widzimy
| 20 maja 2014 ]

Wciąż jeszcze mieszkamy w katedrze

Byliśmy w Hartberg zobaczyć stare romańskie baptysterium, całe dekorowane freskami, o którym kiedyś gdzieś słyszeliśmy. Bardzo to było śliczne. W ogóle całe miasteczko zrobiło na nas niesamowite wrażenie, choć w dość grubym przewodniku po Austrii, jaki mamy, nie było o nim – nawet o baptysterium – ani słowa. Nie chodzi o to, że jest to jakaś szczególnie stara czy ładna miejscowość, choć niewątpliwie jest i dość stara, i dość ładna, a już takie baptysterium to niewątpliwie bardzo rzadka rzecz, nawet jeśli nie zostało szczególnie troskliwie odnowione w XIX, zdaje się, wieku. Raczej chodzi o to, że – jakby to napisać? – wszystko tam jest na swoim miejscu; jest takie, jak wydaje się, że powinno być, a w każdym razie takie nam się jawiło w tym słońcu, które wyjrzało dziś po południu zza chmur, dokładnie w momencie, gdy dojeżdżaliśmy do Hartberg.

Wydawało się, że jest to właśnie takie miejsce, w którym można być szczęśliwym, i chyba także dlatego, że zarówno do Grazu, jak i do Wiednia jest stamtąd ponad dwie godziny, a więc zbyt dużo, żeby dojeżdżać codziennie do pracy. Innymi słowy, jest to prowincja, gdzie niedaleko od rynku stoi kurnik, a parę kroków dalej – młyn i prawdziwa piekarnia chleba.

Wszystko jest na swoim miejscu. I taka myśl, narzucająca się z wielką mocą, pomimo różnych wewnętrznych kontrargumentów: że jest na swoim miejscu dzięki chrześcijaństwu, które tam przez te wszystkie wieki wyjątkowo głęboko zapuściło korzenie, a czego materialnym świadectwem są tak liczne kapliczki, krzyże, góra kalwaryjska ze stacjami drogi krzyżowej, niewielki, ale śliczny barokowy kościół i owo stare baptysterium. Chrześcijaństwu, które wcieliło się w mentalność, w obyczaj, w kamień. Bez dwóch zdań to częściowo już przeszłość. Chrystus znika z ludzkich serc i w Hartberg, może już zniknął. Ale kultura tak łatwo nie umiera, ma pewną bezwładność; i tak samo kultura chrześcijańska.

Nam się chyba tylko wydaje, że rządzą nami po prostu nasze przekonania. Może w niektórych sprawach tak, ale wiele rzeczy robimy nie z przekonania, ale dlatego, że zawsze tak robiliśmy, że wszyscy tak robią, że tak wypada, albo ze względu na dziadków, rodziców, żonę i tak dalej. Kultura chrześcijańska w Hartberg też jeszcze jakoś się kręci, poczucie harmonii i sensu jest tam wciąż jeszcze tak bardzo silne!

Jak ktoś się naczyta trochę współczesnej myśli – która, mimo swoich rozmaitych zalet, zostawia tak mało miejsca na jakąkolwiek celowość człowieka i świata, która nie jest w stanie powiedzieć, czy i dlaczego ludzkie życie ma ostatecznie jakikolwiek sens i wartość, czy i dlaczego rzeczywistość miałaby być dla człowieka przyjaznym domem, w którym mimo utrapień może być szczęśliwy – jak się człowiek trochę tego wszystkiego (tworzonego niewątpliwie w służbie intelektualnej uczciwości, w przekonaniu, że tak jest, że inaczej myśleć jest życzeniową iluzją, na którą nie ma dowodów) naczyta, to potem kontakt z takim miejscem jest uderzający.

Jak potem człowiek przyjedzie w takie miejsce, gdzie każda ścieżka, każdy mostek, każdy klomb z kwiatami, nie wiem co jeszcze: stary hotel z kawiarnią na rynku, domy otoczone sadami, jest dowodem na możliwość pewnej spójnej, przyjaznej całości, pewnej harmonii, która w dodatku jest w stanie przetrwać wieki (i to te zeszłe wieki, gdy co kilkadziesiąt lat przychodziła zaraza lub wojna), to sobie myśli, że skoro i tak każda narracja, nawet ta najbardziej empiryczna, racjonalistyczna, jest oparta na pewnych przedzałożeniach – bo jak inaczej? – to coś jest nie tak z tymi przedzałożeniami i tą narracją, która mówi, że raczej niemożliwe jest to, co widzę, że jest możliwe – piękno, ład, radość.

Jeszcze nie wiemy, jakie będą skutki tego, co zaczęło się nieśmiało w paryskich kawiarniach XVIII chyba wieku, a co do społeczeństwa jako takiego zaczęło tak naprawdę przenikać od pokolenia, dwóch, i to też nieśmiało (bo przecież tak wiele rzeczy robimy nie z powodu przekonań, ale „dlatego, że zawsze tak robiliśmy, że wszyscy tak robią, ze względu na dziadków, żonę…”; wciąż więc żyjemy wiszącą w powietrzu wiarą naszych dziadków – czyją wiarą będą żyły nasze wnuki?) – a więc wizji świata bez żadnej religii, świata całkowicie samowystarczalnego, świeckiego.

Jeszcze nie wiemy. Wciąż mamy te same nawyki myślenia o sobie, rodzinie, przyrodzie, czasie i przestrzeni, zagadnieniach etycznych. W każdym naszym zdaniu są jeszcze ślady chrześcijańskiego logosu (jak to pisał Nietzsche? „Mam obawy, że się nie uwolnimy od pojęcia «Bóg», ponieważ nadal wierzymy w gramatykę”). Ba, nawet wciąż jeszcze obchodzimy święta, nie pracujemy w niedzielę, cenimy poświęcenie dla słabszych, opiekujemy się chorymi na demencję dziadkami. Wciąż jeszcze mieszkamy w katedrze, nawet jeśli słabo już pamiętamy, skąd się ona wzięła i po co stoi (taki obraz z dzisiaj: plac w centrum Hartberg, słońce, mały staw porośnięty trzciną, wąska ścieżka, średniowieczna wieża pokryta bluszczem, to wszystko razem składające się na jakieś epifaniczne prawie doświadczenie – i znudzony chłopak siedzący na ławce i grający na komórce). Ale boję się, że mimo swojej bezwładności kultura chrześcijańska w końcu obumrze. Zostaniemy z niczym, słowa się rozsypią, nie będziemy już rozumieć ani siebie, ani świata, ani po co to wszystko.