myslimy
| 3 października 2014 ]

Wilkowyje i Totusy

Ogłoszono dziś nominacje do nagrody Totus przyznawanej przez Fundację Dzieło Nowego Tysiąclecia. Wśród wskazanych w kategorii „Totus medialny” znaleźli się twórcy serialu „Ranczo” – „za promowanie w popularnej, komediowej formule ważnych wartości duchowych”. Wirtualna katolandia już zdążyła się unieść: skąd pomysł, żeby honorować serial? Czy tylko dlatego, że pojawia się w nim ksiądz?

Czas więc na coming out. Pisząca te słowa obejrzała wszystkie serie „Rancza” i z nadzieją czeka na kolejne. Ba! W „Dywizie” nie jestem pod tym względem odosobniona. Wypełniające serial trafne obserwacje na tematy społeczne, obyczajowe, kościelne nieraz pojawiały się w naszych rozmowach.

Oczywiście w serialu są to rzeczy jedynie dowcipnie zasygnalizowane – nie miejsce to na traktaty o łasce, miłości bliźniego i teologii feministycznej. Tekstów na te tematy jednak nie brakuje. Kto chętny, może je podejmować na poważnie. Problem raczej w tym, że brak miejsc, gdzie podejmowano by je z mrugnięciem oka, na lekko, choć mądrze – tak aby trafić do szerszego odbiorcy. W tę lukę „Ranczo” wskoczyło bardzo zgrabnie, o czym udało mi się przekonać już kilka osób, które początkowo żadnym serialem skalać się nie chciały.

Jest w „Ranczu” wiele z tego, na czym katoliccy publicyści ścierają sobie codziennie do znudzenia klawiatury. Jest młody wikary, tak zagłębiony w pismach Tomasza z Akwinu i innych wielkich, że stracił wszelkie zdolności komunikacyjne poza językiem -izmów i łacinizmów. Jest inny, który z seminarium przybywa, by ogniem swoich słów i czynów wyplenić grzeszników, pijaków przepędzić spod sklepu, zagrzmieć o jawnogrzesznicach, a brudu nienawidzi tak, że przy ciągłych ablucjach niemal skórę z siebie zdziera. Karykatura, oczywiście, przerysowanie, ale wiemy, z jakich sytuacji w naszym Kościele się przy tym śmiejemy. Strach tylko, czy każdy wikary znajdzie proboszcza tak mądrego jak ten serialowy, który przypomni, że nienawidzić mamy grzech, a nie grzesznika i że nienawidzący może mieć przede wszystkim problem z samym sobą.

Orientacja w sytuacji na styku księża-świeccy i wrażliwość w przedstawianiu tych spraw wydaje się tu o wiele większa niż w mediach głównego nurtu. Osobiście od kolejnego reportażu czy felietonu na temat finansów księży wolę scenkę, w której jedna z najbiedniejszych mieszkanek serialowych Wilkowyj, Solejukowa, pyta proboszcza, czy to grzech zarobić 60 tys. zł. On mówi, że nie grzech, a jak się wspomoże dzieła Kościoła, to jeszcze jest na chwałę Bożą. Na to ona swoim ciepłym tonem, z charakterystycznym uśmiechem odpowiada: „Jak my dom będziemy mieli taki piękny jak plebania, to potem dzielić się będziemy z radością”.

Na oddzielną dyskusję (gdyby ktoś chciał sprawy podejmować na poważnie) nadaje się wypowiedź innej serialowej postaci, Kusego: „Teraz msze za ojczyznę nie są potrzebne, bo mamy wolność, teraz są potrzebne msze obywatelskie. Żeby ludzie nauczyli się troszczyć o to, co jest wspólne”.

Kilka miesięcy temu moja uwaga silnie skoncentrowała się na słowach z Księgi Rodzaju o stworzeniu człowieka na Boży obraz i podobieństwo. Co za perspektywy, jaką niezwykłością jest człowiek, jakie stoją przed nim możliwości i jaka przyszłość w królestwie niebieskim, gdy wróci do tego podobieństwa! – myślałam. I jeszcze: czemu nie słyszę o tym podczas kazań? Jakoś w tym czasie nadarzył się odcinek „Rancza”, w którym słynni pijaczkowie spod sklepu toczyli taką oto pogawędkę:

Pietrek: A taki Pan Bóg to swoją drogą ciekawe, jaki On jest.
Hadziuk: Wiadomo, na Jego podobieństwo my stworzeni.
Solejuk: Tak Kościół ma w papierach.
Pietrek: No to jeżeli my na Jego podobieństwo, to znaczy się, że On jest do nas podobny?!
Hadziuk: Pan Bóg do nas podobny, to nie daj Boże.
Stach Japycz: A co kompania smutna taka?
Pietrek: A to prawda że Pan Bóg do nas podobny jest?
Stach: A czegoś ty się z rana napił?
Hadziuk: Nic nie pił, bo kasy nie ma. A napisane tak jest, że podobny.
Stach: Do Pietrka?
Solejuk: Nie do Pietrka, do człowieka.
Stach: Podobny, ale z ducha i woli wolnej, nie z twarzy przecież ani z charakteru.
Pietrek: A to dobrze, od razu mi lepiej.

Oczywiście, to tylko sygnały. Kto zechce, znajdzie więcej. A może w końcu kiedyś usłyszy o tym i z ambony.

Jedną jeszcze serialową rozmowę koniecznie muszę przytoczyć, która może przy nacisku, jaki papież Franciszek kładzie na kwestie ubóstwa, przestanie wydawać się tak nierealna. Proboszcz dzieli się w niej z wikarymi swoimi pomysłami i uwagami po katechezie:

Proboszcz: Patrzyłem na te maleństwa, jakie one są otwarte, chłonne, pomyślałem, przecież my jesteśmy ich nauczycielami, jakaż to jest odpowiedzialność. No a czego my ich na tej religii uczymy?

Ks. Robert: No, teraz to my tu jesteśmy sami swoi, ale radziłbym ostrożniej…

Proboszcz: Tu nie chodzi o ostrożność, tu się trzeba w piersi uderzyć. Modlitw ich uczymy, o świętych opowiadamy, o sakramentach. A sedno? Gdybyś miłości nie zaznał, byłbyś jak miedź brzęcząca, a co my robimy? Chowamy takich katolików, co to przykładnie klęczą w kościele, proboszcza w rękę całują, pieśni śpiewają, a po wyjściu z kościoła ludzi nienawidzą. To mają być katolicy? Otóż powiadam wam: dość. Albo my te dzieci prawdziwej miłości Boga i bliźniego nauczymy, albo grzech nasz będzie niewybaczalny.

Ks. Robert: Ale jak?

Proboszcz: Prosto. Obowiązkiem i przykładem. Tu taką listę zrobiłem tych, którzy w parafii potrzebują pomocy, bo albo niepełnosprawni, albo samotne matki z dziećmi. Trochę mi głupio, bo nie jestem pewien, czy to wszyscy.

Ks. Maciej: No ale to ksiądz proboszcz najlepiej przecież wie.

Proboszcz: No wiem, jak praktykujący albo byli, a jak niewierzący?

Ks. Robert: No ale to w takich przypadkach księże proboszczu, to…

Proboszcz: To co? To nie jest bliźni, którego masz miłować jak siebie samego?

Myślę prosto: oby jak najwięcej takich rozmów w naszym Kościele i takich seriali w Polsce.