myslimy
| 24 marca 2014 ]

Wszyscy rozebrani

„Już pół godzi­ny tań­czę przed panem obna­żo­ny” – mówi Sza­tow, boha­ter „Bie­sów” Dosto­jew­skie­go, pod­czas roz­mo­wy peł­nej naj­wyż­szej wagi wyznań. Fizycz­nej nago­ści w tej sce­nie nie ma, jest za to coś sto­kroć waż­niej­sze­go – odsło­nię­cie naj­taj­niej­szych czę­ści wła­snej duszy. W podob­nej sytu­acji obna­że­nia znaj­du­je się czło­wiek, któ­ry posta­no­wił przy­stą­pić do sakra­men­tu pojed­na­nia. Jak wia­do­mo, w Koście­le kato­lic­kim wyzna­nie swo­ich grze­chów przed Bogiem wyma­ga pośred­nic­twa dru­gie­go czło­wie­ka – księ­dza.

Z jed­nej stro­ny mamy Kate­chizm Kościo­ła Kato­lic­kie­go, któ­ry sta­ra się obja­śniać rolę tego pośred­nic­twa („Kapłan jest zna­kiem i narzę­dziem miło­sier­nej miło­ści Boga wzglę­dem grzesz­ni­ka. Spo­wied­nik nie jest panem, lecz słu­gą Boże­go prze­ba­cze­nia”; p. 1465-1466), pod­kre­śla deli­kat­ny cha­rak­ter i wiel­kość tej posłu­gi, a tak­że zapew­nia o sza­cun­ku wobec osób oraz o abso­lut­nej tajem­ni­cy, jaką obję­te będą wyzna­ne grze­chy (p. 1467). Z dru­giej stro­ny są ludzie – „peni­ten­ci”, a wśród nich nie­rzad­ko wyraź­ny opór wobec takiej for­my pojed­na­nia z Bogiem. Wie­le mówi już sam tak czę­sto naje­żo­ny i nie­uf­ny sto­su­nek do sło­wa „peni­tent”. Zaj­rzyj­my do słow­ni­ka łaci­ny: paeni­teo – żało­wać cze­goś, czuć skru­chę; paeni­ten­dus – godzien pogar­dy. Jak dziś for­mal­nie, bez­dusz­nie brzmi to sło­wo, loku­ją­ce się w jed­nym rzę­dzie z klien­tem i peten­tem, w tle mając jesz­cze zakład peni­ten­cjar­ny, a więc całe pole powią­za­ne z hasłem „wię­zien­nic­two”. Czło­wiek może i żału­je, może czu­je skru­chę, ale gdy nazy­wa­ny jest „peni­ten­tem”, miło­sier­dzie jakoś dziw­nie się odda­la. Zamiast poczu­cia, że swo­je winy przed­sta­wi się kocha­ją­ce­mu Ojcu, pozo­sta­je lęk i nie­chęć przed opo­wia­da­niem o naj­bar­dziej oso­bi­stych spra­wach nie­zna­ne­mu czło­wie­ko­wi. Co istot­ne, sytu­acja ta zakła­da rażą­cą asy­me­trię – wpraw­dzie mówi się, że wszy­scy jeste­śmy sła­bi i grzesz­ni, ale w kon­fe­sjo­na­le zda­wać się może, że sła­ba jest tyl­ko jed­na stro­na – „peni­tent”. „Czuł nie­zno­śny wstyd: wszy­scy ubra­ni, a on roze­bra­ny – zaczy­nał już pra­wie zga­dzać się, że jest czymś niż­szym od nich, że mają pra­wo nim pogar­dzać. «Jak wszy­scy roze­bra­ni, to nie wstyd, a jak wszy­scy ubra­ni, jeden tyl­ko roze­bra­ny i wszy­scy patrzą – hań­ba!»” – się­gam znów po sło­wa mistrza opi­sów ludz­kiej sła­bo­ści, Fio­do­ra Dosto­jew­skie­go i jego „Bra­ci Kara­ma­zow”.

Tekst Ewy Kie­dio „Wszy­scy roze­bra­ni” uka­zał się w maga­zy­nie „Kon­takt”, zima 2013

Może zatem Kościół powi­nien pogo­dzić się z koniecz­no­ścią zmian? W roz­mo­wie rze­ce pt. „Nad prze­pa­ścia­mi wia­ry” ks. Wacław Hry­nie­wicz stwier­dza: „Nie jestem skłon­ny do lamen­to­wa­nia nad tym, że kon­fe­sjo­na­ły pusto­sze­ją. Wia­do­mo, że prak­ty­ka spo­wie­dzi indy­wi­du­al­nej datu­je się od V-VIII wie­ku, że pocho­dzi od mni­chów irosz­koc­kich, któ­rzy byli misjo­na­rza­mi. […] To się przy­ję­ło i trwa­ło przez wie­ki. Gdzie jest powie­dzia­ne, że pew­ne prak­ty­ki muszą trwać zawsze? […] To sam Bóg odpusz­cza nasze winy. Spo­wiedź to tyl­ko ludz­kie pośred­nic­two, sakra­men­tal­na for­mu­ła zaś jest zna­kiem zewnętrz­nym, któ­re­go potrze­bu­je czło­wiek. […] Kościół gło­si prze­cież, że wier­ni mają swój zmysł wia­ry. Powta­rzam: odej­ście od prak­ty­ki spo­wie­dzi jest jakimś symp­to­mem, zna­kiem cza­su, odpo­wie­dzią na pew­ne­go typu dusz­pa­ster­stwo. To powin­no nas skło­nić do zasta­no­wie­nia, jeśli chce się przy­go­to­wać przy­szłość, uprze­dzić pew­ne pro­ce­sy, któ­re i u nas w Pol­sce będą nie­uchron­ne”.

Przed zakrzyk­nię­ciem „hur­ra!” na te sło­wa coś mnie jed­nak powstrzy­mu­je. Zbyt świa­do­ma jestem swo­jej skłon­no­ści, by to, co nie­przy­jem­ne na wła­sny temat, baga­te­li­zo­wać i spy­chać w cień. A rze­czy nie­na­zwa­ne, któ­re na sku­tek bra­ku wer­bal­ne­go uję­cia trwa­ją w nas amor­ficz­nie, zaga­niać w sfe­rę nie­ist­nie­nia jest wyjąt­ko­wo łatwo. Dopie­ro koniecz­ność ubra­nia w sło­wa tych kotłu­ją­cych się w środ­ku nas spraw, wydo­by­cia ich na zewnątrz i posta­wie­nia przed czy­imiś ocza­mi nada­je im kształt. Oczy­wi­ście, pod­czas spo­wie­dzi w kon­fe­sjo­na­le nazwa­ne one zosta­ją hasło­wo, co naj­czę­ściej nie odda­je naszych zło­żo­no­ści i kom­pli­ka­cji wewnętrz­nych, ale po dro­dze do tego skró­to­we­go nazwa­nia prze­cho­dzi­my cały istot­ny pro­ces tzw. sta­nię­cia w praw­dzie o samym sobie. „Nazy­waj rze­czy po imie­niu,
a zmie­nią się w oka­mgnie­niu” – śpie­wał kil­ka lat temu zespół Raz, Dwa, Trzy. I coś w tym jest, choć brzmi to nie­co banal­nie, a i „oka­mgnie­nie” może nie­po­mier­nie roz­cią­gnąć się w cza­sie. „Łatwo przy­cho­dzi mi chcieć tego, co dobre, ale wyko­nać – nie. Nie czy­nię bowiem dobra, któ­re­go chcę, ale czy­nię to zło, któ­re­go nie chcę” – napi­sze św. Paweł (Rz 7,18-19), a Dymitr z „Bra­ci Kara­ma­zow” przy­zna się: „Każ­de­go dnia mego życia, bijąc się w pier­si, obie­cy­wa­łem sam sobie popra­wę i każ­de­go dnia robi­łem nowe paskudz­twa”. Zoba­cze­nie swo­ich bra­ków wyma­ga­ją­cych miło­sier­dzia to chy­ba jed­nak nie­zły począ­tek dro­gi.

Moż­na by się domy­ślać, że nie­chęt­ny sto­su­nek do mówie­nia o swo­ich grze­chach w kon­fe­sjo­na­le to efekt rosną­ce­go prze­czu­le­nia na punk­cie pry­wat­no­ści. Moż­na by… gdy­by nie to, że powszech­nie obser­wu­je­my raczej odwrot­ne zja­wi­sko – wywie­sza­nie swo­jej ducho­wej bie­li­zny wszem wobec, zbio­ro­wy face­bo­oko­wy negliż. Małe fety­sze, zja­da­nie cza­su przed moni­to­rem, drob­ne uszczy­pli­wo­ści i wiel­kie aro­gan­cje oraz wie­le innych spraw nie­pięk­nych ­– wszyst­ko stoi otwo­rem i sta­ło się w naj­wyż­szym stop­niu jaw­ne. Na co dzień uczest­ni­czy­my więc w spo­wie­dzi powszech­nej – na opak jed­nak, bo cho­ciaż są wyzna­nia, to jak­by żad­ne­go grze­chu tu nie było. „Nikt z nich nie uwa­żał za grzech tego, co zro­bił, ale wszyst­ko mie­li wspól­ne” – moż­na lek­ko zmo­dy­fi­ko­wać opis życia pierw­szych chrze­ści­jan, by dosto­so­wać go do współ­cze­snych realiów (Dz 4,32).

Ojco­wie Pusty­ni mówi­li, że zbli­ża­nie się do Boga ozna­cza cią­głe burze­nie naszych wyobra­żeń o sobie. Obej­rze­nie chro­pa­wo­ści swo­je­go wnę­trza i przy­zna­nie się do winy pod­czas spo­wie­dzi to za każ­dym razem destruk­cja wła­sne­go obrą­zo­wio­ne­go wize­run­ku. Face­bo­oko­wa „spo­wiedź” zakła­da coś wręcz odwrot­ne­go – two­rze­nie na swój temat nie­zwy­kłych ima­gi­na­cji, w któ­rych nie­raz powo­dem do chwa­ły jest dokład­na odwrot­ność ośmiu bło­go­sła­wieństw z Kaza­nia na Górze. „Szczę­śli­wi łagod­ni… Szczę­śli­wi, któ­rzy mają czy­ste ser­ce… Szczę­śli­wi, któ­rzy zabie­ga­ją o pokój… Jeste­ście szczę­śli­wi, gdy was znie­wa­ża­ją, prze­śla­du­ją i oczer­nia­ją z moje­go powo­du” (Mt 5,3-12).

Sko­ro mowa o publicz­nym wyzna­wa­niu grze­chów á rebo­urs, spójrz­my, jak ta kwe­stia wyglą­da­ła w cza­sach, kie­dy owe­go á rebo­urs była jesz­cze pozba­wio­na, czy­li przed wpro­wa­dze­niem spo­wie­dzi indy­wi­du­al­nej i pry­wat­nej poku­ty. W pierw­szych wie­kach chrze­ści­jań­stwa toczy­ła się dys­ku­sja doty­czą­ca tego, czy odpusz­cza­nie grze­chów inne niż chrzest jest w ogó­le moż­li­we, sko­ro po chrzcie czło­wiek powi­nien być świę­ty i nie może wię­cej przez grzech odłą­czać się od Chry­stu­sa. Takie wąt­pli­wo­ści doty­czy­ły przede wszyst­kim zabój­stwa, cudzo­łó­stwa i wypar­cia się wia­ry. Jeśli przyj­mo­wa­no, że grzech może być odpusz­czo­ny, wią­za­ło się to z dłu­go­trwa­łą poku­tą publicz­ną, któ­rej suro­wość odda­ją zagnież­dżo­ne jesz­cze w naszym języ­ku „wory pokut­ne”. Nie­któ­rzy pokut­ni­cy nie mie­li pra­wa wejść do kościo­ła, inni musie­li opu­ścić go po Litur­gii Sło­wa, inni jesz­cze, sto­jąc w widocz­nym miej­scu, mie­li opła­ki­wać swo­ją winę. Czy wyzna­wa­no wte­dy na głos wszyst­kie grze­chy przy pozo­sta­łych człon­kach wspól­no­ty? Nie jest to pew­ne, ale jak stwier­dza bp Grze­gorz Ryś, „nie ma wąt­pli­wo­ści, że grze­chy, któ­re były publicz­nie gor­szą­ce, wyzna­wa­no publicz­nie” („List”, wyda­nie spe­cjal­ne 2004). Poza tym domy­śle­nie się, jakie­go rodza­ju grzech popeł­ni­ła dana oso­ba, było moż­li­we na sku­tek tego, że rodzaj poku­ty był ści­śle uza­leż­nio­ny od rodza­ju winy.

W cza­sach galo­pu­ją­cej pry­wat­no­ści odbie­ra­my to jako naru­sze­nie tajem­ni­cy i sza­cun­ku do oso­by. Moż­na jed­nak zna­leźć w tym roz­wią­za­niu głę­bo­ki sens. Ks. Józef Naumo­wicz mówi: „Celem tych prak­tyk było nie tyle upo­ko­rze­nie win­nych, co raczej wspie­ra­nie ich przez cały Kościół swo­imi modli­twa­mi”. Podob­nie rzecz tę tłu­ma­czy bp Ryś: „Wspól­no­ta mia­ła znać ludzi, któ­rzy odby­wa­ją poku­tę. Tym samym mia­ła znać praw­dę o sobie. Wspól­no­ta sta­wa­ła się wów­czas wspól­no­tą ludzi, któ­rzy nie gor­szą się wła­sny­mi grze­cha­mi i nie pozo­sta­wia­ją same­mu sobie grzesz­ni­ka” (obie wypo­wie­dzi − „List”, wyda­nie spe­cjal­ne 2004). Cóż, wąt­pli­we, na ile reali­za­cja tak pięk­nych zało­żeń jest moż­li­wa w jakiej­kol­wiek innej gru­pie niż zespół świę­tych, dla któ­rych uczu­cie pogar­dy jest czymś zupeł­nie obcym. Pozo­sta­li, ci jesz­cze-nie-świę­ci, widząc na „ścież­ce swe­go życia” wypa­dek z udzia­łem swo­je­go „bra­ta w wie­rze”, będą szu­kać ratun­ku dla wła­snej świę­to­ści w pod­sta­wo­wym reper­tu­arze środ­ków: trą­bie­niu i zjeż­dża­niu do przy­droż­ne­go rowu. Może to być na przy­kład ten rów, w któ­ry wpadł na dro­dze po świę­tość zna­ny z Ewan­ge­lii fary­ze­usz. Pły­ną­ca z takich rowów modli­twa, owszem, obej­mu­je współ­bra­ci, ale w cha­rak­te­ry­stycz­ny spo­sób: „Boże, dzię­ku­ję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdzier­cy, oszu­ści, cudzo­łoż­ni­cy, albo jak i ten cel­nik” (Łk 18,11).

Dostrze­ga to bp Grze­gorz Ryś we wspo­mnia­nej już roz­mo­wie: „Dziś grzech stał się dla nas czymś nie­sły­cha­nie pry­wat­nym. Kie­dy sta­je się jaw­ny, czło­wiek natych­miast zosta­je wytknię­ty pal­ca­mi. Być może wła­śnie dla­te­go czło­wiek grzesz­ny nie zawsze znaj­du­je dziś we wspól­no­tach kościel­nych zro­zu­mie­nie dla swo­ich sła­bo­ści i opar­cie. Jeste­śmy bar­dzo dale­ko od tego pier­wot­ne­go myśle­nia, któ­re było waż­ną mia­rą doj­rza­ło­ści wspól­no­ty”.

Może war­to więc oca­lać przy­naj­mniej ele­men­ty tych publicz­nych prak­tyk pokut­nych z pier­wot­ne­go Kościo­ła? Kodeks pra­wa kano­nicz­ne­go mówi, że „spo­wie­dzi nie nale­ży przyj­mo­wać poza kon­fe­sjo­na­łem, z wyjąt­kiem uza­sad­nio­nej przy­czy­ny” (kan. 964, § 3), pod­kre­śla się też, że kon­fe­sjo­nał powi­nien być usta­wio­ny w widocz­nym miej­scu (§ 2). „To jest ten publicz­ny wymiar poku­ty, że nie idzie się do sakra­men­tu gdzieś chył­kiem” – mówi o. Piotr Jor­dan Śli­wiń­ski w książ­ce „Grze­chy w krat­kę”.

Ta widocz­ność kon­fe­sjo­na­łu to zaska­ku­ją­cy znak – moż­na to zoba­czyć, jeśli uda nam się wysko­czyć na chwi­lę poza pozor­ną oczy­wi­stość, wyni­ka­ją­cą z przy­zwy­cza­je­nia. Utknę­li­śmy w punk­cie, w któ­rym taki akt mowy jak prze­pra­sza­nie zna­lazł się w zani­ku – i nie cho­dzi już nawet o wymiar sakra­men­tal­ny, ale o ten codzien­ny, mię­dzy­ludz­ki. Przy­zna­nie się do swo­je­go błę­du, nie­wy­star­czal­no­ści, sła­bo­ści ani nie ma dobrej pra­sy, ani dobrej rekla­my, ani zbyt wie­lu prak­ty­ków. Jaw­ność tego zadzi­wia­ją­ce­go zja­wi­ska, że czło­wiek przy­zna­je się do winy, wła­snej nie­do­sko­na­ło­ści, ułom­no­ści, a może wprost – mar­no­ści, czy­ni z Kościo­ła enkla­wę, znak innej rze­czy­wi­sto­ści. Przy­po­mi­na nie­ustan­nie, że Kościół nie jest klu­bem dżen­tel­me­nów, na któ­rych cza­sa­mi jedy­nie przy­sią­dzie pyłek roz­pro­sze­nia w modli­twie, ale wspól­no­tą łączą­cą w sobie ludzi „popeł­nia­ją­cych coraz to nowe paskudz­twa” – mon­stra zba­wio­ne jedy­nie Bożą łaską.

Tę zaska­ku­ją­cą sytu­ację dekla­ro­wa­nia wła­snej mało­ści, zwy­kle przy­ziem­nej i banal­nej, za któ­rą zawsze jed­nak kry­je się coś wię­cej, chwy­ta w swo­ich książ­kach Bru­ce Mar­shall. W Cudzie ojca Mala­chia­sza” jest to opis pełen sub­tel­nych nut: „Scho­dzi­li się, aby otrzy­mać prze­ba­cze­nie, aby pod­nieść się z upad­ku i wieść życie bar­dziej god­ne tego, któ­ry umarł za nich na Kal­wa­rii: mło­de kobie­ty, któ­re zbyt dłu­go prze­glą­da­ły się w lustrze, sta­re nie­wia­sty w sza­lach, któ­re roz­bi­ja­ły tale­rze na gło­wach swo­ich mężów, mło­dzi męż­czyź­ni w tajem­ni­cy ser­ca pożą­da­ją­cy kobiet, star­cy, któ­rzy z takim tru­dem zdo­by­wa­li się na miło­sier­dzie; jutrzej­si świę­ci, dzi­siej­si grzesz­ni­cy”. Moc­niej­szy w wymo­wie będzie frag­ment Czer­wo­ne­go kape­lu­sza: „Spo­wia­da­jąc sie­dem­na­ste­go peni­ten­ta ksiądz Camp­bell zaczął orien­to­wać się, że jego owiecz­ki kła­mią, oszu­ku­ją, odda­ją się roz­pu­ście i ciska­ją dor­szem w pija­ne­go mał­żon­ka od bar­dzo już daw­na. Usi­ło­wał wzbu­dzić w swo­im ser­cu miłość bliź­nie­go, mówiąc sobie, że wytrwa­łość, z jaką spo­wia­da­ją się co tydzień z tych samych wciąż grze­chów, świad­czy bądź co bądź o woli prze­by­wa­nia z Bogiem w wiecz­no­ści; dla­cze­go jed­nak Bóg miał­by pra­gnąć ich towa­rzy­stwa na wie­ki – to już inna spra­wa”.

Rzad­ko myśli się chy­ba o tym, w jakiej sytu­acji znaj­du­je się ksiądz wysłu­chu­ją­cy godzi­na­mi wyznań doty­czą­cych rze­czy w isto­cie strasz­nych – ludz­kich dra­ma­tów w naj­róż­niej­szych tego sło­wa wymia­rach, choć­by opa­ko­wa­nych w folię banal­no­ści. Powra­ca­jąc na chwi­lę do porów­na­nia ze świa­ta mediów spo­łecz­no­ścio­wych – jest to jakiś nie­wy­obra­żal­ny stru­mień wyznań, gor­szy od face­bo­oko­wych opo­wie­ści zna­jo­mych o pocią­gu, któ­ry się spóź­nił, i o przy­pa­lo­nych pie­roż­kach. Sytu­acja bez opcji „Ukryj wszyst­kie wia­do­mo­ści od…”. Rzecz do znie­sie­nia, jak się zda­je, wyłącz­nie dzię­ki Boże­mu wspar­ciu, któ­re da poczu­cie, że miło­sier­dzie jest więk­sze od grze­chu.

Obraz kon­fe­sjo­na­łu, spo­wia­da­ją­ce­go się oraz księ­dza przy­po­mi­na jed­nak o pew­nym pro­ble­mie, sygna­li­zo­wa­nym już prze­ze mnie na począt­ku – ta sytu­acja zakła­da asy­me­trię. Mówiąc sło­wa­mi Dymi­tra Kara­ma­zo­wa: tyl­ko jed­na oso­ba jest naga. Żąda­nie, by księ­ża spo­wia­da­li się przed świec­ki­mi było­by postu­la­tem wybie­ga­ją­cym w przód o lata świetl­ne albo wręcz wbie­ga­ją­cym już do wiecz­no­ści. Są jed­nak pro­ste zna­ki, któ­re tę asy­me­trię wzma­ga­ją lub ją niwe­lu­ją. Kon­fe­sjo­nał, owszem, pięk­nie przy­po­mi­na o sła­bo­ści człon­ków Kościo­ła, ale… jako grzesz­ni­cy wcho­dzą do nie­go publicz­nie w zasa­dzie tyl­ko świec­cy. Aby nie doszło do potwor­ne­go w skut­kach poczu­cia, że księ­ża funk­cjo­nu­ją jako jed­nost­ki nie­ska­la­ne, a raczej chcą­ce za takie ucho­dzić, potrzeb­ne są wyraź­ne kro­ki – sło­wa, gesty, zacho­wa­nia. Dla­te­go tak waż­ne jest wyzna­nie papie­ża Fran­cisz­ka: „Tak­że papież spo­wia­da się co 15 dni, ponie­waż jest grzesz­ni­kiem. Spo­wied­nik słu­cha tego, co mu mówię, dora­dza mi i udzie­la prze­ba­cze­nia. Jest mi ono potrzeb­ne” (zastrze­gam: to nie zna­czy, że żaden inny papież wcze­śniej o tym nie mówił). Dla­te­go też tak waż­ne jest, żeby kar­dy­na­ło­wie, bisku­pi i księ­ża tak­że otwar­cie mówi­li o swo­im grze­chu i sła­bo­ści (zastrze­gam: to nie zna­czy, że żaden z nich nigdy o tym nie mówił).

W cza­sie jed­nej z audien­cji papież Fran­ci­szek powie­dział, że spo­wied­nik nie może mal­tre­to­wać wier­nych, lecz ma być wier­nym i miło­sier­nym przy­ja­cie­lem”. Wyda­je się, że im głęb­sze prze­ży­cie wła­snej grzesz­no­ści i świa­do­mość bycia mimo to kocha­nym przez Boga, tym mniej­sza skłon­ność do miaż­dże­nia sło­wem innych grze­szą­cych. Wła­sne doświad­cze­nie pod­po­wia­da mi, że z żad­nym tego rodza­ju mal­tre­to­wa­niem pod­czas spo­wie­dzi moż­na się nie spo­tkać przez całe życie. Nie­mniej jeśli ma miej­sce, musi być rze­czą tak prze­ra­ża­ją­cą jak w okrzy­ku Dymi­tra Kara­ma­zo­wa: „Duszę moją roz­war­łem przed wami, a wyście to wyko­rzy­sta­li i teraz obma­cu­je­cie ją po obu stro­nach roze­rwa­ne­go miej­sca!… O, Boże!”. Wyzna­nie grze­chów rysu­je się wów­czas jako czas kaź­ni. Tym­cza­sem papież Fran­ci­szek w roz­mo­wie rze­ce wyda­nej w Pol­sce pt. „Jezu­ita” stwier­dza: „Postrze­ga­nie sie­bie jako grzesz­ni­ka to moim zda­niem jed­na z naj­wspa­nial­szych rze­czy, jakich czło­wiek może doświad­czyć, jeśli dopro­wa­dzi taką reflek­sję do koń­ca. Św. Augu­styn, mówiąc o odku­pie­niu, patrząc na grzech Ada­ma i Ewy oraz na mękę i zmar­twych­wsta­nie Jezu­sa, komen­tu­je: «Szczę­śli­wy grzech, któ­ry spro­wa­dził takie odku­pie­nie». Śpie­wa­my o tym w Wigi­lię Pas­chal­ną: «Szczę­śli­wa wina, sko­ro ją zgła­dził tak wiel­ki Odku­pi­ciel». Kie­dy czło­wiek uświa­da­mia sobie, że jest grzesz­ni­kiem i że został zba­wio­ny przez Jezu­sa […], odkry­wa to, co w życiu napraw­dę wiel­kie: że jest ktoś, kto kocha go głę­bo­ko i kto oddał za nie­go życie. […] Wła­ści­wie potrak­to­wa­ny grzech sta­je się uprzy­wi­le­jo­wa­nym miej­scem oso­bi­ste­go spo­tka­nia z Jezu­sem Zba­wi­cie­lem. Sta­je się więc moż­li­wo­ścią prze­ży­cia oszo­ło­mie­nia fak­tem, że zosta­łem oca­lo­ny”.

Tekst Ewy Kiedio „Wszyscy rozebrani” ukazał się w magazynie „Kontakt”, zima 2013