnicy, która nas chce wyciągnąć ku czemuś delikatnemu i pokazać nam rzeczy większe od nas. Chodzi więc także o kulturę. Ludzie wyżej scharakteryzowani, często zupełnie bez swojej winy, będą mieć nie lada problem, by się tym zająć na serio i zobaczyć w tym świat zewnętrzny, cudzą obecność. Kultura doświadczana przez egocentryków będzie dziwnie spłaszczona, przeżywana w służbie ich ambicji i ich poglądów, a nie dla spotkania.

Takich ludzi jest całkiem sporo, może w dzisiejszych czasach szczególnie dużo. Wielu z nas odnajduje się w powyższych opisach, przynajmniej co do niektórych szczegółów. Przyznam, że bym się okłamał, gdybym i siebie nie wziął teraz pod uwagę. Egocentryzm niszczy, pozbawia radości i zamyka na bezinteresowne widzenie rzeczywistości. Amputuje wszystko, co ma charakter wyprowadzający, co jest drogą, co jest wyjściem. Zamyka drzwi i okna. Zabija dynamikę i spontaniczność. Robi ze świata duszną celę. Sacrum nie ma tutaj żadnych szans. Ono szczególnie nie ma.

Jak sobie z tym poradzić? Uważam, że działa tylko jedno: wypadek. Choćby Szawłowy upadek z konia, potłuczenie się i jasne światło, które oślepia i przez to daje oczom odpocząć, przygotowuje je do widzenia inaczej. Potrzebna jest zatem jakaś forma ulepienia człowieka na nowo, nowe rozdanie i jeszcze jedna szansa. Jakby drugie życie. Rozsadzenie muru i przemodelowanie wszystkiego. Nie sposób egocentryka naprawiać i dyscyplinować, to niczego nie da, tu potrzeba powtórnych narodzin. On musi otrzymać coś, co go wyrwie do widzenia, co go zrzuci z konia.

Sądzę, że musimy być bardzo wyrozumiali wobec cudzych ograniczeń wynikających z egocentryzmu. Musimy być wyrozumiali wobec tych celebrytów różnej maści, którzy ciągle mówią: ja, ja, ja. Musimy być wyrozumiali wobec samych siebie. Mówimy bowiem o rzeczach bardzo trudnych, których nie sposób rozwikłać sposobem, bo nie są wyborem, są raczej dyspozycją życiową. Patologiczne skupienie na sobie i skłonność do celebrowania siebie mogą być zatem pojmowane w kategoriach zrządzenia losu, z którym się trzeba zmierzyć i pomimo którego trzeba się starać – na tyle, na ile będziemy w stanie – służyć ludziom. Egocentryzm może być uświadomiony, może być wyzwaniem. Można w sobie wzbudzić chęć wyzwolenia. I czekać na to, co się na tej naszej drodze do Damaszku wydarzy.

Źródło obrazu: Wikicommons, http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Caravaggio-The_Conversion_on_the_Way_to_Damascus.jpg