myslimy
| 27 stycznia 2016 ]

Wspomnienia z getta

Od kilku dni wielką trudność sprawia mi chodzenie po moim mieście. Nie jest to spowodowane żadną kontuzją, roztopami, robót drogowych też mniej zimą. To obrazy, które mi towarzyszą, nie dają mi spokoju. Te zatłoczone ulice, brudne, wilgotne podwórka, stragany, na których ludzie posługują się nieznaną mi mową – ta straszna bieda i żebrak wołający o pomoc. Obrazy, które znam i widziałem na zdjęciach, w filmach, w mojej głowie. To obrazy z warszawskiego getta. Przewijają mi się przed oczami na Franciszkańskiej, kiedy idę do sklepu; na Bonifraterskiej, kiedy spieszę się na autobus nr 116; na Nalewkach (dziś: Bohaterów Getta), którymi przechodzę do metra. Moje trudności zbiegają się w czasie z Międzynarodowym Dniem Pamięci o Ofiarach Holokaustu, obchodzonym rokrocznie 27 stycznia.

Mieszkam w naprawdę fatalnym miejscu. Mój dom na Nowym Mieście położony jest dokładnie na granicy getta. Każdy, kto trochę zna Warszawę, wie, że przedwojenna siatka ulic na terenie tzw. dzielnicy północnej (też: żydowskiej) nie pokrywa się z dzisiejszą. Ciasna nie wpadała wtedy w Franciszkańską, wlot ten był wówczas zablokowany dwoma posesjami i oficynami trzeciej. Dzisiejsze adresy: Ciasna 10 i 12 (jeden budynek) stoją dokładnie na granicy getta. Moja wyobraźnia przestrzenna wskazuje wręcz, że nr 12 stał po tej gorszej stronie – nr 10 po tej nieco lepszej. A więc mój dom podzielony na pół: żydowski i aryjski. Mur getta mijam, przechodząc obok kościoła oo. Franciszkanów, gdy skręcam w Freta. Zaraz za rogiem kupuję bułki, warzywa, wędlinę i wodę – po stronie aryjskiej. Wracam znów przez getto. Do autobusu też muszę iść przez getto. Czekając na przystanku, spoglądam w lewo na tereny chińskiej ambasady. To ponoć tam wciąż czeka na odkrycie ostatnia część Archiwum Ringelbluma. Czy kiedykolwiek poznamy pełną zawartość skrzynek przechowujących relacje z tamtych czasów, spisywane przez ofiary? Czy tragiczny los Ringelbluma (uratowanego z getta, później jednak wydanego przez szmalcownika i zamordowanego) ma dla nas dziś jakieś znaczenie? Na metro pędzę Nalewkami – tą główną ulicą przedwojennej żydowskiej Warszawy, bardzo szeroką, jak na tamte czasy – gdzie mieścił się choćby z Pasaż Simonsa, wielkie centrum handlowe ówczesnej Warszawy.

Polen, Ghetto Warschau, Marktszene

O Holokauście mówię niemal codziennie zagranicznym turystom odwiedzającym Warszawę. Muranów mam stosunkowo oswojony, jeśli tak można powiedzieć. Nawet lubię tę część Warszawy za jej skromność i spokój. Od kilku dni jednak mój spokój jest zaburzony. Oto zbliżał się Międzynarodowy Dzień Pamięci o Holokauście, a ja dodatkowo natrafiłem na nieznany mi wcześniej album zdjęć z warszawskiego getta autorstwa niemieckiego żołnierza Willy’ego Georga, wykonanych w 1941 roku. Te zdjęcia jeszcze bardziej wyostrzyły moje zmysły. Fotografie Georga są o tyle wyjątkowe, że nie są pozowane. Widzimy getto jeszcze na początku jego istnienia – wiele zdjęć przedstawia handlujących niemal wszystkim ludzi. Jest uśmiechnięty niemiecki oficer jadący tramwajem, jest dorożka, chłopiec kolportujący gazety oraz mężczyzna ze swoim straganem książkowym. Niektóre obrazy pozwalają niemal usłyszeć gwar żydowskiej ulicy, tłumy na targowisku przy Gęsiej posługujące się zapewne a to jidisz, a to polszczyzną. Niesamowite są zdjęcia modnie ubranych, pięknych, uśmiechniętych kobiet – zupełnie nie obawiają się nieznajomego fotografa. Czy nosił mundur? Pewnie nie, inaczej nie miałyby śmiałości. Mimo że getto istnieje dopiero pół roku, zauważamy również niezwykle drastyczne sceny – żebrzący starcy i wychudzone dzieci z brakiem nadziei spoglądają w obiektyw. Są też zdjęcia ludzi, którzy byli wśród niemal stu tysięcy zabitych przez głód i choroby. Czy raczej: zabitych przez innych ludzi za pomocą głodu i chorób?

Najbardziej porusza mnie obrazek matki niosącej dziecko w prymitywnie skonstruowanym ze szmat nosidełku. Dziś na tych ulicach też mijam wiele takich matek, szczególnie w znajdującym się na granicy getta Parku Krasińskich. To zdjęcie przypomina mi historię, którą usłyszałem podczas jednej z prowadzonych przeze mnie wycieczek. Pod sam jej koniec, na terenie niegdysiejszego Umschlagplatzu turysta z Izraela pyta mnie o budynek szpitala. Wskazałem mu dzisiejszą szkołę medyczną, która w owym czasie była szpitalem. Mężczyzna wpatrywał się intensywnie w budynek przez dłuższą chwilę, aż w końcu powoli, jakby z trudnością przypominając sobie bieg wydarzeń, opowiedział swoją historię. Niemcy rozpoczęli operację Reinhardt (której celem była eksterminacja Żydów) 22 lipca 1942 roku – jego rodzina trafiła do selekcji na Umschlagplatzu w sierpniu tego roku. Wszyscy mieli zostać wysłani do Treblinki i tam zgładzeni, stało się jednak inaczej. Ponieważ proces selekcji trwał wiele godzin (Niemcy wybierali co silniejszych, aby pozostali w getcie jako robotnicy przymusowi w silnie zindustrializowanej okolicy Woli i Muranowa), rodzina czekała na swoją kolej. W międzyczasie młoda dziewczyna z tej rodziny, będąca w zaawansowanej ciąży (takie nie miały szans na pozostanie w getcie), zaczęła rodzić. Trafiła do szpitala, urodziła chłopca – był nim właśnie mój poruszony turysta. Ich wielkie szczęście na tym się jednak nie skończyło – w szpitalu trafili na członka personelu, który okazał się powiązany z ruchem oporu. Wywiózł ich do polskiej rodziny, która przechowała ich do końca wojny, a tuż po jej zakończeniu wyjechali do Izraela. Nikt poza nimi nie ocalał, tego dnia na mojej wycieczce był tutaj po raz pierwszy od 1942 roku.

Nie mam pojęcia, czego o Holokauście chcą się dowiedzieć jego świadkowie od zwykłego przewodnika miejskiego. Faktem jednak jest, że spotkałem już bardzo wielu świadków i w ich oczach zobaczyłem wdzięczność. Pewnie za podtrzymywanie pamięci. Ta pamięć jest jednak trudna i obciążająca, bo wymaga. Widać to choćby w życiorysie Karskiego: człowieka, który aż do śmierci nosił w sobie cierpienia tamtych ludzi, których widział w 1942 roku w warszawskim getcie. Pamiętał, choć go to bolało. Bolało go, choć – wydawałoby się – zrobił wszystko, co w jego mocy, by przerwać ten krąg śmierci. Pamięć ma jednak w sobie też wielki wymiar zbiorowy, to cała kwestia postpamięci, żywej w kolejnych pokoleniach, w nas mieszkających na Nowym Mieście, Muranowie, Woli, w całej Warszawie, Polsce, Europie.

27 stycznia 2016 roku przypominam sobie jeszcze raz słowa Jana Błońskiego ze słynnego eseju „Biedni Polacy patrzą na getto”: „Czesław Miłosz wypowiedział kilkakrotnie osobliwe słowa o obowiązku oczyszczenia, który ciąży na polskiej poezji. Oczyszczenia rodzinnej ziemi, która jest – przytaczam – «obciążona, skrwawiona, zbezczeszczona». Obciążać może tylko krew cudza. (…) Miłosz nie myśli ani o krwi rodzimej, ani o krwi najezdników. Jasne, że myśli o krwi żydowskiej, o ludobójstwie, którego naród polski nie jest winien, ale które dokonało się na naszej ziemi i tę ziemię jakoś na wiek wieków naznaczyło. Poezja, literatura – albo ogólniej, pamięć, zbiorowa świadomość – nie może o tym krwawym i ohydnym znaku zapomnieć (…) kraj ojczysty nie jest hotelem, w którym dość sprzątnąć brudy po przypadkowych gościach. Zbudowany jest przede wszystkim z pamięci, inaczej mówiąc, jesteśmy sobą tylko dzięki pamięci o przeszłości. Tą przeszłością nie możemy dowolnie rozporządzać, chociaż – jako jednostki – nie jesteśmy za tę przeszłość bezpośrednio odpowiedzialni. Musimy nosić ją w sobie, chociaż bywa to przykre czy bolesne”.

Zdjęcia z albumu Willy’ego Georga można znaleźć pod adresem: http://www.vintag.es/2015/03/45-astonishing-photos-of-daily-life-in.html [UWAGA: Zdjęcia są drastyczne]

Zdjęcie w tekście pochodzi z Wikimedia Commons