kuriozum
| 23 grudnia 2013 ]

W matriksie „magii świąt”

O skle­pie Bronner’s Chri­st­mas Won­der­land w sta­nie Michi­gan (USA) mówi się, że to miej­sce, w któ­rym Boże Naro­dze­nie trwa cały rok. Hala o powierzch­ni 30 tys. m2 jest wypeł­nio­na figur­ka­mi reni­fe­rów, anio­łów, elfów w tysią­cach kolo­rów, wzo­rów i kształ­tów. Nie­trud­no zgu­bić się w gąsz­czu cho­inek, rucho­mych eks­po­zy­cji, gadże­tów. To miej­sce niczym z ame­ry­kań­skie­go fil­mu − snu o fabry­ce zaba­wek Świę­te­go Miko­ła­ja.

Bronner’s Chri­st­mas Won­der­land, fot. Andre­wHor­ne

Cho­ciaż naj­więk­sze oblę­że­nie sklep prze­ży­wa w okre­sie Boże­go Naro­dze­nia (coraz czę­ściej zwa­nym „X-mas Time”), to popyt na „magię świąt” − pro­dukt jak każ­dy inny, jest cały rok. Klien­ci i tury­ści prze­mie­rza­ją auto­stra­da­mi set­ki kilo­me­trów, by tam dotrzeć.

Mnie nie opusz­cza­ło odczu­cie, że miej­sce, w któ­rym się zna­la­złam, jest nie­rze­czy­wi­ste. Zazwy­czaj na total­ne zanu­rze­nie w ową „magicz­ną” atmos­fe­rę jeste­śmy przy­go­to­wy­wa­ni przez prze­mysł rekla­mo­wy dość dłu­go (w Pol­sce od dnia po Zadusz­kach), tam wpa­da się w nią nagle i naj­czę­ściej w nie­do­rzecz­nej na ubie­ra­nie cho­in­ki porze roku. Poczu­cie nie­re­al­no­ści wzmac­nia fakt, że Bronner’s Chri­st­mas Won­der­land znaj­du­je się na odosob­nie­niu, two­rząc swo­isty mikro­ko­smos.

Na tere­nie nale­żą­cym do skle­pu oprócz par­kin­gu jest park. Klien­ci spa­ce­ru­ją po nim alej­ka­mi przy pły­ną­cej z gło­śni­ków, koją­cej melo­dii „Cichej nocy”. Ścież­ki pro­wa­dzą do kapli­cy − to nie­du­ży, budy­nek − wewnątrz ma wyraź­nie zazna­czo­ne cen­trum, są ław­ki, na któ­rych moż­na przy­siąść, by się modlić. Kło­pot w tym, że w wymia­rze sym­bo­licz­nym (odnie­sie­nia do głęb­szej rze­czy­wi­sto­ści) sank­tu­arium jest pustą for­mą bez sacrum. Z Wiki­pe­dii dowia­du­ję się, że zosta­ło wznie­sio­ne jako hołd-upa­mięt­nie­nie dla „hym­nu «Cicha noc»” (sic!).

Bronner’s Chri­st­mas Won­der­land, a w szcze­gól­no­ści prze­dziw­na kapli­ca, egzem­pli­fi­ku­ją dosko­na­le Boże Naro­dze­nie bez Boga, to, na co współ­cze­sna kul­tu­ra zamie­ni­ła tajem­ni­cę sacrum: wzru­sza­ją­ce chwi­le pod­czas wspól­ne­go śpie­wa­nia kolęd, cie­płe uczu­cia na widok brzu­cha­te­go Miko­ła­ja woła­ją­ce­go nie wie­dzieć cze­mu: „Ho! Ho! Ho!”. Szop­ki z posta­cia­mi Maryi, Józe­fa i Jezu­sa, któ­re rów­nież moż­na tam kupić, wyda­ją się aber­ra­cją − dodat­ko­wym ele­men­tem nie­pa­su­ją­cym do cało­ści.

Korzy­sta­jąc ze słow­ni­ka teo­re­ty­ka kul­tu­ry Jeana Bau­dril­lar­da, powie­dzie­li­by­śmy, że nie­co­dzien­ne sank­tu­arium jest zna­kiem pod­sta­wio­nym w miej­sce rze­czy­wi­sto­ści − „symu­la­krum”, któ­re odsy­ła samo do sie­bie i jed­no­cze­śnie ukry­wa, że głęb­sza rze­czy­wi­stość daw­no już się roz­pu­ści­ła, w tym wypad­ku m.in. pod napo­rem hiper­rze­czy­wi­stych (bar­dziej real­nych niż rze­czy­wi­stość) Świę­tych Miko­ła­jów podró­żu­ją­cych sania­mi zaprzę­gnię­ty­mi w gada­ją­ce reni­fe­ry.

Inny­mi sło­wy, zanu­rze­ni w „magię świąt” funk­cjo­nu­je­my w swo­istym matrik­sie. Nie tyle nawet w ode­rwa­niu od ducho­wo­ści i tra­dy­cji, ale i od rze­czy­wi­sto­ści. Naro­dzi­ny dwa tysią­ce lat temu w Betle­jem Jezu­sa Chry­stu­sa, a dla chrze­ści­jan − Boga, są prze­cież fak­tem.

Źródło zdjęcia: Wikicommons, na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0