myslimy
| 9 stycznia 2014 ]

Wyzywająca miłość

Kata­rzy­na Jabłoń­ska i Ceza­ry Gaw­ryś w książ­ce „Wyzy­wa­ją­ca miłość” poru­sza­ją temat miło­ści i wia­ry osób homo­sek­su­al­nych oraz ich rela­cji z rodzi­na­mi i Kościo­łem. To dru­gie podej­ście duetu z „Wię­zi” do trud­ne­go dla kato­li­ków tema­tu. Podej­ście kry­tycz­ne – rów­nież wobec samych sie­bie.

Pierw­szą ich książ­ką była przed deka­dą „Męska roz­mo­wa”. Od tam­te­go cza­su per­spek­ty­wa redak­to­rów ule­gła zmia­nie. Dla­te­go „Wyzy­wa­ją­ca miłość” tym bar­dziej daje do myśle­nia. Jest nie tyl­ko zapi­sem wni­kli­we­go stu­dium poło­że­nia w Koście­le kato­li­ków o skłon­no­ściach homo­sek­su­al­nych, ale swój wła­ści­wy cię­żar zawdzię­cza temu wła­śnie, że sta­no­wi świa­dec­two oso­bi­ste­go towa­rzy­sze­nia w dro­dze życia i wia­ry boha­te­rom pozna­nym już przed laty.

To książ­ka bar­dzo waż­na. A jed­no­cze­śnie – i para­dok­sal­nie – by ją opi­sać, moż­na mno­żyć uwa­gi: że brak w niej odpo­wie­dzi na spo­łecz­nie draż­li­wą kwe­stię lega­li­za­cji związ­ków part­ner­skich osób tej samej płci; brak postu­la­tów doty­czą­cych zmia­ny naucza­nia Kościo­ła w tej kwe­stii; brak pro­po­zy­cji trze­ciej dro­gi, jak i brak potę­pia­nia kogo­kol­wiek w czam­buł. Auto­rzy zresz­tą uczci­wie o tym infor­mu­ją. A pomi­mo to książ­ka – nie idąc w niczym na skró­ty – dosko­na­le wpro­wa­dza w swo­ją pro­ble­ma­ty­kę. Zde­cy­do­wa­nie kom­pli­ku­je obraz, lecz go nie rela­ty­wi­zu­je. Poru­sza emo­cjo­nal­nie, ale nie ma w niej za grosz sen­ty­men­ta­li­zmu. Pobu­dza inte­lek­tu­al­nie, choć nie odry­wa się od same­go sed­na codzien­ne­go życia.

Poja­wi­ło się już kil­ka komen­ta­rzy do „Wyzy­wa­ją­cej miło­ści” (m.in. Dawi­da Gospo­dar­ka, Mag­da­le­ny Bajer, Jana Tur­naua). Uwa­gę przy­ku­wa przede wszyst­kim kwe­stia naucza­nia Kościo­ła na temat homo­sek­su­ali­zmu. Chciał­bym tu jed­nak zazna­czyć tyl­ko trzy punk­ty doty­czą­ce nar­ra­cji, spra­wy grze­chu oraz miło­ści rodzi­ciel­skiej.

Na począt­ku jest doświad­cze­nie

Kon­struk­cja książ­ki – zło­żo­nej z repor­ta­ży, wywia­dów i teo­lo­gicz­nych tek­stów autor­skich (zna­ko­mi­ci zakon­ni­cy: śp. Bolew­ski, Pru­sak, Szpa­kow­ski) – sprzy­ja otwar­ciu czy­tel­ni­ka na isto­tę rze­czy, czy­li na życie i wia­rę osób o skłon­no­ściach homo­sek­su­al­nych. Nasu­wa się zresz­tą pyta­nie o dyna­mi­kę wia­ry w ogó­le, któ­rą w jakimś sen­sie odda­je spo­sób, w jaki czy­ta­my Nowy Testa­ment.

Spójrz­my na książ­kę. Naj­pierw pozna­je­my egzy­sten­cjal­ne doświad­cze­nie boha­te­rów i ich wia­rę. (Tak jak naj­pierw w Ewan­ge­liach pozna­je­my ludzi, z któ­ry­mi Jezus był w rela­cji). Potem pozna­je­my zma­ga­nie się homo­sek­su­ali­stów z wia­rą we wspól­no­cie Kościo­ła, o któ­rą to – wia­rę i wspól­no­tę – zabie­ga­ją. (Tak jak pozna­je­my w Dzie­jach Apo­stol­skich trud­ne losy prze­kła­da­nia oso­bi­stej rela­cji apo­sto­łów z Jezu­sem na wspól­no­to­we życie sku­pio­ne wokół Nie­go). Potem wresz­cie pozna­je­my pró­by teo­lo­gicz­nej reflek­sji nad wcze­śniej­szy­mi zagad­nie­nia­mi oso­bi­stej wia­ry i wspól­no­to­wo­ści w odnie­sie­niu do osób o skłon­no­ściach homo­sek­su­al­nych. (Tak jak pozna­je­my w Listach Paw­ło­wych nowy język syn­te­tycz­ne­go uję­cia Praw­dy doświad­czo­nej w życiu w kate­go­riach uni­wer­sal­nych). Każ­dy z ele­men­tów, gdy funk­cjo­nu­je samo­dziel­nie, pozo­sta­je nie­zro­zu­mia­ły. Dopie­ro cało­ścio­we uję­cie – a takie pro­po­nu­ją redak­to­rzy „Wię­zi” – zbli­ża do sed­na.

Inny­mi sło­wy: naj­pierw jest oso­bi­ste spo­tka­nie z Jezu­sem, potem z tru­dem budo­wa­na wspól­no­ta tych, któ­rzy Go spo­tka­li, a dopie­ro na koń­cu pew­na teo­re­tycz­na reflek­sja. W jakimś sen­sie podob­ną dro­gą w lek­tu­rze „Wyzy­wa­ją­cej miło­ści” pro­wa­dzą Jabłoń­ska i Gaw­ryś. Naj­pierw zapro­si­li czy­tel­ni­ka do spo­tka­nia z boha­te­ra­mi. Potem przed­sta­wi­li ich dro­gę do wła­sne­go miej­sca we wspól­no­cie Kościo­ła. Na koń­cu doświe­tli­li ją eks­perc­ki­mi gło­sa­mi na temat wia­ry i osób o skłon­no­ściach homo­sek­su­al­nych.

Porzu­co­ny grzech

„Wyzy­wa­ją­ca miłość” sta­wia pyta­nie o grzech. Grzech cha­rak­te­ry­zu­je się tym, że osta­tecz­nie – choć może łudzić, że jest ina­czej – obra­ca się prze­ciw­ko same­mu czło­wie­ko­wi. Tym trud­niej go roz­po­znać, im bar­dziej odle­głe w cza­sie są jego kon­se­kwen­cje. Bywa­ją grze­chy, któ­re – by w naszej docze­sno­ści je oce­nić – wyma­ga­ją spoj­rze­nia dopiero/aż w per­spek­ty­wie zba­wie­nia. Spra­wa grze­chu wciąż rzad­ko bywa trak­to­wa­na jako spra­wa miło­ści. Dopie­ro spoj­rze­nie w świe­tle miło­ści odsła­nia peł­nię dra­ma­ty­zmu sytu­acji grze­chu. Czy w pew­nych przy­pad­kach miłość przez małe „m” musi pozo­sta­wać w nie­roz­wią­zy­wal­nym kon­flik­cie z miło­ścią przez duże „M”? Czy jeśli jest to kon­flikt, ozna­czać to musi wręcz nazna­cze­nie „małej” miło­ści grzesz­no­ścią?

Wspól­ne życie dwóch osób, gdy jeden z part­ne­rów ślu­bo­wał wier­ność komuś inne­mu, to w Koście­le trwa­nie w grze­chu. Wobec tego nie jest moż­li­we uzy­ska­nie roz­grze­sze­nia w sakra­men­cie poku­ty i pojed­na­nia. Skut­kiem jest brak moż­li­wo­ści przyj­mo­wa­nia komu­nii świę­tej. Oso­bom takim (poza nawró­ce­niem) pozo­sta­je tak zwa­na komu­nia ducho­wa. Ist­nie­je jed­nak moż­li­wość peł­ne­go uczest­nic­twa w życiu sakra­men­tal­nym, jeże­li para zre­zy­gnu­je ze współ­ży­cia sek­su­al­ne­go, razem miesz­ka­jąc i wspól­nie budu­jąc przy­szłość. Roz­wią­za­nie to, zna­ne jako bia­łe mał­żeń­stwo, wzbu­dza sze­reg kon­tro­wer­sji. Prze­szko­dą w dro­dze do komu­nii świę­tej jest sam seks, nie zaś rela­cja osób. Jed­no­cze­śnie nie jest moż­li­we zawar­cie związ­ku sakra­men­tal­ne­go, gdy któ­raś ze stron nie może pod­jąć współ­ży­cia. Nie jest z kolei taką barie­rą bez­płod­ność. Kry­tycz­na nie jest więc kwe­stia potom­stwa, lecz budo­wa­nia mał­żeń­stwa poprzez rela­cję intym­ną. A więc seks, sam w sobie dobry, a wręcz koniecz­ny do stwo­rze­nia mał­żeń­stwa, tutaj sta­je się grzesz­ny. Grzesz­ny pozo­sta­je jed­nak czyn, nie sama rela­cja. Rela­cja zaś, by uznać jej miło­sny cha­rak­ter (w zna­cze­niu rela­cyj­nym, nie sek­su­al­nym), nie musi posia­dać poten­cjal­no­ści potom­stwa.

Jak więc postę­po­wać z grze­chem? Jed­na szko­ła mówi, że trze­ba z nim wal­czyć. Wal­ka ta jed­nak nie­sie nie­kie­dy ryzy­ko, że zwy­cię­ża­jąc wła­sny grzech, chce się też zwy­cię­żać cudze grze­chy. A to jest nie­moż­li­we. Raz jeden doko­nał tego tyl­ko Jezus Chry­stus. Dru­ga szko­ła mówi – w związ­ku ze zwy­cię­stwem Jezu­sa – że grzech trze­ba porzu­cić. Porzu­ce­nie grze­chu jest tu pozo­sta­wie­niem go za sobą i odda­niem się w dal­szej dro­dze w Boże ręce. To szko­ła, któ­ra wyma­ga poko­ry. Wyda­je się, że wraz z upły­wem lat i roz­wo­jem ducho­wym, to ona sta­je się naj­bliż­sza boha­te­rom „Wyzy­wa­ją­cej miło­ści”, gdy z kolei pierw­sza nie­sie poważ­ne nie­bez­pie­czeń­stwo dla toż­sa­mo­ści tych osób.

Poten­cjał miło­ści

Jest jed­nak w książ­ce Jabłoń­skiej i Gaw­ry­sia jeden „brak”. To nie brak warsz­ta­to­wy auto­rów – wyda­je się zresz­tą, że wyczer­pa­li oni listę zagad­nień koniecz­nych do poru­sze­nia w takiej publi­ka­cji. W jakimś sen­sie to „brak” bar­dziej zna­czą­cy. Napraw­dę nie­wie­le zosta­ło powie­dzia­ne w „Wyzy­wa­ją­cej miło­ści” o spra­wie rodzi­ciel­stwa. Ten ele­ment mię­dzy­ludz­kich rela­cji pozna­je­my wła­ści­wie tyl­ko od jed­nej stro­ny: rela­cji rodzi­ców do swo­ich dzie­ci o skłon­no­ściach homo­sek­su­al­nych.

Ale czy oso­by te noszą w sobie pra­gnie­nie zrodzenia/sprowadzenia na świat dzie­ci, czy wyklu­cza­ją taki sce­na­riusz, czy odczu­wa­ją lub choć­by prze­czu­wa­ją w sobie ten bio­lo­gicz­ny poten­cjał? Czy ta miłość dwoj­ga jest otwar­ta na tego trze­cie­go, któ­rym jest dziec­ko? Być może to temat zbyt intym­ny. W książ­ce, owszem, zazna­czo­ny zosta­je pro­blem zwią­za­ny z ewen­tu­al­nym usta­wo­daw­stwem i kwe­stią adop­to­wa­nia dzie­ci przez związ­ki osób tej samej płci. Wia­do­mo, że ist­nie­je taka moż­li­wość w nie­któ­rych kra­jach. (Pro­blem ten nie­daw­no został pod­ję­ty przez mie­sięcz­nik „Znak”). Czy­ta­jąc „Wyzy­wa­ją­cą miłość” pozo­sta­je jed­nak wra­że­nie nie­istot­no­ści tej kwe­stii. Czy dla­te­go, że nie jest ona waż­na dla samych boha­te­rów? Jak wia­do­mo, w przy­pad­ku zacho­wy­wa­nia celi­ba­tu przez oso­by hete­ro­sek­su­al­ne, chęć posia­da­nia potom­stwa jest na pew­nym eta­pie poważ­nym doświad­cze­niem. Nie wiem jed­nak, jak jest w przy­pad­ku osób o skłon­no­ściach homo­sek­su­al­nych czyn­nych sek­su­al­nie bądź nie.

Ten „poten­cjał miło­ści” wpi­sa­ny w rela­cję w związ­ku hete­ro­sek­su­al­nym, tutaj pozo­sta­je więc poza głów­nym nur­tem zagad­nień. Szer­sze poru­sze­nie tego wąt­ku być może pomo­gło­by w rozu­mie­niu zja­wi­ska spo­łecz­ne­go, któ­re­go rów­nież Pol­ska zaczy­na być czę­ścią: gdy pary hete­ro­sek­su­al­ne, w któ­rych rela­cje wpi­sa­na jest płod­ność, dążą we współ­cze­snej kul­tu­rze do peł­nej dostęp­no­ści anty­kon­cep­cji, to jed­no­cze­śnie pary homo­sek­su­al­ne – nie mając płod­no­ści „danej” – dążą do zdo­by­cia jakie­goś rodza­ju „zastęp­czej” płod­no­ści (adop­cji, in vitro i suro­ga­tek).

Towa­rzy­sze­nie

Książ­ka Jabłoń­skiej i Gaw­ry­sia jest zupeł­nie wyjąt­ko­wa. Pozo­sta­wia kry­ty­ków posłu­gu­ją­cych się ste­reo­ty­pa­mi – czę­sto zresz­tą tyl­ko z tego powo­du, że nie zna­ją, więc nie mają jak zro­zu­mieć „pro­ble­mu” – bez­bron­ny­mi. Ale napi­szę to jesz­cze raz: cał­kiem osob­ny i nie wprost obec­ny ele­ment zbu­do­wa­nia rela­cji ze swo­imi boha­te­ra­mi i towa­rzy­sze­nia im w życiu i wie­rze – jest w „Wyzy­wa­ją­cej miło­ści” bez­cen­ny.

[Recenzja pierwotnie ukazała się na stronie autorskiej Tomasza Ponikły: www​.tomasz​po​ni​klo​.pl]