widzimy
| 10 sierpnia 2015 ]

Zwyczajna niedziela

Kościółek jest drewniany, XVIII-wieczny. Stoi na skraju wsi, choć zaraz obok jest zgrabny placyk otoczony starymi zabudowaniami, więc pewnie kiedyś tu właśnie dla mieszkańców było centrum świata, a przez ostatnie lata wioska wypączkowała nowymi kubikami domów w innym kierunku. Jest niedzielny poranek, chwilowa ulga od dojmujących upałów. Msza się jeszcze nie zaczęła, ale od jakiegoś czasu już nieopodal wejścia na przykościelny placyk gromadzą się mężczyźni. Trzymają się razem, w wyprasowanych koszulach z krótkimi rękawkami, które opinają spalone na heban, żylaste ramiona. Rozglądają się czujnie, obserwują, witają swoich. Oswajają tę przestrzeń tak inną od szorstkiego trudu ich codziennych zajęć, tak samo jak robili to ich ojcowie.

grafika deska

Pewnie pamięta ich wszystkich jeszcze szara plebania – lekko odrapane pękate kolumny podtrzymujące daszek na pewno nie stoją tu od wczoraj. Przeglądają się w oknach organistówki po drugiej stronie placu. Niski, symetryczny budynek z czerwonej cegły, na szczytowej ścianie starym zwyczajem zamieszczono datę budowy – 1925. W oknach już od samego rana spuszczone rolety, przed słońcem nie chronią nawet grube 90-letnie mury.

Kościółek jest otwarty na przestrzał w stronę okolicznych łąk i pól, skąd płynie odrobina chłodu. W środku niedawno musiał być remont, bo drewniany szalunek jest świeży, czysty. Tylko przy wyjściu z zakrystii zostawiono stare, oryginalne drzwi – niziutkie, żeby ksiądz musiał skłonić głowę, przystępując do ołtarza – oraz kilka desek z oryginalnymi freskami. Być może kiedyś zdobiły całe wnętrze? Teraz jest w odcieniu miodowego brązu, na którego tle błyszczą neobarokowe ołtarze.

Świątynia jest malutka, ale w prezbiterium mieszczą się ławki dla dzieci. Pyzata dziewczynka z długim czarnym warkoczem jest tu na razie sama, macha nogami w białych podkolanówkach, skubie nerwowo małą torebeczkę przewieszoną elegancko przez ramię. Ciszę przerywa jedynie monotonny szum plastikowego wiatraka, który ustawiono dyskretnie za ambonką – jedyna ulga od upału.

Zaczyna się Msza. Zażywny ksiądz w średnim wieku wchodzi dziarsko, z sympatią patrzy na wiatrak, po czym łobuzersko uśmiecha się do młodej lektorki, która usiadła naprzeciw. Wierni zaczynają śpiewać – dostojnie, lento. Ich wyćwiczony przez lata chór uderza jedną falą. A potem pod drewniane sklepienie płyną słowa św. Pawła: „Nie zasmucajcie Bożego Ducha Świętego, którym zostaliście opieczętowani na dzień odkupienia. Niech zniknie spośród was wszelka gorycz, uniesienie, gniew, wrzaskliwość, znieważenie – wraz z wszelką złością. Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni! Przebaczajcie sobie, tak jak i Bóg nam przebaczył w Chrystusie. Bądźcie więc naśladowcami Boga, jako dzieci umiłowane, i postępujcie drogą miłości, bo i Chrystus was umiłował”.

Proboszcz robi wszystko, żeby nie zasmucać Ducha Świętego i swoich parafian. Msza toczy się niespiesznie, ale jest w niej dużo uśmiechu. No bo jak tu się nie uśmiechnąć, gdy ksiądz mówi, że prorok Eliasz miał problemy z królem, który był – co tu kryć – zwyczajnie głupi? Ale homilia jest całkiem na serio, bo jest tu nie tylko opowieść o Eliaszu, ale też o Kościele Chrystusowym, którego członkowie – niczym kiedyś Żydzi – ciągle szemrają przeciwko swojemu Bogu, ciągle zapominają o słowach św. Pawła, który wołał: „Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni!”. Pada dużo zwyczajnych, prostych słów – takich, po których chce się być lepszym człowiekiem, chce się być bliżej Boga. Proboszcz uśmiecha się do małych, stremowanych ministrantów, którzy przynieśli mu wodę i ręcznik. I to wystarczy, już wiedzą, że to, co robią, jest dobre. Przed samą komunią znika w zakrystii. Myje ręce. „Z szacunku do parafian i Chleba” – wyjaśnia ktoś. Na każdym kroku widać, że ta mała wspólnota się lubi – ze swoim duszpasterzem i między sobą. Po Mszy ludzie zbijają się w małe grupki, krzyczą, żartują, umawiają się na spotkanie.

Przykościelny placyk powoli pustoszeje. Kościelny zamyka drzwi od zakrystii. Ksiądz mija pękate kolumienki i znika za drzwiami plebanii.

Nic niezwykłego się przecież nie stało.

Po prostu Kościół.