widzimy
| 29 grudnia 2014 ]

Więcej niż akcja

Nie­czę­sto reży­se­rzy, zwłasz­cza w Hol­ly­wo­od, decy­du­ją się na stwo­rze­nie fil­mo­wych epo­pei z ambi­cja­mi sta­wia­nia pytań onto­lo­gicz­nych, podej­mu­jąc tema­ty­kę samej isto­ty czło­wie­czeń­stwa, jego przy­czyn i celu, nie zado­wa­la­jąc się jed­no­cze­śnie powierz­chow­ny­mi lub wymi­ja­ją­cy­mi odpo­wie­dzia­mi. Za samą ambi­cję zmie­rze­nia się z tak fun­da­men­tal­ny­mi pyta­nia­mi film Chri­sto­phe­ra Nola­na „Inter­stel­lar” zasłu­gu­je na uwa­gę. Co wię­cej, ambi­cji wystar­czy­ło, aby stwo­rzyć film z jed­nej stro­ny monu­men­tal­ny, epic­ki i nasy­co­ny akcją, a z dru­giej pięk­ny este­tycz­nie i nad­spo­dzie­wa­nie nie­ba­nal­ny.

Wsku­tek nie­od­po­wie­dzial­ne­go korzy­sta­nia z zaso­bów Zie­mi ludz­kość sta­je w obli­czu zagro­że­nia wygi­nię­ciem. W cią­gu kil­ku dekad nasza pla­ne­ta sta­je się coraz bar­dziej nie­przy­ja­zna dla swo­ich miesz­kań­ców, dra­ma­tycz­nie spa­da pro­duk­cja spo­żyw­cza ze wzglę­du na nie­przy­ja­zny kli­mat oraz stop­nio­wy zanik umie­jęt­no­ści upra­wy zie­mi. Kie­dy rzą­do­we pla­ny zmniej­sze­nia popu­la­cji poprzez bom­bar­do­wa­nie naj­bar­dziej zagęsz­czo­nych tere­nów wystę­po­wa­nia homo sapiens nie przy­no­szą dłu­go­fa­lo­wych skut­ków, potrze­ba inno­wa­cyj­nych dzia­łań. Pota­jem­nie powsta­łe z mar­twych NASA szu­ka spo­so­bów na ura­to­wa­nie ludz­ko­ści poprzez wyko­rzy­sta­nie kosmicz­nych ano­ma­lii umoż­li­wia­ją­ce kolo­ni­zo­wa­nie nowych pla­net. Były pilot NASA, a obec­nie rol­nik Cooper zosta­wia na Zie­mi swo­ją nie­zwy­kle zdol­ną cór­kę Murph, aby rato­wać ludz­kość i sta­je na cze­le nowej misji kolo­ni­za­cyj­nej. I choć wyobra­że­nia Coope­ra zupeł­nie roz­mi­ną się z jej efek­ta­mi, to odkry­cia, któ­rych doko­na, będą znacz­nie więk­sze niż mógł­by się spo­dzie­wać.

Teo­re­tycz­nie mowa więc o tra­dy­cyj­nym gatun­ko­wym fil­mie sci-fi i tak nale­ży trak­to­wać „Inter­stel­lar”. Jeśli ktoś spo­dzie­wa się jed­nak pro­duk­cji w sty­lu „Spi­der­ma­na”, „Bat­ma­na”, czy „Trans­for­mers”, to zosta­nie w kinie zasko­czo­ny. I nie cho­dzi o to, że Nolan momen­ta­mi gra z kon­wen­cją doku­men­tu, ale o to, że tym razem wyko­rzy­stu­je akcję do zaję­cia się pro­ble­ma­mi z pogra­ni­cza filo­zo­fii i teo­lo­gii, wykra­cza­jąc dale­ko poza utar­te sche­ma­ty, nawią­zu­je raczej do star­szych tytu­łów z gatun­ku. Z dru­giej stro­ny nie wpad­nij­my jed­nak w pułap­kę prze­ko­na­nia, że mamy do czy­nie­nia z kinem arty­stycz­nym. „Inter­stel­lar” to wciąż film akcji z krwi i kości, nasta­wio­ny na pod­bi­ja­nie świa­to­wych box-office’ów (co zresz­tą sku­tecz­nie robi), któ­ry chce ocza­ro­wać fabu­łą, jed­nak szcze­rość i odwa­ga, z jaki­mi szu­ka odpo­wie­dzi na posta­wio­ne w nim pyta­nia, spra­wią, że dogma­tycz­ni miło­śni­cy kina akcji mogą go kry­ty­ko­wać w swo­istym soju­szu z miło­śni­ka­mi kina arty­stycz­ne­go, nie­ko­mer­cyj­ne­go. W grun­cie rze­czy film ten nie pozwa­la sno­bo­wać się żad­nej z tych grup, poka­zu­jąc, że kino komer­cyj­ne tak­że może wcho­dzić na pole teo­re­tycz­nie zare­zer­wo­wa­ne dla arty­stycz­ne­go, nawet jeśli nie może sobie na tyle samo pozwo­lić. I widać, że Nolan musi iść na pew­ne kom­pro­mi­sy – zwłasz­cza pod koniec fil­mu, któ­ry był momen­ta­mi prze­ga­da­ny, a Cooper teo­re­tycz­nie wykła­da nam sens fil­mu. Ale czy aby na pew­no wszyst­ko zosta­je wyja­śnio­ne?

Nie spo­sób odnieść się do wszyst­kich pro­ble­mów, któ­ry­mi w swo­im epic­kim dzie­le zaj­mu­je się Nolan. Krót­ko zatem usto­sun­ku­ję się do dwóch kwe­stii. Po pierw­sze, „Inter­stel­lar” jest wiel­ką obro­ną trans­cen­den­cji, i to na róż­nych pozio­mach. Każ­dy z boha­te­rów fil­mu, nie­za­leż­nie od tego, czy pozy­tyw­nych, czy nega­tyw­nych, ma w sobie wiel­ką potrze­bę bli­sko­ści dru­gie­go czło­wie­ka wypły­wa­ją­cą z głę­bo­kiej świa­do­mo­ści wła­snej skoń­czo­no­ści, nie­do­sko­na­ło­ści, cza­sem po pro­stu bra­ków. Zda­je sobie spra­wę, że „ja” nie zaczy­na ani nie koń­czy się na czub­ku wła­snej gło­wy, czy nawet na gło­sie swo­je­go dziec­ka. Przy­kła­dem niech będzie reak­cja nie­zwy­kle cie­ka­wej posta­ci dr. Moore’a tuż po wybu­dze­niu go z hiber­na­cji, kie­dy pierw­szy raz od lat widzi ludz­ką twarz. Niech będą to też łzy Coope­ra, gdy po dwu­dzie­stu trzech latach oglą­da nagra­nia swo­ich dzie­ci. Trud­no cza­sem boha­te­rom pogo­dzić się z tym, że ich kal­ku­la­cje i wie­dza zawsze w pew­nym momen­cie zde­rza­ją się z rze­czy­wi­sto­ścią, któ­rej pojąć nie potra­fią i któ­ra zawsze jest ponad nimi. Cooper mówi Murph na począt­ku fil­mu: „Nauka pole­ga na przy­zna­wa­niu się do nie­wie­dzy”. I cho­ciaż naj­now­szy film Nola­na jest potęż­ną mani­fe­sta­cją w obro­nie nauki, to przy­po­mi­na też, że nauka nie jest war­to­ścią abso­lut­ną i osta­tecz­ną. Jej wspa­nia­łość nie pole­ga na nie­skoń­czo­no­ści i nie­ogra­ni­czo­no­ści, ale na tym, że swo­im wkła­dem w pozna­nie spo­so­bu funk­cjo­no­wa­nia wszech­świa­ta do nich odsy­ła. Odsy­ła do Tajem­ni­cy, któ­rej jed­nak sama zmie­rzyć i pojąć nie zdo­ła. W „Inter­stel­lar”, kie­dy już się wyda­je, że jakaś zagad­ka jest roz­wią­za­na, poja­wia się roz­strzy­gnie­cie, któ­re­go nikt by się nie spo­dzie­wał. Tak jest z duchem w poko­ju Murph, tak jest z rów­na­niem pro­fe­so­ra Bran­da. Być może więc i to roz­wi­kła­nie zagad­ki, któ­re pro­po­nu­je Cooper pod koniec fil­mu, jest nie­wy­star­cza­ją­ce?

Czym wypeł­nić tę lukę, któ­ra pozo­sta­je mię­dzy nauką a Tajem­ni­cą czy też mię­dzy czło­wie­kiem a sen­sem? Dostrze­gam w fil­mie pro­po­zy­cję roz­wią­za­nia zna­ną co naj­mniej od dwóch tysię­cy lat. Spo­iwem, któ­re wypeł­ni tę pust­kę, mają być: wia­ra, nadzie­ja i miłość, któ­re wysta­wio­ne na pró­bę uni­ka­ją kata­stro­fy, bo nie pod­da­ją się roz­pa­czy. Te trzy sło­wa nie pada­ją w dzie­le Nola­na czę­sto. Tak napraw­dę o wie­rze i nadziei sły­szy­my tyl­ko jeden raz. O miło­ści dwa. Są to dla mnie jed­nak klu­czo­we momen­ty dla inter­pre­ta­cji fil­mu. Wia­ra daję Murph siłę i entu­zjazm w pra­cy dla pro­fe­so­ra Bran­da, któ­ry w obli­czu śmier­ci pró­bu­je jej tę wia­rę ode­brać. Chwi­lę póź­niej cór­ka pro­fe­so­ra i Cooper, wysłu­chu­jąc nagra­nia, wybu­cha­ją zło­ścią, bo ich nadzie­ja na powrót, a tak­że nadzie­ja ludz­ko­ści na ratu­nek w tam­tym momen­cie zda­wa­ły się stra­co­ne. O miło­ści mówi nato­miast sama dok­tor Brand i są to sło­wa, któ­re pozo­sta­ją w widzu dłu­go po sean­sie. Miłość, któ­ra jest Tajem­ni­cą, jedy­ną zna­na ludz­ko­ści war­to­ścią, któ­ra prze­kra­cza gra­ni­ce wymia­rów, z jaki­mi, pomi­mo miliar­dów pom­po­wa­nych w tech­no­lo­gie, NASA nie potra­fi sobie pora­dzić, musi jed­nak pocze­kać na swój try­umf. Ale docze­ku­je się, w koń­cu „cier­pli­wa jest”.

Na „Inter­stel­lar” na pew­no moż­na popa­trzeć też z wie­lu innych per­spek­tyw. Jak już wspo­mi­na­łem, może on zachwy­cać este­tycz­nie, moż­na w nim szu­kać odnie­sień do fil­mów takich jak „Ody­se­ja kosmicz­na 2001” czy „Sola­ris”. Moż­na też zachwy­cać się muzy­ką (a tak­że ciszą!) Han­sa Zim­me­ra. Nawet jeśli film jest cza­sem prze­ga­da­ny i zbyt wie­le miej­sca poświę­ca wyło­że­niu teo­rii nauko­wej sto­ją­cej za swo­im powsta­niem, moż­na tak­że dostrzec w nim pew­ne (dys­ku­syj­ne) dziu­ry w fabu­le, to Nolan zabie­ra nas w jed­ną z naj­więk­szych podró­ży współ­cze­sne­go kina. „Inter­stel­lar” to film, któ­ry cały sobą jest fil­mem akcji, a mie­rzy się z pyta­nia­mi filo­zo­ficz­ny­mi. Robi to głę­bo­ko osa­dzo­ny w post­mo­der­ni­zmie, w któ­rym żyje, oddy­cha się i poru­sza, ale bro­ni jed­no­cze­śnie trans­cen­den­cji jako ele­men­tu god­no­ści czło­wie­ka. Nie jest to film filo­zo­ficz­ny czy teo­lo­gicz­ny, tym bar­dziej nie film kon­fe­syj­ny. A jed­nak pyta­nia, któ­re sta­wia, doty­czą takich kwe­stii, o któ­rych zazwy­czaj w Hol­ly­wo­od się nie roz­ma­wia. Oby domi­no­wał w box-office’ach jak naj­dłu­żej.