myslimy
| 24 marca 2014 ]

Wszyscy rozebrani

„Już pół godziny tańczę przed panem obnażony” – mówi Szatow, bohater „Biesów” Dostojewskiego, podczas rozmowy pełnej najwyższej wagi wyznań. Fizycznej nagości w tej scenie nie ma, jest za to coś stokroć ważniejszego – odsłonięcie najtajniejszych części własnej duszy. W podobnej sytuacji obnażenia znajduje się człowiek, który postanowił przystąpić do sakramentu pojednania. Jak wiadomo, w Kościele katolickim wyznanie swoich grzechów przed Bogiem wymaga pośrednictwa drugiego człowieka – księdza.

Z jednej strony mamy Katechizm Kościoła Katolickiego, który stara się objaśniać rolę tego pośrednictwa („Kapłan jest znakiem i narzędziem miłosiernej miłości Boga względem grzesznika. Spowiednik nie jest panem, lecz sługą Bożego przebaczenia”; p. 1465-1466), podkreśla delikatny charakter i wielkość tej posługi, a także zapewnia o szacunku wobec osób oraz o absolutnej tajemnicy, jaką objęte będą wyznane grzechy (p. 1467). Z drugiej strony są ludzie – „penitenci”, a wśród nich nierzadko wyraźny opór wobec takiej formy pojednania z Bogiem. Wiele mówi już sam tak często najeżony i nieufny stosunek do słowa „penitent”. Zajrzyjmy do słownika łaciny: paeniteo – żałować czegoś, czuć skruchę; paenitendus – godzien pogardy. Jak dziś formalnie, bezdusznie brzmi to słowo, lokujące się w jednym rzędzie z klientem i petentem, w tle mając jeszcze zakład penitencjarny, a więc całe pole powiązane z hasłem „więziennictwo”. Człowiek może i żałuje, może czuje skruchę, ale gdy nazywany jest „penitentem”, miłosierdzie jakoś dziwnie się oddala. Zamiast poczucia, że swoje winy przedstawi się kochającemu Ojcu, pozostaje lęk i niechęć przed opowiadaniem o najbardziej osobistych sprawach nieznanemu człowiekowi. Co istotne, sytuacja ta zakłada rażącą asymetrię – wprawdzie mówi się, że wszyscy jesteśmy słabi i grzeszni, ale w konfesjonale zdawać się może, że słaba jest tylko jedna strona – „penitent”. „Czuł nieznośny wstyd: wszyscy ubrani, a on rozebrany – zaczynał już prawie zgadzać się, że jest czymś niższym od nich, że mają prawo nim pogardzać. «Jak wszyscy rozebrani, to nie wstyd, a jak wszyscy ubrani, jeden tylko rozebrany i wszyscy patrzą – hańba!»” – sięgam znów po słowa mistrza opisów ludzkiej słabości, Fiodora Dostojewskiego i jego „Braci Karamazow”.

Tekst Ewy Kiedio "Wszyscy rozebrani" ukazał się w magazynie "Kontakt", zima 2013

Może zatem Kościół powinien pogodzić się z koniecznością zmian? W rozmowie rzece pt. „Nad przepaściami wiary” ks. Wacław Hryniewicz stwierdza: „Nie jestem skłonny do lamentowania nad tym, że konfesjonały pustoszeją. Wiadomo, że praktyka spowiedzi indywidualnej datuje się od V-VIII wieku, że pochodzi od mnichów iroszkockich, którzy byli misjonarzami. […] To się przyjęło i trwało przez wieki. Gdzie jest powiedziane, że pewne praktyki muszą trwać zawsze? […] To sam Bóg odpuszcza nasze winy. Spowiedź to tylko ludzkie pośrednictwo, sakramentalna formuła zaś jest znakiem zewnętrznym, którego potrzebuje człowiek. […] Kościół głosi przecież, że wierni mają swój zmysł wiary. Powtarzam: odejście od praktyki spowiedzi jest jakimś symptomem, znakiem czasu, odpowiedzią na pewnego typu duszpasterstwo. To powinno nas skłonić do zastanowienia, jeśli chce się przygotować przyszłość, uprzedzić pewne procesy, które i u nas w Polsce będą nieuchronne”.

Przed zakrzyknięciem „hurra!” na te słowa coś mnie jednak powstrzymuje. Zbyt świadoma jestem swojej skłonności, by to, co nieprzyjemne na własny temat, bagatelizować i spychać w cień. A rzeczy nienazwane, które na skutek braku werbalnego ujęcia trwają w nas amorficznie, zaganiać w sferę nieistnienia jest wyjątkowo łatwo. Dopiero konieczność ubrania w słowa tych kotłujących się w środku nas spraw, wydobycia ich na zewnątrz i postawienia przed czyimiś oczami nadaje im kształt. Oczywiście, podczas spowiedzi w konfesjonale nazwane one zostają hasłowo, co najczęściej nie oddaje naszych złożoności i komplikacji wewnętrznych, ale po drodze do tego skrótowego nazwania przechodzimy cały istotny proces tzw. stanięcia w prawdzie o samym sobie. „Nazywaj rzeczy po imieniu,
a zmienią się w okamgnieniu” – śpiewał kilka lat temu zespół Raz, Dwa, Trzy. I coś w tym jest, choć brzmi to nieco banalnie, a i „okamgnienie” może niepomiernie rozciągnąć się w czasie. „Łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę” – napisze św. Paweł (Rz 7,18-19), a Dymitr z „Braci Karamazow” przyzna się: „Każdego dnia mego życia, bijąc się w piersi, obiecywałem sam sobie poprawę i każdego dnia robiłem nowe paskudztwa”. Zobaczenie swoich braków wymagających miłosierdzia to chyba jednak niezły początek drogi.

Można by się domyślać, że niechętny stosunek do mówienia o swoich grzechach w konfesjonale to efekt rosnącego przeczulenia na punkcie prywatności. Można by… gdyby nie to, że powszechnie obserwujemy raczej odwrotne zjawisko – wywieszanie swojej duchowej bielizny wszem wobec, zbiorowy facebookowy negliż. Małe fetysze, zjadanie czasu przed monitorem, drobne uszczypliwości i wielkie arogancje oraz wiele innych spraw niepięknych ­– wszystko stoi otworem i stało się w najwyższym stopniu jawne. Na co dzień uczestniczymy więc w spowiedzi powszechnej – na opak jednak, bo chociaż są wyznania, to jakby żadnego grzechu tu nie było. „Nikt z nich nie uważał za grzech tego, co zrobił, ale wszystko mieli wspólne” – można lekko zmodyfikować opis życia pierwszych chrześcijan, by dostosować go do współczesnych realiów (Dz 4,32).

Ojcowie Pustyni mówili, że zbliżanie się do Boga oznacza ciągłe burzenie naszych wyobrażeń o sobie. Obejrzenie chropawości swojego wnętrza i przyznanie się do winy podczas spowiedzi to za każdym razem destrukcja własnego obrązowionego wizerunku. Facebookowa „spowiedź” zakłada coś wręcz odwrotnego – tworzenie na swój temat niezwykłych imaginacji, w których nieraz powodem do chwały jest dokładna odwrotność ośmiu błogosławieństw z Kazania na Górze. „Szczęśliwi łagodni… Szczęśliwi, którzy mają czyste serce… Szczęśliwi, którzy zabiegają o pokój… Jesteście szczęśliwi, gdy was znieważają, prześladują i oczerniają z mojego powodu” (Mt 5,3-12).

Skoro mowa o publicznym wyznawaniu grzechów á rebours, spójrzmy, jak ta kwestia wyglądała w czasach, kiedy owego á rebours była jeszcze pozbawiona, czyli przed wprowadzeniem spowiedzi indywidualnej i prywatnej pokuty. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa toczyła się dyskusja dotycząca tego, czy odpuszczanie grzechów inne niż chrzest jest w ogóle możliwe, skoro po chrzcie człowiek powinien być święty i nie może więcej przez grzech odłączać się od Chrystusa. Takie wątpliwości dotyczyły przede wszystkim zabójstwa, cudzołóstwa i wyparcia się wiary. Jeśli przyjmowano, że grzech może być odpuszczony, wiązało się to z długotrwałą pokutą publiczną, której surowość oddają zagnieżdżone jeszcze w naszym języku „wory pokutne”. Niektórzy pokutnicy nie mieli prawa wejść do kościoła, inni musieli opuścić go po Liturgii Słowa, inni jeszcze, stojąc w widocznym miejscu, mieli opłakiwać swoją winę. Czy wyznawano wtedy na głos wszystkie grzechy przy pozostałych członkach wspólnoty? Nie jest to pewne, ale jak stwierdza bp Grzegorz Ryś, „nie ma wątpliwości, że grzechy, które były publicznie gorszące, wyznawano publicznie” („List”, wydanie specjalne 2004). Poza tym domyślenie się, jakiego rodzaju grzech popełniła dana osoba, było możliwe na skutek tego, że rodzaj pokuty był ściśle uzależniony od rodzaju winy.

W czasach galopującej prywatności odbieramy to jako naruszenie tajemnicy i szacunku do osoby. Można jednak znaleźć w tym rozwiązaniu głęboki sens. Ks. Józef Naumowicz mówi: „Celem tych praktyk było nie tyle upokorzenie winnych, co raczej wspieranie ich przez cały Kościół swoimi modlitwami”. Podobnie rzecz tę tłumaczy bp Ryś: „Wspólnota miała znać ludzi, którzy odbywają pokutę. Tym samym miała znać prawdę o sobie. Wspólnota stawała się wówczas wspólnotą ludzi, którzy nie gorszą się własnymi grzechami i nie pozostawiają samemu sobie grzesznika” (obie wypowiedzi − „List”, wydanie specjalne 2004). Cóż, wątpliwe, na ile realizacja tak pięknych założeń jest możliwa w jakiejkolwiek innej grupie niż zespół świętych, dla których uczucie pogardy jest czymś zupełnie obcym. Pozostali, ci jeszcze-nie-święci, widząc na „ścieżce swego życia” wypadek z udziałem swojego „brata w wierze”, będą szukać ratunku dla własnej świętości w podstawowym repertuarze środków: trąbieniu i zjeżdżaniu do przydrożnego rowu. Może to być na przykład ten rów, w który wpadł na drodze po świętość znany z Ewangelii faryzeusz. Płynąca z takich rowów modlitwa, owszem, obejmuje współbraci, ale w charakterystyczny sposób: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik” (Łk 18,11).

Dostrzega to bp Grzegorz Ryś we wspomnianej już rozmowie: „Dziś grzech stał się dla nas czymś niesłychanie prywatnym. Kiedy staje się jawny, człowiek natychmiast zostaje wytknięty palcami. Być może właśnie dlatego człowiek grzeszny nie zawsze znajduje dziś we wspólnotach kościelnych zrozumienie dla swoich słabości i oparcie. Jesteśmy bardzo daleko od tego pierwotnego myślenia, które było ważną miarą dojrzałości wspólnoty”.

Może warto więc ocalać przynajmniej elementy tych publicznych praktyk pokutnych z pierwotnego Kościoła? Kodeks prawa kanonicznego mówi, że „spowiedzi nie należy przyjmować poza konfesjonałem, z wyjątkiem uzasadnionej przyczyny” (kan. 964, § 3), podkreśla się też, że konfesjonał powinien być ustawiony w widocznym miejscu (§ 2). „To jest ten publiczny wymiar pokuty, że nie idzie się do sakramentu gdzieś chyłkiem” – mówi o. Piotr Jordan Śliwiński w książce „Grzechy w kratkę”.

Ta widoczność konfesjonału to zaskakujący znak – można to zobaczyć, jeśli uda nam się wyskoczyć na chwilę poza pozorną oczywistość, wynikającą z przyzwyczajenia. Utknęliśmy w punkcie, w którym taki akt mowy jak przepraszanie znalazł się w zaniku – i nie chodzi już nawet o wymiar sakramentalny, ale o ten codzienny, międzyludzki. Przyznanie się do swojego błędu, niewystarczalności, słabości ani nie ma dobrej prasy, ani dobrej reklamy, ani zbyt wielu praktyków. Jawność tego zadziwiającego zjawiska, że człowiek przyznaje się do winy, własnej niedoskonałości, ułomności, a może wprost – marności, czyni z Kościoła enklawę, znak innej rzeczywistości. Przypomina nieustannie, że Kościół nie jest klubem dżentelmenów, na których czasami jedynie przysiądzie pyłek rozproszenia w modlitwie, ale wspólnotą łączącą w sobie ludzi „popełniających coraz to nowe paskudztwa” – monstra zbawione jedynie Bożą łaską.

Tę zaskakującą sytuację deklarowania własnej małości, zwykle przyziemnej i banalnej, za którą zawsze jednak kryje się coś więcej, chwyta w swoich książkach Bruce Marshall. W Cudzie ojca Malachiasza” jest to opis pełen subtelnych nut: „Schodzili się, aby otrzymać przebaczenie, aby podnieść się z upadku i wieść życie bardziej godne tego, który umarł za nich na Kalwarii: młode kobiety, które zbyt długo przeglądały się w lustrze, stare niewiasty w szalach, które rozbijały talerze na głowach swoich mężów, młodzi mężczyźni w tajemnicy serca pożądający kobiet, starcy, którzy z takim trudem zdobywali się na miłosierdzie; jutrzejsi święci, dzisiejsi grzesznicy”. Mocniejszy w wymowie będzie fragment Czerwonego kapelusza: „Spowiadając siedemnastego penitenta ksiądz Campbell zaczął orientować się, że jego owieczki kłamią, oszukują, oddają się rozpuście i ciskają dorszem w pijanego małżonka od bardzo już dawna. Usiłował wzbudzić w swoim sercu miłość bliźniego, mówiąc sobie, że wytrwałość, z jaką spowiadają się co tydzień z tych samych wciąż grzechów, świadczy bądź co bądź o woli przebywania z Bogiem w wieczności; dlaczego jednak Bóg miałby pragnąć ich towarzystwa na wieki – to już inna sprawa”.

Rzadko myśli się chyba o tym, w jakiej sytuacji znajduje się ksiądz wysłuchujący godzinami wyznań dotyczących rzeczy w istocie strasznych – ludzkich dramatów w najróżniejszych tego słowa wymiarach, choćby opakowanych w folię banalności. Powracając na chwilę do porównania ze świata mediów społecznościowych – jest to jakiś niewyobrażalny strumień wyznań, gorszy od facebookowych opowieści znajomych o pociągu, który się spóźnił, i o przypalonych pierożkach. Sytuacja bez opcji „Ukryj wszystkie wiadomości od…”. Rzecz do zniesienia, jak się zdaje, wyłącznie dzięki Bożemu wsparciu, które da poczucie, że miłosierdzie jest większe od grzechu.

Obraz konfesjonału, spowiadającego się oraz księdza przypomina jednak o pewnym problemie, sygnalizowanym już przeze mnie na początku – ta sytuacja zakłada asymetrię. Mówiąc słowami Dymitra Karamazowa: tylko jedna osoba jest naga. Żądanie, by księża spowiadali się przed świeckimi byłoby postulatem wybiegającym w przód o lata świetlne albo wręcz wbiegającym już do wieczności. Są jednak proste znaki, które tę asymetrię wzmagają lub ją niwelują. Konfesjonał, owszem, pięknie przypomina o słabości członków Kościoła, ale… jako grzesznicy wchodzą do niego publicznie w zasadzie tylko świeccy. Aby nie doszło do potwornego w skutkach poczucia, że księża funkcjonują jako jednostki nieskalane, a raczej chcące za takie uchodzić, potrzebne są wyraźne kroki – słowa, gesty, zachowania. Dlatego tak ważne jest wyznanie papieża Franciszka: „Także papież spowiada się co 15 dni, ponieważ jest grzesznikiem. Spowiednik słucha tego, co mu mówię, doradza mi i udziela przebaczenia. Jest mi ono potrzebne” (zastrzegam: to nie znaczy, że żaden inny papież wcześniej o tym nie mówił). Dlatego też tak ważne jest, żeby kardynałowie, biskupi i księża także otwarcie mówili o swoim grzechu i słabości (zastrzegam: to nie znaczy, że żaden z nich nigdy o tym nie mówił).

W czasie jednej z audiencji papież Franciszek powiedział, że spowiednik nie może maltretować wiernych, lecz ma być wiernym i miłosiernym przyjacielem”. Wydaje się, że im głębsze przeżycie własnej grzeszności i świadomość bycia mimo to kochanym przez Boga, tym mniejsza skłonność do miażdżenia słowem innych grzeszących. Własne doświadczenie podpowiada mi, że z żadnym tego rodzaju maltretowaniem podczas spowiedzi można się nie spotkać przez całe życie. Niemniej jeśli ma miejsce, musi być rzeczą tak przerażającą jak w okrzyku Dymitra Karamazowa: „Duszę moją rozwarłem przed wami, a wyście to wykorzystali i teraz obmacujecie ją po obu stronach rozerwanego miejsca!… O, Boże!”. Wyznanie grzechów rysuje się wówczas jako czas kaźni. Tymczasem papież Franciszek w rozmowie rzece wydanej w Polsce pt. „Jezuita” stwierdza: „Postrzeganie siebie jako grzesznika to moim zdaniem jedna z najwspanialszych rzeczy, jakich człowiek może doświadczyć, jeśli doprowadzi taką refleksję do końca. Św. Augustyn, mówiąc o odkupieniu, patrząc na grzech Adama i Ewy oraz na mękę i zmartwychwstanie Jezusa, komentuje: «Szczęśliwy grzech, który sprowadził takie odkupienie». Śpiewamy o tym w Wigilię Paschalną: «Szczęśliwa wina, skoro ją zgładził tak wielki Odkupiciel». Kiedy człowiek uświadamia sobie, że jest grzesznikiem i że został zbawiony przez Jezusa […], odkrywa to, co w życiu naprawdę wielkie: że jest ktoś, kto kocha go głęboko i kto oddał za niego życie. […] Właściwie potraktowany grzech staje się uprzywilejowanym miejscem osobistego spotkania z Jezusem Zbawicielem. Staje się więc możliwością przeżycia oszołomienia faktem, że zostałem ocalony”.

Tekst Ewy Kiedio „Wszyscy rozebrani” ukazał się w magazynie „Kontakt”, zima 2013