myslimy
| 16 stycznia 2015 ]

W poszukiwaniu punktów zaczepienia

Dyskusja o metodzie ojca Szustaka – część 8

„Upa­dek war­to­ści”, „zała­ma­nie kul­tu­ry Zacho­du”, „kry­zys reli­gii”… Zna­my? Zna­my. Od lat nawet pra­ce matu­rzy­stów peł­ne są jere­miad na te tema­ty. Czy fak­tycz­nie mamy do czy­nie­nia z upad­kiem, kry­zy­sem i zała­ma­niem – to oczy­wi­ście spra­wa dys­ku­syj­na. Jed­na kwe­stia jest wszak nie­za­prze­czal­na: Euro­pej­czyk choć tro­chę zain­te­re­so­wa­ny kwe­stia­mi meta­fi­zycz­ny­mi – jeże­li dys­po­nu­je odpo­wied­nio otwar­tym umy­słem − ma we współ­cze­snym spo­łe­czeń­stwie nie­wiel­kie szan­se na cią­głość nie­za­chwia­nej wia­ry w chrze­ści­jań­ską onto­lo­gię. A nawet jeże­li aku­rat nale­ży do garst­ki tych, któ­rzy nigdy nie mie­li wąt­pli­wo­ści, to chro­nią­ce go „pole siło­we” bom­bar­do­wa­ne będzie, zwłasz­cza po Holo­cau­ście, przez napły­wa­ją­ce z zewnątrz argu­men­ty gło­szą­ce, że Boga (praw­do­po­dob­nie) nie ma. Tu sytu­acja dzi­siej­sze­go chrze­ści­ja­ni­na róż­ni się od sytu­acji rówie­śni­ka sprzed 300 czy 400 lat, któ­ry mógł takich argu­men­tów w ogó­le w życiu nie usły­szeć albo mogły one doń dotrzeć jako coś śmiesz­nie mar­gi­nal­ne­go. Trud­no więc dziś wie­rzyć bez wąt­pli­wo­ści, a już na pew­no − bez zmie­rze­nia się z zasad­ni­czo nie­te­istycz­ną, main­stre­amo­wą wizją świa­ta. Trud­no prze­żyć, gdy spa­da­ją wokół bom­by. Chrze­ści­ja­nin pod­da­ny bom­bar­do­wa­niu będzie praw­do­po­dob­nie szu­kał punk­tów zacze­pie­nia, będzie szu­kał choć odro­bi­ny pew­no­ści.

Tym­cza­sem w „Dywi­zie” zawrza­ło. „Manow­ce ojca Szu­sta­ka” budzą emo­cje. Tem­pe­ra­tu­ra dys­ku­sji pod­nie­sio­na jak rzad­ko kie­dy, pod arty­ku­łem Jaro­sła­wa Dudy­cza ponad 40 odpo­wie­dzi. Skąd taki ruch? Autor musiał poru­szyć spra­wę istot­ną, zna­czą­co wykra­cza­ją­cą (jak też sam tłu­ma­czy w jed­nym z komen­ta­rzy) poza kwe­stie meto­dy kazno­dziej­skiej o. Szu­sta­ka. Wyda­je się, że Dudycz pró­bo­wał bro­nić w swo­im arty­ku­le wła­śnie owych punk­tów zacze­pie­nia, owych miejsc pew­no­ści, któ­re wyda­ją się potrzeb­ne współ­cze­sne­mu chrze­ści­ja­ni­no­wi. Nie­po­kój przy­naj­mniej czę­ści jego komen­ta­to­rów bie­rze się z fak­tu, że – rów­nież moim skrom­nym zda­niem – chy­bił.

Idąc za komen­ta­rzem same­go Auto­ra, nie chcę się tu zaj­mo­wać meto­da­mi kazno­dziej­ski­mi o. Szu­sta­ka bar­dziej niż to będzie potrzeb­ne. W pew­nym tyl­ko stop­niu będę chciał pole­mi­zo­wać z samym arty­ku­łem – to już zro­bi­li dosko­na­le moi przed­mów­cy, przede wszyst­kim Mar­cin Suskie­wicz, pod któ­re­go tek­stem mogę pod­pi­sać się nie­mal w całej jego roz­cią­gło­ści. Chciał­bym nato­miast przede wszyst­kim podzie­lić się kil­ko­ma reflek­sja­mi, zain­spi­ro­wa­ny­mi całą dys­ku­sją. Reflek­sja­mi na temat tego, jak Bóg obja­wia się ludziom i jakie mamy szan­se na pew­ność w naszej trud­nej sytu­acji.

Chrze­ści­ja­ni­no­wi, któ­ry nie umie pozwo­lić sobie na luk­sus nie­świa­do­mo­ści, nie jest lek­ko nie tyl­ko ze wzglę­du na ota­cza­ją­ce go ate­istycz­ne argu­men­ty. Jest mu trud­no też ze wzglę­du na sam cha­rak­ter doświad­cze­nia Boga, któ­re rzad­ko może z odpo­wied­nią siłą prze­ko­nać kry­tycz­ny rozum o Jego ist­nie­niu. Umów­my się – mało kto z nas był świad­kiem praw­dzi­we­go cudu czy obja­wie­nia. Mało jest też dziś zare­je­stro­wa­nych „cudów”, któ­re nie spo­tka­ły­by się z miaż­dżą­cą kry­ty­ką (żeby poprze­stać na wspo­mnie­niu spra­wy z Sokół­ki). Owszem, dla nie­któ­rych dowo­dem na ist­nie­nie Boga jest pięk­no przy­ro­dy, dla innych muzy­ka Bacha – ale te „drob­ne cuda”, na któ­re się powo­łu­je­my, mają wystar­cza­ją­co dużo kon­ku­ren­cyj­nych, natu­ral­nych wyja­śnień. Moż­na odnaj­dy­wać Boga w histo­rii wła­sne­go życia, na co kła­dzie nacisk m.in. neo­ka­te­chu­me­nat (i, jak sądzę, o. Szu­stak), ale i tu mecha­ni­zmy psy­cho­lo­gicz­ne mogą wystar­czyć do zro­zu­mie­nia logi­ki zmian. Sam Bóg zda­je się mówić cicho i nie­wy­raź­nie. Zarzu­ca­ło Mu to wie­lu filo­zo­fów, poetów i pisa­rzy. Niech prze­mó­wi Sta­ni­sław Barań­czak:

Tyl­ko wia­ra usta­wia głos. A Ty − jak z Tobą

jest, czy przy­pad­kiem nie tak samo? Cze­mu
sam nic nie powiesz peł­niej, pew­niej? Posie­ka­ne
komu­ni­ka­ty, zgło­ski toną­ce w mil­cze­niu.
Dyk­cja, mój Panie, dyk­cja. Wszyst­ko to cie­ka­we,
ale nic nie rozu­miem w moim tyl­nym rzę­dzie.

(„Usta­wie­nie gło­su”)

Jeże­li ktoś dodat­ko­wo zatrzy­ma się choć­by na kwe­stii cier­pie­nia, kwe­stii unde malum, zoba­czy, że bar­dzo trud­no jest nie tyl­ko wyka­zać ist­nie­nie Boga, ale nawet zacho­wać wewnętrz­ną nie­sprzecz­ność poję­cia „Bóg” w rozu­mie­niu chrze­ści­jań­skim (pró­bo­wał tego doko­nać na grun­cie filo­zo­fii ana­li­tycz­nej np. Alvin Plan­tin­ga, ale chy­ba nie w peł­ni mu się to uda­ło). Wyda­je się więc, że jedy­nym wyj­ściem jest aktyw­ne wsłu­cha­nie się w ten nie­wy­raź­ny głos. Nawet Barań­czak daje tu jakąś nadzie­ję:

(…) Jakoś rozu­miem Cię w sumie,
jak jąka­ła dru­gie­go jąka­łę rozu­mie,
to zna­czy, z nim się męcząc, gdy chce coś powie­dzieć.

Jaro­sław Dudycz idzie w swo­im tek­ście o krok dalej, stwier­dza­jąc, że jest jesz­cze jed­na dro­ga – posłu­cha­nie tych, któ­rzy prze­ży­li doświad­cze­nie Boga jako­ścio­wo inne od nasze­go: „Jed­nym [Bóg] poka­zu­je wyraź­ne zna­ki nad­przy­ro­dzo­ne, mówi do nich wprost, a innym każe się domy­ślać swo­je­go ist­nie­nia, zosta­wia­jąc jakieś pośred­nie, czę­sto męt­ne, nie­we­ry­fi­ko­wal­ne świa­dec­twa”. Sło­wem, według Dudy­cza ist­nie­ją (ist­nie­li?) „ci wybra­ni”, do któ­rych Bóg prze­mó­wił − kon­ty­nu­ując meta­fo­rę Barań­cza­ka, z ide­al­ną dyk­cją i emi­sją gło­su. Czy jed­nak fak­tycz­nie Bóg prze­mó­wił do Szaw­ła i apo­sto­łów w jako­ścio­wo inny spo­sób niż dziś prze­ma­wia do nas?

Nie znam jed­no­znacz­nej odpo­wie­dzi na to pyta­nie. Praw­do­po­dob­ne, że obja­wie­nia pro­ro­ków, apo­sto­łów i świę­tych mia­ły bar­dziej bez­po­śred­ni i nie­od­par­ty cha­rak­ter niż doświad­cze­nie sza­re­go zja­da­cza chle­ba. Trud­no jed­nak powie­dzieć, czy była to róż­ni­ca stop­nia, czy jako­ści (wg Dudy­cza zde­cy­do­wa­nie ta dru­ga). Oczy­wi­stym fak­tem jest prze­by­wa­nie apo­sto­łów z Chry­stu­sem-czło­wie­kiem. A z dru­giej stro­ny wie­lu Jego pobra­tym­ców nie wie­rzy­ło w czy­nio­ne przez Nie­go cuda, tak jak­by tak­że wte­dy, za tam­tych cza­sów, mia­ły one swo­je kon­ku­ren­cyj­ne, być może racjo­nal­ne wyja­śnie­nia. Nie­wia­ra w mesja­nizm (już nie mówiąc o bosko­ści) Chry­stu­sa była w Gali­lei powszech­na. Co wię­cej, w pew­nym momen­cie Jezus nie mógł uczy­nić cudów ze wzglę­du na małą wia­rę tych, któ­rzy mie­li­by być ich odbior­ca­mi – a stąd krok do (widocz­ne­go u o. Szu­sta­ka) prze­ko­na­nia, że Bóg jed­nak przede wszyst­kim dzia­ła w nas, przez nas, w spo­sób umoż­li­wia­ją­cy kon­ku­ren­cyj­ne wyja­śnie­nia, nie ucie­ka­jąc się do jed­no­znacz­ne­go łama­nia praw przy­ro­dy. Tak­że Zmar­twych­wsta­ły uka­zu­je się czę­sto w spo­sób nie­ja­sny, sko­ro w kil­ku przy­pad­kach świad­ko­wie przez pewien czas nie pozna­ją Go.

O ile jestem skłon­ny zgo­dzić się, że prze­by­wa­nie z Chry­stu­sem-czło­wie­kiem musia­ło być sil­niej­szym doświad­cze­niem niż doświad­cze­nie wewnętrz­ne jakie­go­kol­wiek świę­te­go czy misty­ka, o tyle w przy­pad­ku Moj­że­sza, pro­ro­ków czy św. Paw­ła nie jestem już taki prze­ko­na­ny. Dudycz pyta: „Czy [św. Paweł] usły­szał − wła­snym uchem, a więc rozu­miany jako kon­kretne fale dźwię­kowe − głos Jezu­sa, czy tyl­ko w swo­im wnę­trzu poczuł jakąś inspi­ra­cję do odmia­ny życia, a potem, już ex post, nało­żył na to odpo­wied­nią siat­kę pojęć”? A ja zapy­tam: czy od ist­nie­nia w tym przy­pad­ku real­nych fal dźwię­ko­wych zale­ży praw­dzi­wość tego gło­su? Czy jeże­li Chry­stus posłu­żył się w tej sytu­acji myśla­mi św. Paw­ła, a nie zewnętrz­ny­mi fala­mi dźwię­ko­wy­mi, to ujmu­je to coś naszej wie­rze (pomi­ja­jąc już z bra­ku cza­su cały post­kar­te­zjań­ski, być może pozor­ny pro­blem oddzia­ły­wa­nia ducha na mate­rię)? Czy św. Paweł i Moj­żesz musie­li fak­tycz­nie doświad­czyć „cze­goś, co innym nie jest dane”? Jaki cha­rak­ter wobec tego mia­ły obja­wie­nia pro­ro­ków, świę­tych i misty­ków? Na jakiej pod­sta­wie moż­na odróż­nić, czy to jesz­cze „kon­kret­ny fakt”, przy­pi­sy­wa­ny przez Dudy­cza „tym wybra­nym”, czy też już zwy­kła prze­mia­na życia, któ­rą moż­na wyja­śnić meto­da­mi psy­cho­lo­gicz­ny­mi?

Nie widzę uza­sad­nie­nia dla tego duali­zmu. Od cza­su do cza­su przy lek­tu­rze Dudy­cza mam nato­miast wra­że­nie, że jego tekst jest – jak już na począt­ku pisa­łem − pró­bą obro­ny lub choć­by poszu­ki­wa­nia pew­nych stu­pro­cen­to­wych, sta­łych punk­tów zacze­pie­nia w wie­rze. Wska­zu­ją na to na przy­kład takie stwier­dze­nia: „Z tego napię­cia rodzi się pyta­nie, czy to wszyst­ko jest w ogó­le sen­sowne i spój­ne, czy w ogó­le jest Bóg”, albo: „A może o. Szu­stak będzie pró­bo­wał wyka­zy­wać, że zmar­twych­wsta­nie to tyl­ko skom­pli­ko­wana meta­fora zmian w ludz­kim życiu? Że Chry­stu­sowe przej­ście od śmier­ci do życia to tyl­ko sym­bol trans­gre­sji?”.

Rozu­miem chęć odna­le­zie­nia tej pew­no­ści. We mnie też tkwi takie pra­gnie­nie. Wyda­je mi się jed­nak, że może ono zapro­wa­dzić na manow­ce szyb­ciej niż słu­cha­nie o. Szu­sta­ka. Powiem wię­cej: w samej isto­cie chrze­ści­jań­stwa zawar­ta jest pew­na nega­cja pew­no­ści. Chrze­ści­jań­stwo jest przede wszyst­kim wia­rą w Boga ukry­te­go. Karl Barth stwier­dził nawet, że wszel­kie auten­tycz­ne pozna­nie Boga zaczy­na od uświa­do­mie­nia sobie tego fak­tu. Ale jesz­cze sil­niej pod­kre­śla go Ewan­ge­lia. Kie­dy Chry­stus mówi o ludziach szu­ka­ją­cych zna­ku, uży­wa nie­zwy­kle ostrych słów: nazy­wa ich „ple­mie­niem prze­wrot­nym i wia­ro­łom­nym”. Nie cho­dzi więc o to, by zna­leźć punkt zacze­pie­nia – nie­za­leż­nie od tego, czy poprzez uzna­nie, że taki punkt pozna­li nasi przod­ko­wie w wie­rze, czy poprzez uzna­nie, że znaj­du­je­my go my. Odna­le­zie­nie takie­go punk­tu spra­wi­ło­by zresz­tą, że każ­dy logicz­nie rozu­mu­ją­cy musiał­by uwie­rzyć – a prze­cież nie o to cho­dzi. Tyl­ko ukry­ty Bóg umoż­li­wia real­ną, auten­tycz­ną i w peł­ni wol­ną odpo­wiedź czło­wie­ka. Dzie­je się to jed­nak za cenę, któ­rą opi­sy­wał Barań­czak w pierw­szym, cyto­wa­nym prze­ze mnie pas­su­sie – za cenę nie­pew­no­ści, nie­zro­zu­mie­nia, nie­ja­sno­ści.

A może jed­nak bliż­szy nam jest – para­dok­sal­nie – ów ukry­ty Bóg o. Szu­sta­ka, któ­re­go nawet świę­ci mogli zin­ter­pre­to­wać w inny spo­sób, ale któ­ry za to jest obec­ny w histo­rii każ­de­go czło­wie­ka? Może jest On bli­żej nas niż Bóg Dudy­cza, któ­ry obja­wił się co praw­da w spo­sób nie­po­zo­sta­wia­ją­cy wąt­pli­wo­ści wybra­nym, ale więk­szość z nas („wie­rzą­cych”) nie może Go tak napraw­dę doświad­czyć? „Dla wie­rzą­cych pozo­sta­je Kościół i sakra­men­ty, a nie olśnie­nia” − pisze Dudycz, a wia­do­mo – trze­ba sta­nąć twa­rzą w twarz z tą gorz­ką reflek­sją – że dla więk­szo­ści ludzi samo przy­stą­pie­nie do Komu­nii nie wią­że się z głęb­szym prze­ży­ciem, a już w niczym nie przy­po­mi­na upad­ku z konia. Dudycz iro­ni­zu­je: „Audy­to­rium o. Szu­staka chce myśleć, że reko­lek­cje u nie­go i ich owo­ce rów­nają się usły­sze­niu Boże­go gło­su w cza­sie dro­gi do Damasz­ku”. Ale cały dow­cip tkwi w tym, że wła­śnie tak może być (zwłasz­cza – jeże­li cho­dzi o owo­ce!). Przy­naj­mniej Bóg, w któ­re­go wie­rzę, nie ogra­ni­cza się do „Kościo­ła i sakra­men­tów”, lecz przy­cho­dzi w codzien­nym życiu. I nie sądzę, że będzie to wiel­ką pychą, jeże­li pozwo­lę sobie przy­pusz­czać, że do Jaro­sła­wa Dudy­cza, do o. Szu­sta­ka (wraz z audy­to­rium) i do mnie przy­cho­dzi z tą samą siłą, z któ­rą przy­szedł do św. Paw­ła.

Artykuł stanowi część dyskusji zapoczątkowanej tekstem Jarosława Dudycza „Między teologią a psychologią − manowce ojca Szustaka”. Pozostałe teksty:

Katarzyna Nocuń, „Zobaczę, że jestem jak Piotr
Michał Lewandowski, „Realne i metaforyczne
Jan Popieluch, „Odpowiedzialność autorytetu”
Marcin Suskiewicz, „Bóg nie wprost”
Sebastian Adamkiewicz, „Żywe słowo na palmie”
Marcin Nowak, „Ojciec Szustak to Pies Pański, a nie filatelista”
Piotr Sikora, „Chrześcijaństwo – przemieniające doświadczenie Boga”