myslimy
| 4 listopada 2013 ]

Wierzę, myślę i poznaję w Kościele Świętym

Jak poznaje Kościół (8)

Czym jest nasz mózg, nasza jaźń, nasz umysł, nasza dusza w chwi­li naro­dze­nia? Bia­łą kar­tą (nawet bez kra­tek i lini­jek) goto­wą do przy­ję­cia tego co ma być na niej zapi­sa­ne? A może jest już zapeł­nio­na wie­dzą, któ­rą powo­li przy­po­mi­na sobie i odkry­wa na nowo. Czy­ta­nie Pla­to­na, Leib­ni­za czy Chom­skie­go nawet nie da nam osta­tecz­nej odpo­wie­dzi. Sami musi­my ją wypra­co­wać, co gorzej – im więk­sza będzie nasza świa­do­mość, tym moc­niej uświa­do­mi­my sobie jak nie­do­sko­na­łe jest nasze pozna­nie, zatem i nasza odpo­wiedź na począt­ko­we pyta­nie. Im więk­sza jest skarb­ni­ca ludz­kiej wie­dzy, tym mniej wie­my. Słyn­ne scio te ipsum prze­sta­ło mieć sens – gdyż im bar­dziej pozna­ję, tym mniej o sobie wiem.

Rów­nie absur­dal­nym stał się postu­lat pozna­nia świa­ta. Natu­ral­ny odruch osob­ni­ka aro­ganc­ko nazy­wa­ją­ce­go same­go sie­bie czło­wiek myślą­cy jest obec­nie nie­moż­li­wy. Ci bar­dziej myślą­cy przed­sta­wi­cie­le gatun­ku szyb­ko odkry­wa­ją, że nawet boski Leonar­do uto­nął­by w morzu infor­ma­cji, skut­kiem cze­go pogrą­że­ni w depre­sji prze­sta­ją myśleć, badać, pozna­wać i deba­to­wać albo godzą się z nie­uchron­no­ścią spe­cja­li­za­cji, coraz węż­szej. Ale wciąż jakiś wewnętrz­ny głos naka­zu­je nam zada­wać pyta­nia.

Ból gło­wy sta­je się jesz­cze więk­szy gdy zaczy­na­my mówić o pozna­niu Tego, Któ­ry Jest Nie Do Pozna­nia – Boga same­go. Byt trans­cen­dent­ny moż­na roz­wa­żać per ana­lo­giam – mówią nam mężo­wie ucze­ni. Jaka ana­lo­gia? Do cze­go? Do świa­ta i czło­wie­ka? Prze­cież ich poznać nie potra­fi­my, nie może­my. Być może takie złu­dze­nia żywi­li aka­de­mi­cy pod dacha­mi Bla­cher­ne lub opo­dal Duomo, lecz jak moż­na je żywić, prze­by­wa­jąc w vir­tu­al reali­ty więk­szej niż kosmos sam?

I tak oto czło­wiek myślą­cy sta­je wobec Nie­po­zna­wal­ne­go Boga i nie­po­zna­wal­ne­go świa­ta, a nawet wobec nie­po­zna­wal­ne­go sie­bie. Sam. Jest to sytu­acja któ­ra musi wymu­sić (gra słów nie­przy­pad­ko­wa i mają­ca uka­zać siłę deter­mi­ni­zmu) albo uciecz­kę albo jakąś nową jakość. Moż­na na przy­kład przy­jąć, że pozna­nie jest mag­mo­wa­te, pole­ga­ją­ce na przy­ję­ciu tego co aku­rat jest pod ręką lub po pro­stu pasu­je. Wygod­ne to, ale czy pozwa­la na pozna­nie? Śmiem wąt­pić.

Moje szczę­ście pole­ga na tym, że ja nie jestem sam. Wie­rzę, myślę i pozna­ję w Koście­le – naj­dzi­wacz­niej­szej wspól­no­cie, jaką zna­ły dzie­je uni­wer­sum. Bóg pod­jął decy­zję o tym, że chce aby ludzie Go pozna­li w peł­ni. I stał się jed­nym z nas. Pozna­li­śmy Go tak, jak pozna­je­my samych sie­bie. Dwa tysią­ce lat temu wyda­wa­ło się to łatwiej­sze (a może nie?), teraz powra­ca­my – zda­wa­ło­by się – do punk­tu wyj­ścia, boć czło­wiek sam sie­bie już nie pozna­je. I tutaj – dzię­ki Dobrej Nowi­nie – powsta­je nowa jakość pozna­nia. Wła­śnie wokół tego pozna­nia Nie­po­zna­ne­go sku­pia się wspól­no­ta uczniów zwa­na Kościo­łem. Jak­że zawod­na, jak­że sła­ba i nie­jed­no­li­ta. Od same­go począt­ku, prze­cież pod krzy­żem stał tyl­ko jeden z apo­sto­łów. W dzie­jach Kościo­ła domi­no­wa­li „ci od Apol­lo­sa”, „ci od Kefa­sa” i „ci od Paw­ła”. Tak­że i dzi­siaj nie widać koń­ca podzia­łów, spo­rów i walk. Ale jest coś co jest wspól­ne i praw­dzi­we – obraz Praw­dzi­we­go Boga i Praw­dzi­we­go Czło­wie­ka, czy­li Jezus Chry­stus. A On jest z nami w Koście­le. Naucza­nie Kościo­ła to nic inne­go jak tyl­ko nasze nie­ustan­nie pona­wia­ne, i nie­ustan­nie popra­wia­ne, pró­by pozna­nia świa­ta, czło­wie­ka i Boga.

Jeże­li bowiem rozu­mie­my naucza­nie Kościo­ła jako „usta­wia­nie” wier­nych, to nigdy nie jeste­śmy dalej od praw­dy. Dobra Nowi­na gło­szo­na przez Boga-Czło­wie­ka nie była spi­sem prze­pi­sów, a do jej clou nale­ża­ło wręcz wyzwa­la­nie czło­wie­ka z wię­zów naka­zów nie do udźwi­gnię­cia. Dla­te­go też osta­tecz­nie roz­strzy­gam ja w kon­tak­cie z Bogiem. Lub Bóg pozwa­la mi na roz­strzy­gnie­cie w kon­tak­cie z nim. I to jest wła­śnie dobra nowi­na, chcia­ło­by się rzec: nowi­na naj­lep­sza!!! Mam peł­ną wol­ność, lecz ten, któ­ry jest naj­praw­dziw­szym czło­wie­kiem, dora­dza mi, jak mam z niej korzy­stać. Bóg-Czło­wiek jest jedy­ną oso­bą ludz­ką, któ­ra zna same­go sie­bie i któ­ra zna isto­tę czło­wie­czeń­stwa. Czy nie war­to Go słu­chać? Uwa­żam, że war­to – pro­ble­my z tym rozu­mo­wa­niem są jed­nak dwa.

Pierw­szy pole­ga na tym, że moż­na stwier­dzić, że Boga nie ma. Wte­dy powra­ca­my do samot­no­ści, samot­ność nie powo­du­je, że nasze pozna­nie jest gor­sze, że my jeste­śmy gor­si. Stwier­dzam tyl­ko, że sły­sząc i przyj­mu­jąc Dobrą Nowi­nę, jestem w lep­szej sytu­acji: nie jestem sam.

Dru­gi kło­pot pole­ga na tym, że Kościół zda­je się trud­nym miej­scem do wspól­ne­go pozna­wa­nia świa­ta, czło­wie­ka i Boga. To tro­chę tak, jak wyciecz­ka kra­jo­znaw­cza ze star­szą, gder­li­wą ciot­ką. Czy to przy­jem­ne, czy war­to? Odno­śnie wycie­czek nie wypo­wiem się, z Kościo­łem jest jed­nak nie­co ina­czej.

Poza gru­pą misty­ków nie mamy bez­po­śred­nie­go kon­tak­tu z Bogiem. Dobrze to czy źle – nie wiem, być może taka jest nasza natu­ra, że tyl­ko razem i tyl­ko pośred­nio byli­by­śmy w sta­nie znieść Bożą Chwa­łę. Nawet św. Tomasz o ser­cu czy­stym jak jagniąt­ko i postu­rze bawo­łu nie zniósł wizji Boga i powo­li zgasł, porzu­ca­jąc pisa­nie, będą­ce prze­cież sen­sem jego życia. Zatem „wespół w zespół”. A to ogra­ni­cza, to nada­je rytm i szyk i powo­du­je, że cza­sa­mi odno­si­my wra­że­nie, że sami wymy­śli­li­by­śmy to lepiej. Co cie­ka­we, zapew­ne wra­że­nie słusz­ne. Ale nasza wia­ra zosta­ła nam dana za pośred­nic­twem wspól­no­ty poko­leń, przez ojców i mat­ki (te przede wszyst­kim), ich rodzi­ców, dzia­dów, pra­dzia­dów… i tak przez wszyst­kie poko­le­nia aż do Ojca naszej wia­ry – Abra­ha­ma.

Czy kogoś dzi­wi, że oby­cza­je i moral­ność czte­ry tysią­ce lat temu były inne niż obec­nie? Wie­lo­żeń­stwo, ofia­ry z ludzi i wie­le innych spraw – wte­dy oczy­wi­stych – wyszły dziś „z ducho­wej mody”. A ostat­nio czas przy­spie­szył – oby­cza­jo­wość zmie­nia się w cza­sie jed­ne­go poko­le­nia, a nie co pięć, sześć… A z nim zmie­nia się sta­ra, zrzę­dli­wa ciot­ka, któ­ra sta­ra się utrzy­mać kon­takt ze swo­imi roz­hu­ka­ny­mi sio­strzeń­ca­mi i sio­strze­ni­ca­mi. Mówi w coraz to inny spo­sób, lecz zawsze to samo: że Bóg tak uko­chał świat, że swo­je­go Syna dał na ofia­rę za nasze zba­wie­nie. Że nie jeste­śmy sami. Wła­śnie ta wizja wspól­no­ty z ludź­mi i Bogiem daje mi siłę, aby zno­sić bra­ki w logi­ce kościel­nych dekre­tów i dekre­ty­nów. Dla­te­go, że Bóg obda­rzył mnie wol­no­ścią, któ­ra naka­zu­je mi szu­kać rady i wspar­cia u innych. Wol­ność zna­czy odpo­wie­dzial­ność, zatem głup­cem jest ten, kto odrzu­ca pomoc. Ale też wol­ność ozna­cza, że kościel­ne naucza­nie nie jest zbio­rem rubry­czek, któ­re wyli­cza­ją co do minu­ty pobyt w czyść­cu, lecz dro­gą w pozna­niu Boga. A sko­ro jest on pozna­wal­ny tyl­ko per ana­lo­giam, to ozna­cza, że Kościół poma­ga mi pozna­wać świat i czło­wie­ka. Para­dok­sal­nie, Wcie­le­nie zbli­ża­jąc nas do Boga, daje nam lep­sze pozna­nie czło­wie­ka i świa­ta.

Przy­kła­dem niech będzie przy­ta­cza­ny przez Pana Dudy­cza pro­blem wstrze­mięź­li­wo­ści sek­su­al­nej zwią­za­nej z sza­cun­kiem do Eucha­ry­stii. Coś się nie zmie­nia: sza­cu­nek do Eucha­ry­stii. Prze­cież nie tyl­ko nasza sek­su­al­ność jest pro­ble­mem. Dla­cze­go post eucha­ry­stycz­ny trwa aku­rat tyle cza­su, ile jest wyzna­czo­ne (ile? Zgad­nij, kotecz­ku)? A kie­dy ozna­cza­ło to, że Kościół uwa­żał, że spo­ży­wa­nie pokar­mów jest samo w sobie złe? Odpo­wiem: nigdy. Pew­ne uwa­run­ko­wa­nia wyni­ka­ją ze spo­so­bu pozna­wa­nia świa­ta, któ­re jest wzmoc­nio­ne Obja­wie­niem. Tyl­ko sie­ro­ty po Mark­sie mogą uwa­żać, że Kościół gło­si, że zna peł­nię praw­dy. Kościół gło­si, że peł­nia zosta­ła mu dana – ale jak to bywa z dara­mi, to zbyt wie­le jak na naszą pro­sto­tę. Kościół jest ludz­ki, zatem praw­dy o Bogu nie poj­mu­je w cało­ści. I zawsze to mówił! Ale sta­ra się ludziom mówić to, co jest w danym cza­sie dostęp­ne dla jego ludz­kiej powło­ki, czy­li dla wyświę­co­nych kapła­nów, dla kon­se­kro­wa­nych czy dla poboż­nych, a cza­sem wręcz świę­tych laików. Nic wię­cej.

Peł­nia pozna­nia jest mi dana w Koście­le, tym, któ­ry uła­twia (cza­sa­mi utrud­nia) zbli­ża­nie się do Boga, a poprzez Nie­go do czło­wie­ka i świa­ta. A że kiep­sko mi to idzie, no cóż – nie będę miał o to pre­ten­sji do Kościo­ła. A jeże­li nie będę się cze­piał sie­bie, to i hie­rar­chii kościel­nej daru­ję.