widzimy
| 28 listopada 2012 ]

Zabawne misterium

Choć jest ledwie po południu, wita nas szampanem. No to: cin-cin, za spotkanie! Fale długich, farbowanych na rudy brąz włosów i szeroki uśmiech na pięknej twarzy. Pokazuje nam dom, opowiada o pamiątkach z podróży. Po obiedzie oglądamy zdjęcia. Są to w dużej części stare, czarno-białe fotografie wykonane przez profesjonalnych artystów podczas prób. Ciała zastygłe w teatralnych gestach, jasne twarze na ciemnym tle. Oczy.

Zwykle nie były to główne role, ale i takie się zdarzały. Ten spektakl został nagrany przez telewizję, w tamtym śpiewała w duecie ze sławnym tenorem, za ten z kolei, grany przez ileś tam lat, zbudowała swój dom. Te kolorowe to z benefisu pięćdziesięciolecia pracy scenicznej.

Na „do widzenia” znów wznosimy toast. A właśnie, musimy pójść razem do opery. Patrzy w kalendarz: który termin mi pasuje? No to jesteśmy umówieni.

* * *

Idę jak student prawa, w marynarce i dżinsach. Niestety, jestem „underdressed”, ale mi wybaczy. W takim razie może szampan? Cin-cin! Mamy miejsca w loży. Ona śpiewała kiedyś w tej operetce i zna ją na pamięć. Niektóre fragmenty nuci pod nosem, podrygując wesoło na siedzeniu. Gdy wybucha aplauz, klaszcze najdłużej ze wszystkich. Wie, że artyści liczą w myślach, jak długo trwają oklaski.

Rozglądam się po tonącej w półmroku widowni. Jesteśmy w niewielkim miasteczku uzdrowiskowym i średni wiek widzów przekracza sześćdziesiąt lat. Wszyscy odświętnie ubrani. Niektórzy pewnie chodzą na wszystkie przedstawienia. Opera nie jest kolejnym powszednim miejscem, obok domu, pracy, ulicy. Serce bije tutaj inaczej, a zmysły są wyostrzone. Tak, bierzemy udział w misterium, choć jest to lekkie, zabawne misterium.

* * *

Znów idę do opery, tym razem z rodzicami i siostrą. Znów na operetkę: „Walzertraum” („Czar walca”) Oscara Strausa. Fabuła jest mniej więcej taka: następczyni tronu jednego z niemieckich państw zakochuje się w wiedeńskim poruczniku i życzy go sobie na męża. On myśli, że to żart, i się zgadza, zresztą księżniczka mu się podoba (mnie, swoją drogą, również). Ślub się odbywa, ale do skonsumowania małżeństwa nie dochodzi; porucznik żąda osobnej sypialni. Nie podoba mu się sztywna dworska etykieta, nie podoba mu się, że prawie nigdy nie może być sam na sam z żoną i że wszyscy oczekują jedynie, iż spłodzi następcę tronu. Nocą wyrywa się z domu, by słuchać żeńskiej orkiestry wiedeńskiej, która przyjechała do niemieckiego miasta, i flirtować z dyrygentką. Ale księżniczka się zmienia. Organizuje intymny poczęstunek w wiedeńskim stylu, zamawia nową suknię. Lody topnieją, małżonkowie zmierzają do wspólnej sypialni. Kurtyna zapada.

Operetka „Walzertraum”, Copyright: Barbara Pálffy / Volksoper

Banalne? Oczywiście. Ale długo klaskaliśmy po tym spektaklu, stanowiącym apoteozę wiedeńskości i – chyba tak – apoteozę małżeństwa.

Witold Gombrowicz napisał kiedyś parodię operetki pod tytułem „Operetka” właśnie. Chciał wyśmiać w niej zideologizowaną Europę XX wieku, ogłosić „bankructwo wszelkiej ideologii politycznej”. Ale robić to, parodiując operetkę? Wyśmiewając się z miłości i miłostek, z muzyki i tańca, z zabawy i śmiechu?