myslimy
| 18 października 2013 ]

Wilk i latorośl

Jak poznaje Kościół (5)

Para­dok­sy wol­no­ści

„Posłu­szeń­stwo jest jak jedze­nie i picie. Jeśli pozba­wio­no cię go na dłuż­szy czas, czu­jesz, że nie ma nicze­go lep­sze­go” – mówi Hen­riet­ta z powie­ści Her­man­na Hes­se­go. Jej roz­mów­cą jest Har­ry Hal­ler, tytu­ło­wy „wilk ste­po­wy”, out­si­der, dusza wiecz­nie poszu­ku­ją­ca, sło­wem: uoso­bie­nie indy­wi­du­ali­zmu ze wszyst­ki­mi tego kon­se­kwen­cja­mi. Słyn­ny dia­log w opu­sto­sza­łej knaj­pie doty­ka kwe­stii nie­by­wa­le waż­nych. Toczy się bowiem wokół potrze­by samo­sta­no­wie­nia, pry­ma­tu poszu­ki­wa­nia praw­dy nad pew­no­ścią jej posia­da­nia, wyż­szo­ści błą­dze­nia – byle na wła­sną rękę – nad ufnym powie­rze­niem się kie­row­ni­ko­wi ducho­we­mu. W powie­ści Hes­se­go prze­wi­ja się tak­że inny pro­blem: czy nowo­cze­sny asce­ta to ktoś, kto – jak przyj­mu­je kościel­na tra­dy­cja – jest w sta­nie oddać całą swo­ją wolę prze­ło­żo­ne­mu, być więź­niem na rzecz nowe­go poję­cia wol­no­ści? Czy raczej jest nim ktoś godzą­cy się na brak sta­łe­go adre­su (w sen­sie przede wszyst­kim ducho­wym), na brak cie­pła i wypo­czyn­ku, na nie­po­kój, nie­pew­ność? Wszyst­ko to, oczy­wi­ście, w imię auten­tycz­nie prze­ży­wa­nej wol­no­ści.

Dowar­to­ścio­wa­nie oso­bi­ste­go doświad­cze­nia, wraz z usy­tu­owa­niem go na rów­ni z auto­ry­te­tem (jeże­li nie wyżej), brzmi dziś nie­mal­że jak głos moral­no­ści. Z „pew­no­ści” zaś, czy raczej z zawie­rze­nia, nale­ży się koniecz­nie wytłu­ma­czyć. I tak jeden z sone­tów Hes­se­go może posłu­żyć za epi­ta­fium dla odcho­dzą­cej epo­ki:

Bo gdy­by inne dopraw­dy wymia­ry

Ist­nieć mia­ły prócz daw­nych dwóch, tak dobrze zna­nych,

Jak­że mógł­by bez­piecz­ny człek być w swym miesz­ka­niu,

Jak­że mógł­by żyć w świe­cie roz­chwia­nym?

Aby w spo­ko­ju tedy się pomie­ścić,

Naj­le­piej będzie jeden wymiar skre­ślić!

Ale jest też dru­ga stro­na meda­lu. Pra­wem para­dok­su, naj­więk­sze lite­rac­kie apo­lo­gie nie­skrę­po­wa­nej swo­bo­dy poszu­ki­wań, nie bez melan­cho­lii uka­zu­ją punkt gra­nicz­ny indy­wi­du­ali­zmu. Za nim kry­je się już tyl­ko pra­gnie­nie domu. Har­ry Hal­ler wca­le nie sta­je się szczę­śliw­szy przez to, że wypu­ścił swo­je­go „wil­ka” z klat­ki tra­dy­cji, oby­cza­jów i kon­we­nan­sów. Wręcz prze­ciw­nie: on pra­gnie i łak­nie powie­rze­nia komuś, bądź cze­muś swej zagu­bio­nej oso­by. Czy aby nie otwie­ra się wów­czas dro­ga do chrze­ści­jań­skie­go uję­cia wol­no­ści? Nale­ży dodać: wol­no­ści opar­tej na pew­nym rodza­ju pod­po­rząd­ko­wa­nia się, wyni­ka­ją­ce­go z samej natu­ry Obja­wie­nia, któ­re zosta­ło prze­cież dane i zada­ne czło­wie­ko­wi nie z woli ludz­kiej, ale z woli Bożej. Klu­czem jest, jak­że dziś zapo­zna­ne, posłu­szeń­stwo. Wpraw­dzie w sen­sie ści­słym wią­żą się nim zakon­ni­cy, ale czyż wła­śnie dla­te­go zasad­ni­czy jego sens nie roz­cią­ga się na całą spo­łecz­ność chrze­ści­jan? Jeden z apo­fteg­ma­tów Ojców Pusty­ni mówi o cno­cie posłu­szeń­stwa w nastę­pu­ją­cy spo­sób:

Pewien mło­dy czło­wiek przy­szedł się spo­tkać ze sta­rym asce­tą, aby dowie­dzieć się, jak wejść na dro­gę dosko­na­ło­ści, lecz sta­rzec nie odpo­wie­dział ani jed­ne­go sło­wa. Mło­dy czło­wiek zapy­tał go więc o powód mil­cze­nia: «Czyż sto­ję od cie­bie wyżej, aby móc ci roz­ka­zy­wać? – odpo­wie­dział mu sta­rzec. – Nic nie powiem. Jeśli chcesz, rób to, co widzisz, że ja robię». Od tej pory mło­dy czło­wiek we wszyst­kim naśla­do­wał sta­re­go asce­tę (…).

Dwa naj­bar­dziej zna­mien­ne wyra­że­nia tego tek­stu: „jeśli chcesz” oraz „to, co widzisz”. A więc posłu­szeń­stwo jest rów­nież kwe­stią wol­no­ści. Wpierw zale­ży ono bowiem od wol­nej decy­zji, a następ­nie wcho­dzi w obszar wol­no­ści i oso­bi­stej odpo­wie­dzial­no­ści, ta zaś pole­ga na naśla­do­wa­niu tego, co się dostrze­ga i co wyda­je się tego god­ne. „Rób to, co widzisz, że ja robię” – wyra­że­nie to nie­wie­le ma wspól­ne­go z sie­cią zewnętrz­nych naka­zów i zaka­zów. Imi­tu­je się bowiem to, co pozna­je się jako auten­tycz­ne. Idzie się w czy­jeś śla­dy wów­czas, gdy nie ma przy­mu­su, a sam wzór jawi się jako wystar­cza­ją­co wia­ry­god­ny: „nie zapa­la się też lam­py po to, by ją scho­wać pod kor­cem; prze­ciw­nie, umiesz­cza się ją na świecz­ni­ku, aby dawa­ła świa­tło tym wszyst­kim, któ­rzy są w domu” (Mt 5, 15). List do Dio­gne­ta, jeden z naj­star­szych zabyt­ków piśmien­nic­twa chrze­ści­jań­skie­go, gło­si, iż Chry­stus został posła­ny do ludzi, „by ich zba­wiał, by nakła­niał, a nie zmu­szał” (VII, 4). Podob­nie Kle­mens Alek­san­dryj­ski, wedle któ­re­go „reli­gia ma w cało­ści cha­rak­ter zachę­ca­ją­cy” (Paida­go­gos I, 1), a wszyst­ko to zgod­nie z Pismem („jeśli więc jest jakieś napo­mnie­nie w Chry­stu­sie, jeśli – jakaś moc prze­ko­nu­ją­ca miło­ści”; Flp 2, 1). Daw­nych tek­stów reli­gij­nych upra­wo­moc­nia­ją­cych takie poję­cie wol­no­ści jest zresz­tą całe mnó­stwo. Dla przy­kła­du, jeden z emble­ma­tów XVII-wiecz­ne­go poety, Zbi­gnie­wa Morsz­ty­na, do słów Hio­ba: „nogi zaku­wasz mi w dyby” (Hi 13, 27), dopi­su­je wiersz, w któ­rym Oblu­bie­ni­ca pro­si Chry­stu­sa, aby ten wziął ją w swo­ją nie­wo­lę.

Pyta­nie brzmi jed­nak: czy to wszyst­ko jest wol­no­ścią, czy też posłu­szeń­stwem? I czy w ogó­le jed­no wyklu­cza dru­gie? Jak sądzę, odpo­wiedź przy­no­si biblij­ny opis Zwia­sto­wa­nia (Łk 1, 38). Kie­dy do Maryi przy­by­wa anioł, aby obwie­ścić wolę Bożą, ta odpo­wia­da wpierw: „oto ja”, jak gdy­by była świa­do­ma swo­jej auto­no­mii w tym donio­słym momen­cie, a następ­nie doda­je peł­ne ule­gło­ści: „słu­żeb­ni­ca Pań­ska”. Jej wiel­kość pole­ga na tym, iż odpo­wie­dzia­ła „tak” na ini­cja­ty­wę Boga. „Niech mi się sta­nie” – ozna­cza wol­ną decy­zję Bło­go­sła­wio­nej, zaś „według sło­wa twe­go” – decy­zję o pod­le­gło­ści nie­biań­skim wyro­kom. Jeże­li nawet czy­ta­my w Liście do Efe­zjan: „wszyst­ko zło­żył Bóg pod Jego sto­py, a Jego same­go uczy­nił Gło­wą wszel­kie­go Kościo­ła” (Ef 1, 22), to prze­cież jed­nym z dekre­tów Pan­to­kra­to­ra danym swo­im słu­gom jest praw­dzi­wa wol­ność: „Jeże­li więc Syn obda­rzy was wol­no­ścią, wów­czas będzie­cie rze­czy­wi­ście wol­ni” (J 8, 36).

I tak na kolej­nym para­dok­sie opie­ra się chrze­ści­jań­skie poję­cie wol­no­ści.

Mię­dzy ufno­ścią a twór­czo­ścią

„Bez­re­flek­syj­ne zda­nie się na Kościół psu­je ideę pozna­wa­nia” – twier­dzi Jaro­sław Dudycz. „Widzę w takiej posta­wie cał­ko­wi­te­go zda­nia się na Kościół zupeł­ne pod­da­nie wła­sne­go rozu­mu i wła­sne­go poten­cja­łu poznaw­cze­go, rezy­gna­cję z prze­ży­wa­nia swo­ich zależ­no­ści ze świa­tem oso­bi­ście, we wła­snym wnę­trzu, w opar­ciu o realizm doświad­czeń”. W tym miej­scu mogą poja­wić się dwie wąt­pli­wo­ści. Pierw­sza z nich brzmi: czy aby na pew­no rze­czo­ny „poten­cjał poznaw­czy” oraz „wła­sne wnę­trze” – jak­kol­wiek nie­ostro brzmią oba sfor­mu­ło­wa­nia – są czymś prze­ciw­staw­nym wzglę­dem powie­rze­nia się naucza­niu Kościo­ła? Zresz­tą, czy owe „zda­nie się na Kościół”, jeśli ma być auten­tycz­ne (bądź też, jak chce autor: „cał­ko­wi­te”), koniecz­nie musi być bez­re­flek­syj­ne, czy może wręcz prze­ciw­nie: powin­no sta­no­wić w peł­ni świa­do­mą, doj­rza­łą i dobro­wol­ną odpo­wiedź na waru­nek ano­ni­mo­we­go pustel­ni­ka: „Jeśli chcesz…”? Twier­dzę, że naucza­nie kościel­ne wca­le nie zwal­nia z poszu­ki­wa­nia, wszak­że jego roz­wój i rozu­mie­nie jest owo­cem twór­czo­ści człon­ków Cia­ła Chry­stu­sa. Miał rację Bier­dia­jew, twier­dząc że sło­wa wypo­wie­dzia­ne przez Boga w kie­run­ku Ada­ma i Ewy: „zalud­niaj­cie zie­mię i bie­rze­cie ją w posia­da­nie” (Rdz 1, 28), sta­no­wią sen­su stric­to wezwa­nie do kre­atyw­no­ści rów­nież ducho­wej i inte­lek­tu­al­nej. Tak samo dogmat: nie jest on, jak moż­na by sądzić, unie­waż­nie­niem wagi oso­bi­stych doświad­czeń, lecz sta­no­wi punkt wyj­ścia, fun­da­ment (koniecz­ny jeże­li przyj­mu­je­my prze­ko­na­nie o ist­nie­niu Praw­dy), na któ­rym moż­na budo­wać dalej. Wła­śnie w związ­ku z tym św. Augu­styn porów­nał Kościół do Chry­stu­sa-szcze­pu win­ne­go (J 15, 1-8).

I dru­ga wąt­pli­wość: czy „realizm doświad­czeń” oraz „prze­ży­wa­nie swo­ich zależ­no­ści ze świa­tem” może sta­no­wić war­tość bez­względ­ną, nad­rzęd­ną i samo­dziel­ną? Już sama histo­ria lite­ra­tu­ry XX wie­ku uka­zu­je wie­lu ako­li­tów nie­skrę­po­wa­nej swo­bo­dy poszu­ki­wań, któ­rzy w punk­cie kul­mi­na­cyj­nym swo­ich przy­gód musie­li stwier­dzić, że sam fakt bez­po­śred­nie­go prze­ży­wa­nia wię­zi ze świa­tem jest co naj­mniej wąt­pli­wy, jeże­li wprost nie nie­moż­li­wy i naiw­ny. Chrze­ści­jań­stwo nie podzie­la tej pesy­mi­stycz­nej wizji, ale po pierw­sze – nie­złom­nie gło­si zależ­ność ludz­kiej egzy­sten­cji od Boga („beze Mnie nic nie może­cie uczy­nić”, J 15, 5), a po dru­gie – przy­po­mi­na o ułom­no­ści naszych zdol­no­ści poznaw­czych („teraz widzi­my jak­by w zwier­cia­dle, nie­ja­sno”, 1Kor 13, 12). W każ­dym razie, Jezus nawo­ły­wał do zapar­cia się wła­sne­go „ja” (Mt 16, 24), a nawet do ewan­ge­licz­nie rozu­mia­nej nie­na­wi­ści wzglę­dem same­go sie­bie (Łk 14, 26). Zda­je się, że roz­le­gła kra­ina swo­bo­dy poja­wia się wte­dy, gdy rezy­gnu­je­my z tego, co może nas ogra­ni­czać: z nas samych.

Czy dobro­wol­na ofia­ra z wła­sne­go „ego” (siły jak­że zachłan­nej) ura­to­wa­ła­by Harry’ego Hal­le­ra przed roz­pa­czą? Chy­ba tak. Ale moż­na też odpo­wie­dzieć w nastę­pu­ją­cy spo­sób: jeże­li z woli Bożej został nam dany Chry­stus, jedy­ny pośred­nik pomię­dzy nie­bem a zie­mią (1Tm 2, 5), to moż­na stąd wysu­nąć wnio­sek, że nasze doświad­cze­nie, nasze związ­ki ze świa­tem, jeże­li mają być auten­tycz­ne, powin­ny być rów­nież zapo­śred­ni­czo­ne przez Jego oso­bę. „Idea pozna­wa­nia” nie jest więc czymś dosko­na­le samo­ist­nym i odręb­nym, zaś zawie­rze­nie nie­ko­niecz­nie musi spra­wiać, że prze­sta­je­my pytać, poszu­ki­wać, zgłę­biać. Kie­dy Piłat zada­je słyn­ne pyta­nie: „A cóż to jest praw­da” (J 18, 38), nie pada z ust Jezu­sa prze­ko­nu­ją­cy wykład, ani nawet jed­no sło­wo wyja­śnie­nia. Otóż, Praw­da stoi oso­bi­ście przed Piła­tem, mil­czą­ca i goto­wa do roz­po­zna­nia, a jed­nak nie naru­sza­ją­ca wol­no­ści czło­wie­ka. Stąd już bli­sko do idei Kościo­ła. Tak bli­sko jak od Oblu­bień­ca do Oblu­bie­ni­cy.

Naj­więk­sze wąt­pli­wo­ści wzbu­dza jed­nak kolej­na kon­sta­ta­cja: „gdzie się poja­wia­ją sprzecz­no­ści, tam nie moż­na mówić, żeśmy dane zagad­nie­nie pozna­li. Życie w sprzecz­no­ściach jest życiem dale­ko od rze­czy­wi­sto­ści, życiem nie­au­ten­tycz­nym”. Ależ to wspo­mnia­ny wyżej „realizm doświad­czeń” jest obsza­rem szcze­gól­nie nara­żo­nym na sprzecz­no­ści. Od pew­ne­go momen­tu anta­go­nizm został wręcz mia­no­wa­ny pro­bie­rzem auten­tycz­ne­go życia. Znów wypa­da odwo­łać się do lite­ra­tu­ry pięk­nej XX wie­ku, od Jose­pha Con­ra­da po Joh­na Maxwel­la Coet­ze­ego, któ­ra o praw­dzi­wo­ści i wol­no­ści mówi nie­mal wyłącz­nie w kon­tek­ście zgo­dy czło­wie­ka na wła­ści­wą jemu i całe­mu uni­wer­sum nie­spój­ność. Sło­wem: dużo czę­ściej zarzut nie­au­ten­tycz­no­ści doty­czy dziś tego, co od sprzecz­no­ści jaw­nie się odże­gnu­je.

Ten sam, czy­li inny

„Kościół na prze­strze­ni wie­ków prze­bu­do­wy­wał róż­ne swo­je sta­no­wi­ska”. Czy jed­nak prze­bu­do­wy­wa­nie ozna­cza fun­da­men­tal­ną zmia­nę? Kon­sty­tu­cja Dei Ver­bum gło­si, iż sama Tra­dy­cja „roz­wi­ja się w Koście­le”. A więc Duch Świę­ty kie­ru­je pro­ce­sem. Moż­na go rozu­mieć jako roz­wój, czy­li doj­rze­wa­nie, przej­ście od inter­pre­ta­cji wstęp­nej do coraz bar­dziej zaawan­so­wa­nej (wli­cza­jąc w to wszel­kie eta­py pośred­nie), ale moż­na go tak­że rozu­mieć jako roz­wi­ja­nie się, tak jak się roz­wi­ja zwój, na któ­rym zapi­sa­no jakąś mądrość. „Wzra­sta bowiem zro­zu­mie­nie tak rze­czy, jak słów prze­ka­zy­wa­nych, już to dzię­ki kon­tem­pla­cji oraz docie­ka­niu wier­nych, któ­rzy je roz­wa­ża­ją w ser­cu swo­im, już też dzię­ki głę­bo­kie­mu, doświad­czal­ne­mu poj­mo­wa­niu spraw ducho­wych, już zno­wu dzię­ki naucza­niu tych, któ­rzy wraz z suk­ce­sją bisku­pią otrzy­ma­li nie­za­wod­ny cha­ry­zmat praw­dy”. Wresz­cie: „Kościół z bie­giem wie­ków dąży sta­le do peł­ni praw­dy Bożej, aż wypeł­nią się w nim sło­wa Boże” (II, 8). Cyto­wa­na kon­sty­tu­cja uży­wa przy­naj­mniej dwóch zna­mien­nych dla nasze­go tema­tu wyra­żeń: „wypeł­nia­nie się” oraz „doświad­czal­ne poj­mo­wa­nie spraw ducho­wych”. Oba dobit­nie pod­kre­śla­ją, iż zda­nie się na naucza­nie Kościo­ła odby­wa się syner­gicz­nie wzglę­dem oso­bi­ste­go prze­ży­cia wia­ry, życia, modli­twy. Moż­na wręcz wnio­sko­wać, że roz­wój („prze­bu­do­wy­wa­nie”), z jakim mamy do czy­nie­nia w przy­pad­ku kościel­ne­go naucza­nia, jest ade­kwat­ną odpo­wie­dzią wła­śnie na „oso­bi­ste zależ­no­ści ze świa­tem” każ­de­go chrze­ści­ja­ni­na.

Z tek­stu Dei Ver­bum wyni­ka jesz­cze jeden wnio­sek. Otóż, Obja­wie­nie zosta­ło czło­wie­ko­wi nie tyl­ko dane, ale i zada­ne. Sta­no­wi ono depo­zyt nie­zmien­ny w swej isto­cie, czy­li w rdze­niu, a zara­zem pla­stycz­ny co do for­my, nad­to – wie­lo­wy­mia­ro­wy z racji tego, iż z samej swej natu­ry prze­wyż­sza ludz­kie rozu­mo­wa­nie, choć zara­zem jest adre­so­wa­ny do naj­róż­niej­szych ludzi. Ina­czej rzecz bio­rąc: chrze­ści­jań­ska Praw­da, nicze­go nie doda­jąc ani ujmu­jąc ze swej tre­ści (Ap 22, 18-19), przez wie­ki zmie­nia­ła for­my wyra­zu oraz per­spek­ty­wy spoj­rze­nia, dosto­so­wu­jąc się tym samym do spe­cy­fi­ki poszcze­gól­nych kul­tur i epok. Doty­czy to zwłasz­cza życia róż­nych sta­nów w Koście­le. Już samo Sło­wo Boże, któ­re­go krze­wi­cie­le sta­ją się „wszyst­kim dla wszyst­kich” (1Kor 9, 22), raz kar­miąc wier­nych mle­kiem, innym zaś razem sta­łym pokar­mem (1Kor 3, 2), mówi o chrze­ści­jań­skich zaślu­bi­nach dwo­ja­ko, w zależ­no­ści od spo­so­bu myśle­nia adre­sa­tów. Raz jest to mowa przy­ziem­na, pod­kre­śla­ją­ca iż mał­żeń­stwo sta­no­wi lekar­stwo na pożą­dli­wość (1Kor 7, 2), innym razem – wznio­sła i mistycz­na, odno­szą­ca się do wiel­kiej tajem­ni­cy związ­ku Chry­stu­sa i Kościo­ła (Ef 5, 31-32). Praw­da biblij­na nie­jed­no­krot­nie prze­ma­wia bowiem do czło­wie­ka, ad homi­nem (nie na dar­mo zna­ko­mi­tą więk­szość Nowe­go Testa­men­tu zaj­mu­ją listy), licząc się z róż­no­rod­no­ścią wier­nych. Z kolei pro­blem uzgod­nie­nia róż­nych punk­tów widze­nia mał­żeń­stwa w Piśmie Świę­tym i w roz­wi­ja­ją­cym się Koście­le był już obec­ny w cza­sie, w któ­rym dopie­ro rodzi­ła się teo­lo­gia. Przy­kła­do­wo, Ter­tu­lian w De mono­ga­mia (XI, 5-6) wyja­śniał tę kwe­stię:

Jeśli powyż­sze sło­wa róż­ne są od zda­nia Apo­sto­ła, któ­re roz­wa­ża­my, potwier­dzi­ło się (…). Łatwiej bowiem jest pojąć, że jed­no zda­nie zawie­ra pew­ną myśl, któ­ra zga­dza się z pozo­sta­ły­mi, niż że Apo­stoł naucza rze­czy na pozór sprzecz­nych ze sobą. Tę myśl może­my poznać w samej isto­cie spra­wy. A jaka była isto­ta spra­wy, dla któ­rej Apo­stoł w ten spo­sób napi­sał? To począt­ki nowe­go i dopie­ro rodzą­ce­go się Kościo­ła, któ­ry Apo­stoł kar­mił mle­kiem, a nie «sta­łym pokar­mem» (1 Kor 3, 2) wła­ści­wej nauki (…).

Celo­wo pod­kre­śli­łem sfor­mu­ło­wa­nie „isto­ta spra­wy”. Wyda­je się, jak­by Ter­tu­lian uzna­wał to okre­śle­nie za pier­wia­stek nie­zmien­ny i pod­sta­wo­wy w naucza­niu Kościo­ła, a przy tym – regu­łę inter­pre­ta­cyj­ną pozor­nie sprzecz­nych poglą­dów. Ponad­to, na temat wstrze­mięź­li­wo­ści mał­żeń­skiej sta­ro­żyt­ność chrze­ści­jań­ska napi­sa­ła cał­kiem spo­ro. Już Paweł Apo­stoł nauczał: „nie uni­kaj­cie jed­no dru­gie­go, chy­ba że na pewien czas, za obo­pól­ną zgo­dą, by oddać się modli­twie” (1 Kor 7, 5), dając tym samym pod­sta­wy do twier­dze­nia o szcze­gól­nej war­to­ści tym­cza­so­wej abs­ty­nen­cji z powo­dów reli­gij­nych. Pomi­mo iż nie­któ­rzy pisa­rze wcze­sno­chrze­ści­jań­scy wycią­ga­li stąd wnio­sek o ułom­no­ści mał­żeń­stwa, więk­szość z nich sku­pi­ła się raczej na escha­to­lo­gicz­nej per­spek­ty­wie cno­ty czy­sto­ści. Cho­dzi o prze­bó­stwie­nie cia­ła ludz­kie­go w nie­bie. Jak to ujmo­wał Hans Urs von Bal­tha­sar w opar­ciu o pisma św. Grze­go­rza z Nys­sy: po powszech­nym zmar­twych­wsta­niu jed­ność męż­czy­zny i kobie­ty prze­sta­nie wyra­żać się w ziem­skim cie­le, a zamiast tego zacznie reali­zo­wać się w czymś nie­skoń­cze­nie dosko­nal­szym, w samym Cie­le Chry­stu­sa. Mię­dzy inny­mi stąd, jak mnie­mam, zale­ce­nia wstrze­mięź­li­wo­ści mał­żeń­skiej przed przy­stą­pie­niem do Eucha­ry­stii, zale­ca­ne w daw­nych doku­men­tach sobo­ro­wych. Dla­te­go też św. Hie­ro­nim pisał do matro­ny Celan­cji z nastę­pu­ją­cym poucze­niem:

I rze­czy­wi­ście, co jest sil­niej­sze, co pew­niej­sze nad tę czy­stość, któ­ra poczę­ta ze zda­nia dwoj­ga przez oby­dwo­je jak­by wspól­nie jest zacho­wy­wa­na, gdy jed­na stro­na nie tyl­ko o sie­bie się trosz­czy, lecz gdy wza­jem­nie zachę­ca­ją się do wytrwa­nia w cno­cie? (List CXLVIII, 30-31)

I aby odsu­nąć podej­rze­nia co do tego, iż mał­żeń­stwo jest czymś mało chlub­nym, nad­to iż okre­so­wa wstrze­mięź­li­wość łączy się z potrze­bą mniej­sze­go lub więk­sze­go odej­ścia od ludz­kiej miło­ści, Dok­tor Kościo­ła doda­je:

Wzgar­dzić zupeł­nie mężem i zlek­ce­wa­żyć go jest otwar­tym wykro­cze­niem prze­ciw zda­niu Apo­sto­ła; z dru­giej zaś stro­ny nale­ży się lękać i oba­wiać porzu­cić tak dłu­go zacho­wy­wa­ną czy­stość i nie oddać Bogu tego, coś mu przy­rze­kła (…). «Będą dwo­je w jed­nym cie­le»; już nie jed­no cia­ło, ale jeden duch (List CXLVIII, 30-31).

Moż­na powtó­rzyć: praw­da chrze­ści­jań­ska, opar­ta na „isto­cie spra­wy”, sta­le prze­ma­wia do kon­kret­nych ludzi, szu­ka­jąc spo­so­bu, aby dotrzeć do nich i ich prze­mie­nić. Nie jest to rady­kal­na prze­bu­do­wa tre­ści naucza­nia. Widzę w tym raczej zmia­nę punk­tu spoj­rze­nia na nie­zmien­ny depo­zyt wia­ry. Dla przy­kła­du, ks. Janusz Czer­ski w zna­nym komen­ta­rzu do 1 Listu do Koryn­tian, stwier­dza, że współ­cze­sne poję­cie mał­żeń­stwa nie­co się zmie­ni­ło w sto­sun­ku do 1Kor 7, 1-2. A jed­nak Paweł Apo­stoł, for­mu­łu­jąc to poucze­nie ad homi­nem, wyra­ził jed­no­cze­śnie odwiecz­ny zamysł Boży co do prze­bó­stwie­nia ludz­kiej natu­ry. Podob­nie jest z Mk 12, 25. Hugo­lin Lang­kam­mer tak wyja­śniał powyż­sze pro­roc­two Pisma:

Ponie­waż Jezus jest zmu­szo­ny odpo­wie­dzieć sadu­ce­uszom na temat mał­żeń­stwa i rodze­nia, kon­cen­tru­je się wyłącz­nie na tym zagad­nie­niu (…). Sadu­ce­uszom pro­ble­my poru­sza­ne w dzi­siej­szej ety­ce mał­żeń­skiej, jak miłość ist­nie­ją­ca pomię­dzy part­ne­ra­mi (…), były zupeł­nie obce. Jeśli więc nasza współ­cze­sna teo­lo­gia gło­si, iż przy­szły eon ma być tak­że udo­sko­na­le­niem i dopeł­nie­niem porząd­ku obec­ne­go stwo­rze­nia i w ten cało­ścio­wy aspekt włą­cza tak­że oso­bo­we kon­tak­ty mię­dzy ludź­mi i miłość mię­dzy mał­żon­ka­mi w for­mie naj­do­sko­nal­szej, innej, Bożej, nie sprze­ci­wia się to nauce Jezu­sa o zmar­twych­wsta­niu.

Zmie­nił się wobec tego spo­sób prze­ka­zu tej praw­dy, jej uję­cie, choć sama w sobie, w swej tre­ści nie ule­gła naj­mniej­szej zmia­nie. Czy moż­na wszak­że gło­sić trwa­łe Obja­wie­nie świa­tu róż­nych epok, trzy­ma­jąc się kur­czo­wo tyl­ko jed­ne­go spo­so­bu jej prze­ka­zu, nie licząc się przy tym ze zmia­ną kul­tu­ry i men­tal­no­ści (a więc a for­tio­ri tak­że zmia­ną odbio­ru tych­że spo­so­bów prze­ka­zu)? Czy moż­na gło­sić Praw­dę wczo­raj i dziś taką samą na wie­ki (Hbr 13, 8), nie uwzględ­nia­jąc cią­głe­go roz­wo­ju jej rozu­mie­nia i posłan­nic­twa w Koście­le? Czyż­by kolej­ny para­doks?

W cyklu „Jak poznaje Kościół” uka­zały się teksty: