widzimy
| 29 lipca 2014 ]

Wokulski odmieniony

„Lal­ka” to książ­ka o czło­wie­ku, któ­ry pró­bu­je wszyst­kie­go oprócz nawró­ce­nia, choć wła­śnie nawró­ce­nie mogło­by go uzdro­wić (dla­cze­go nie wypa­da tego powie­dzieć na lek­cji pol­skie­go, choć ocze­ku­je się prze­cież od uczniów, w więk­szo­ści nadal cho­dzą­cych rów­nież na reli­gię, „egzy­sten­cjal­ne­go” zaan­ga­żo­wa­nia w oma­wia­ne lek­tu­ry?). Nie­wy­klu­czo­ne wszak­że, że Wokul­ski wca­le nie zgi­nął pod gru­za­mi wysa­dzo­ne­go w powie­trze zam­ku…

Ale naj­pierw dwa sło­wa wstę­pu. Rację miał chy­ba David Hume, że (nad­mier­nie, nie­na­tu­ral­nie) kry­tycz­ny umysł, pole­ga­ją­cy tyl­ko na sobie samym i scep­tycz­ny wobec wszyst­kie­go, co nie jawi mu się jako abso­lut­nie pew­ne, nie jest w sta­nie, patrząc po pro­stu na świat, wyczy­tać z nie­go nie tyl­ko żad­nych praw moral­nych, lecz nawet żad­nych koniecz­nych związ­ków przy­czy­no­wo-skut­ko­wych. Rze­czy­wi­stość przed­sta­wia mu się jako cha­otycz­ny zbiór nie­po­wią­za­nych ze sobą feno­me­nów, w któ­rym żyć nie spo­sób. Potrzeb­ny jest więc – ale to już nie do koń­ca Hume – jakiś klucz inter­pre­ta­cyj­ny, a tym może być, jak się wyda­je, albo „duch cza­sów”, każą­cy czy­tać świat tak, jak w danej chwi­li czy­ta­ją go „wszy­scy wokół” (a w każ­dym razie „wszy­scy roz­sąd­ni”), albo reli­gia – od rele­ge­re (odczy­tać ponow­nie) – czy­li zespół kry­te­riów i zna­czeń, a naj­le­piej rów­nież wzor­ców oso­bo­wych i auto­ry­te­tów, umoż­li­wia­ją­cych nie­co bar­dziej „non­kon­for­mi­stycz­ne” i też nie­co bar­dziej „kon­se­kwent­ne” odczy­ta­nie świa­ta. Dodać chy­ba trze­ba jesz­cze, że sło­wo „reli­gia”, tak jak je tu rozu­miem, może obej­mo­wać tak­że tra­dy­cje nie­re­li­gij­ne.

Choć oby­dwa klu­cze wyda­ją się ryzy­kow­ne, więk­sze nadzie­je moż­na chy­ba wią­zać z reli­gią, któ­ra – jeśli sto­ją za nią dosta­tecz­nie sil­ne racje – ma przy­naj­mniej teo­re­tycz­ne szan­se oka­zać się praw­dzi­wą. Tym­cza­sem praw­do­po­do­bień­stwo, że do praw­dy zbli­ży nas bez­re­flek­syj­nie przyj­mo­wa­ny „duch cza­sów”, prze­cież w każ­dej epo­ce (a do tego w każ­dej spo­łecz­no­ści) inny, jest nie­wiel­kie.

W „Lal­ce” pod prąd domi­nu­ją­cej kon­wen­cji (bo też „kon­wen­cja” i sprze­ciw wobec niej nale­żą chy­ba do głów­nych tema­tów tej powie­ści) zda­ją się iść Wokul­ski i Rzec­ki, przy czym tyl­ko ten dru­gi jest czło­wie­kiem napraw­dę reli­gij­nym. Jego reli­gią jest, jak wie­my, bona­par­tyzm. I tak, gdy do „sta­re­go subiek­ta” wresz­cie docie­ra, że wbrew jego nadzie­jom za dziw­nym zacho­wa­niem Wokul­skie­go nie kry­ją się żad­ne ambi­cje „poli­tycz­ne”, lecz po pro­stu uczu­cie do kobie­ty (w dodat­ku kobie­ty z nie­do­stęp­nej sfe­ry), nawet na moment nie tra­ci on grun­tu pod noga­mi, jest też w sta­nie prze­ciw­sta­wić się opi­niom innych. Prze­cież Napo­le­ono­wie rów­nież byli kochli­wi, a sko­ro „sła­bość do kobiet nie kom­pro­mi­tu­je Bona­par­tych, dla­cze­go mia­ła­by uwła­czać Wokul­skie­mu?…”. Reli­gia Rzec­kie­go ma rów­nież wymiar prak­tycz­ny: skru­pu­lat­ne posłu­szeń­stwo codzien­nym rytu­ałom na wzór żoł­nier­skiej dys­cy­pli­ny. Osta­tecz­nie jed­nak wyda­je się śmiesz­ną (ale uro­czą) namiast­ką (tyl­ko cze­go?).

A Wokul­ski? Upar­cie nie chce (w swo­im mnie­ma­niu) iść jedy­nie z „duchem cza­sów”, nie ma też (znów: w swo­im mnie­ma­niu) żad­nej „reli­gii”. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak – choć to postać wie­lo­wy­mia­ro­wa, prze­ko­nu­ją­ca, „z krwi i kości” – jest on osta­tecz­nie „dzie­cię­ciem wie­ku”, odczu­wa­ją­cym i myślą­cym wła­śnie tak, jak myśle­li wów­czas wszy­scy „non­kon­for­mi­ści” i „scep­ty­cy”. Para­dok­sal­nie oddy­cha on więc (choć nie­chęt­nie) „duchem cza­sów”, posia­da też (choć, w jego przy­pad­ku, nie­zbyt pew­ną sie­bie) reli­gię: racjo­na­lizm. Racjo­na­lizm będą­cy wia­rą (wbrew scep­ty­cy­zmo­wi Hume’a) w ponad­cza­so­wą obiek­tyw­ność tego, co uda­je nam się dociec samym rozu­mem pod warun­kiem wyzby­cia się wszel­kich „uprze­dzeń”. Tyl­ko że to, co uda­je mu się w ten spo­sób dociec, jest mało zachę­ca­ją­ce: pusty, odcza­ro­wa­ny świat, zawie­szo­ny w próż­ni, pozba­wio­ny celu, obo­jęt­ny na ludzi i ich tra­ge­die. Wokul­ski jest czło­wie­kiem strasz­nie nie­szczę­śli­wym, a jego smu­tek rzu­ca się cie­niem na całą tę fascy­nu­ją­cą i gęstą od tre­ści powieść. „A jej sło­wa sma­ko­wa­ły niczym popiół, niczym pył – gorz­ki, zim­ny i suchy” – pisał o swo­ich odczu­ciach przy pierw­szej lek­tu­rze Zbi­gniew Miko­łej­ko, i nie on jeden tak czuł.

Tąp­nię­cie nastę­pu­je w Pary­żu („«Lal­ka» jest powie­ścią o War­sza­wie, ale wypeł­nia się sen­sem z powo­du Pary­ża”, pisze Krzysz­tof Rut­kow­ski w swo­jej nie­daw­nej książ­ce o pary­skim frag­men­cie powie­ści Pru­sa), pod­czas poka­zu hip­no­zy. Jest to sce­na, któ­rą nale­ży chy­ba rozu­mieć tyleż dosłow­nie (wszak czas powsta­wa­nia „Lal­ki” to szczy­to­wy okres popu­lar­no­ści „sean­sów spi­ry­ty­stycz­nych” i podob­nych nie­sa­mo­wi­to­ści), co meta­fo­rycz­nie (bo jest to rów­nież czas anty­ra­cjo­na­li­stycz­ne­go prze­wro­tu w filo­zo­fii, któ­re­go głów­nym boha­te­rem jest oczy­wi­ście Nie­tz­sche). Wokul­ski z prze­ra­że­niem obser­wu­je, jak ste­ro­wa­ne przez pro­fe­so­ra Pal­mie­rie­go „media” są w sta­nie na jed­no sło­wo zapa­łać gorą­cym uczu­ciem do łopat­ki do węgla. Nagle wyda­je mu się, że wszyst­ko może być tyl­ko złu­dze­niem, skut­kiem cudze­go wpły­wu. Pod­sta­wo­we zało­że­nia jego świa­to­po­glą­du poda­ne zosta­ją w wąt­pli­wość. Być może wręcz przez moment – gdy sce­na sean­su hip­no­zy odsła­nia swój meta­fo­rycz­ny cha­rak­ter – wycho­dzi na jaw, że nawet ucze­ni racjo­na­li­ści wca­le nie są „obiek­tyw­ni”, że w taki czy inny spo­sób, dobro­wol­nie czy wbrew sobie (choć nie w wyni­ku hip­no­zy), pozo­sta­ją zawsze nie­wol­ni­ka­mi „ducha cza­sów”, któ­ry deter­mi­nu­je, w jaki spo­sób odbie­ra­ją świat. Racjo­na­lizm jest bowiem reli­gią, któ­ra wyzbyw­szy się wszel­kiej tra­dy­cji, uświę­ca jedy­nie zasta­ne­go „ducha cza­sów” (w odróż­nie­niu, jak się wyda­je, od chrze­ści­jań­stwa, któ­re, opar­te na auto­ry­te­cie Wcie­lo­ne­go Boga dzia­ła­ją­ce­go poprzez kon­kret­ną tra­dy­cję, ma moc prze­ciw­sta­wić się „ducho­wi cza­sów” i następ­nie ukształ­to­wać go na nowo według sie­bie).

Mamy tym­cza­so­wy wstrząs, ale po chwi­li – gdy Pal­mie­ri wyja­śnia, że nie każ­dy jest „medium”, że to, co Wokul­ski widział, to zja­wi­sko szcze­gól­ne, wyjąt­ko­we – wra­ca względ­na sta­bil­ność. Nie­tz­sche­ań­ski prze­wrót nie był w tym przy­pad­ku cał­kiem trwa­ły. Świec­ki racjo­na­lizm – przy­naj­mniej na pozór – zdo­łał ustać na nogach, nadal uda­je, że nie jest ani arbi­tral­nym „duchem cza­sów”, ani pew­ną par­ty­ku­lar­ną „reli­gią”, a po pro­stu – obiek­ty­wi­zmem. I Wokul­ski nadal jest smut­ny, wszak świat widzia­ny przez oku­la­ry dzie­więt­na­sto­wiecz­ne­go „dzie­cię­cia wie­ku” to świat, któ­re­go nie moż­na cele­bro­wać, a któ­rym moż­na się jedy­nie chwi­lo­wo odu­rzać.

Coś jed­nak mówi mi, że Wokul­ski, choć nie dawał tego po sobie poznać, wró­cił z Pary­ża trwa­le odmie­nio­ny. Cho­dzą słu­chy, że w koń­cu uwie­rzył praw­dzi­wej Miło­ści i wstą­pił do zako­nu. Zda­je się, że do kar­tu­zów, dobrze pasu­ją­cych do jego zdy­scy­pli­no­wa­nej natu­ry, co wyja­śnia­ło­by rów­nież mgłę tajem­ni­cy osnu­wa­ją­cą jego dal­sze losy.

Do powyższego tekstu odniósł się na swoim blogu Jerzy Sosnowski.