myslimy
| 14 stycznia 2015 ]

Żywe Słowo na palmie

Dyskusja o metodzie ojca Szustaka − część 6

Ta dyskusja wybuchnąć musiała. Popularność ojca Szustaka rośnie z każdym miesiącem, czyniąc z anonimowego do niedawna zakonnika − duchowego celebrytę. Każdy taki fenomen – nawet wyrastający z całkiem uczciwych pobudek − może przybierać formy patologiczne. Próbę krytycznego podejścia do kaznodziejstwa dominikanina podjął w swoim tekście Jarosław Dudycz. Rozpoczęcie tego tematu nie jest złe samo w sobie, sęk w tym, że zarzuty autora trafiają w moim przekonaniu kulą w płot.

Ojca Szustaka zacząłem słuchać, zanim to się stało modne. Nie istniała wtedy jeszcze „Langusta na palmie” (strona internetowa kaznodziei z jego konferencjami i homiliami), a sława dominikanina nie wychodziła poza Kraków. Jego „Pomarańczarnie” – rozważania nad „Pieśnią nad Pieśniami” dotyczące spraw damsko-męskich − były dla mnie drogowskazem w budowaniu związku, a w rekolekcjach znajdowałem odniesienie do swoich realnych problemów. Mimo to tekst Jarosława Dudycza mnie nie zaskoczył, a wręcz ucieszył. Każda moda w Kościele – a słuchanie o. Szustaka stało się modą – może mieć swój negatywny wymiar i nawoływanie do ostrożności jest cenne. Wydaje się jednak, że uwagi autora są mocno nietrafione lub w najlepszym przypadku przesadzone. Jaką diagnozę stawia Dudycz? W jego przekonaniu ojciec Szustak dokonuje psychoanalitycznej nadinterpretacji Pisma Świętego, tworząc przed słuchaczami atrakcyjną, ale naiwną wizję Boga, ładując się przy tym w filozoficzno-teologiczne pułapki, które dla słuchaczy mogą być początkowo niedostrzegalne, ale po głębszej analizie stają się oczywiste. Tym samym dominikanin, w swoim symbolicznym odczytywaniu Biblii, może prowadzić na manowce, zwłaszcza tych, którzy uważają go za jedynego posiadacza prawdy.

Ta ostatnia refleksja jest oczywiście słuszna, ale nie może być personalnie sprowadzona jedynie do ojca Szustaka. Każdy charyzmatyczny kaznodzieja może stać się dla swoich słuchaczy bożkiem, niezależnie, czy stosuje metody opisywane przez Jarosława Dudycza czy nie. To pułapka, w którą można wpaść zawsze, kiedy w dojrzewaniu religijnym bardziej szukamy mistrzów niż Chrystusa. Tyle że akurat sam dominikanin robi wiele, aby to nie on stał się istotą kultu, ale Bóg, którego kerygmat głosi. Zawsze w centrum jego wypowiedzi jest Chrystus i prosta z pozoru refleksja, że bez Boga jesteśmy zupełnie bezradni. To, co robią z tym jego wielbiciele, jest już nieco poza nim. W tym sensie ważne jest przestrzeganie przed nadmiernym ubóstwieniem kaznodziei, zwłaszcza przy jego niezwykłej umiejętności uwodzenia słuchaczy. O ile więc wniosek jest słuszny, to przesłanki, które do niego prowadzą są w moim przekonaniu błędne.

Na wstępie trzeba się zastanowić, do kogo dominikanin kieruje swoje słowa. Nie jest to bez znaczenia, bo z pewnością nie są one tak uniwersalne, jak wskazywałaby jego popularność. Rekolekcjami programowymi, które niejako ustawiają całą misję o. Szustaka, była „Ewangelia dla potłuczonych” wygłoszona w czasie Wielkiego Postu w 2012 roku. Dominikanin chce trafić przede wszystkim do tych, których relacje z Bogiem są zupełnie pogmatwane, którzy w Kościele nie znajdują ani pociechy, ani rozwiązania własnych problemów, którzy czują się ignorowani, albo wręcz potępieni. Nie bez znaczenia jest tu samo doświadczenie o. Szustaka, który nie ukrywa swoich zakrętów życiowych i upadków, z których – jak podejrzewam – zazdrośni krytycy (przy czym – uspokajam − nie mam tu na myśli Jarosława Dudycza) zrobią za jakiś czas „pożytek”. Dla tych społecznie zaangażowane homilie, jakie często zdarzają się w czasie niedzielnych Mszy, są pustymi słowami, niedotykającymi ich problemów i kłopotów z wiarą. Tak samo martwym Słowem pozostaje Pismo Święte, nie żyją Ewangelią, bo jest ona dla nich jedynie zapisem cudów i wypowiedzi Chrystusa, kronikarskim zbiorem faktów, z którymi nie bardzo wiadomo, co robić. Czy może jeszcze zachwycać uzdrowienie trędowatego w naszym małym polskim świecie, w którym chorych na trąd nie widujemy, a samą historię słyszeliśmy już setki razy? Czy przemawiać może do nas jeszcze modlitwa „Ojcze nasz” bezwiednie klepana przy każdej możliwej okazji?

To, co urzeka w kaznodziejstwie dominikanina to ożywianie Słowa, sprawianie, że przeciętna przypowieść nie jest już czymś stosownym dla czasów, w których powstawała, ale ponadczasową opowieścią o człowieku i jego relacjach z Bogiem. Wbrew pozorom o. Szustak nie jest w takim podejściu do Biblii oryginalny (co zresztą sam we wspomnianych rekolekcjach przyznaje). Nie on tworzy owe psychoanalityczne dociekania, nie on jedynie szuka symbolizmu nawet w wydarzeniach, które mogą się wydawać empirycznymi faktami. Takie podejście do Słowa jest wyciągnięte wprost z tradycji Kościoła, nie jest więc w homiletyce czymś obcym czy sprzecznym z duchem przepowiadania Ewangelii. Ojciec Szustak nie stworzył żadnej metody psychoanalitycznej, lecz sięgnął do znanej w początkach chrześcijaństwa egzegezy alegorycznej uprawianej m.in. przez Orygenesa z Aleksandrii, którego pisma mają zresztą potężny wpływ na kaznodziejstwo dominikanina, podobnie jak dzieła innych starożytnych Ojców Kościoła. Wiele spośród jego – wydawałoby się – własnych przemyśleń jest niczym innym jak przypomnieniem wczesnochrześcijańskich refleksji nad Pismem i ich przełożeniem na współczesny język. Alegorie, które dla Jarosława Dudycza mogą negować empiryczny charakter spotkania z Bogiem, są żywcem wyjęte ze wspomnianego aleksandryjskiego teologa czy Euzebiusza z Cezarei. Jak więc pierwszy z nich widział odczytywanie Pisma? W swoich rozważaniach na temat Księgi Liczb pisał:

„Taka jest nauka Prawa i Proroków w szkole Chrystusa. Gorzka jest litera, która jest niczym łupina; w drugiej kolejności dotrzesz do skorupy − to nauka moralna; w trzeciej kolejności odnajdziesz sens tajemnic, którym karmią się dusze świętych w życiu obecnym i przyszłym”.

W IV księdze dzieła „O zasadach” pouczał natomiast:

„Potrójnie więc należy zapisywać w swej duszy wszelkie rozumienie pism Bożych: to znaczy, żeby każdy prosty człowiek czerpał zbudowanie z samego, że tak powiem, ciała Pisma − bo tak nazywamy pojmowanie zwyczajne i historyczne; jeśli zaś ktoś zaczął już czynić postępy i może patrzeć nieco szerzej, niech się buduje samą duszą Pisma”.

Metoda stosowana przez ojca Szustaka jest więc niczym innym niż orygenesowskim dociekaniem do sedna Słowa, jest rozkładaniem go na części pierwsze, a przy tym ożywianiem go i sprawianiem, że zaczyna ono tętnić w słuchaczu. Czy można więc zarzucać – jak czyni to Dudycz – że nie w to wierzy Kościół? Czyż nie istotą nauczania jest to, że Słowo Boże jest żywe, że Objawienie jest czymś ciągle odradzającym się na nowo i przemawiającym w każdym czasie i miejscu? Pismo nie jest rzeczywistością zamkniętą i jest też czymś więcej niż zbiorem faktów. Jest ciągle powtarzającym się Objawieniem Boga, które przecież nie ogranicza się do tego, czy stwierdzimy, że Szaweł faktycznie widział Chrystusa, czy jest to tylko alegoryczny opis jego dojrzewania duchowego. Paradoksalnie jedno nie przeczy drugiemu, jeśli przyjmiemy, że Stary i Nowy Testament jest zbiorem ksiąg natchnionych, których celem nie jest jedynie przekazanie wiedzy o postaciach i wydarzeniach biblijnych, ale zaproszeniem na spotkanie z żywym Bogiem. Dodatkowo – jak twierdzi Orygenes – jeśli wierzymy w to, że Pismo powstawało z natchnieniem Ducha Świętego − to każde słowo i znak (nawet najmniejsza jota i kreska) ma w nim swoje niebagatelne znaczenie, jest napełnione głębią prawdy o tym, kim jest Bóg. Dlatego tekst wymaga analizy głębszej niż tylko zrelacjonowanie wydarzeń, które opisuje.

Ojciec Szustak nie zastanawia się więc nad realnością zdarzeń, ale próbuje je ożywić i przedstawić jako relację Bóg − człowiek. Najpewniej zaistnienie części z nich uważa za oczywiste, więc rozważanie nad ich historycznością nie ma sensu (nie widzę np. zasadności w pytaniu, czy o. Szustak wierzy w realność zmartwychwstania, bo niewiara uniemożliwia głoszenie kerygmatu, a tego kaznodziejstwu dominikanina zarzucać nie można). Inne natomiast świadomie odczytuje czysto alegorycznie, bo tylko w kategorii naiwności oceniać można pogląd, że całe Pismo jest historyczną kroniką wydarzeń, a nie dziełem literacko-teologicznym, który w formie opowieści stara się ukazać prawdy wiary. Nie można przecież ignorować faktu, że ewangeliści sięgali po literackie toposy, tak jak chociażby św. Jan, który świadomie opis męki Chrystusa przedstawił tak, że każdy znawca starożytnych celebracji koronacyjnych z łatwością odczyta w nim proces nie tyle uśmiercania Jezusa, co wynoszenia go na tron. Podobnie jest chociażby z opowieścią o magach czy pasterzach, którzy przybyli do betlejemskiej stajenki. Można je próbować uważać za fakt, lecz można także widzieć w nich rodzaj żydowskiego midraszu – teologicznego komentarza do Pisma, ukazującego, że misja Chrystusa jest czymś uniwersalnym, wychodzącym poza ramy żydowskiego mesjanizmu. Zresztą z punktu widzenia chrześcijaństwa nie jest ważne to, kto do stajenki przybył, lecz sam fakt Wcielenia – tak patrzyli na to pierwsi chrześcijanie. Opowieść o wydarzeniach wokół Narodzenia może więc być literackim wymysłem, który jednak przedstawia nam najskrytszą tajemnicę Boga. Tym samym traktowanie Pisma jako czysto historycznego zbioru faktów jest taką samą pułapką, jak odczytywanie go wyłącznie w kategorii symbolu.

Jarosław Dudycz stawia wreszcie zarzut, że o. Szustak naiwnie przekonuje słuchaczy, że mogą stać się jak bohaterowie biblijni, że niewiele dzieli ich od doskonałości „potłuczonych”. Autor pisze, że nie da się przecież porównać empirycznego spotkania z Bogiem, którego doznali św. Paweł czy Mojżesz, do doświadczeń przeciętnego wierzącego, którego trudno posądzać o doznania mistyczne. Oczywiście można zapytać, czy wobec tego dla Autora możliwość spotkania z Bogiem dla niemistyków jest czymś niemożliwym lub zamkniętym? Czy jedyną możliwością na osiągnięcie świętości jest stanięcie ze Stwórcą twarzą w twarz? I wreszcie, ostatnie pytanie, czy faktycznie istotą nawrócenia jest osobiste spojrzenie w oczy Chrystusowi? Co w takim razie z tysiącami ludzi, którzy mieli szanse Go spotkać w czasie nauczania? Co z tymi, których nakarmił chlebem i rybami? Czy wszyscy doznali zbiorowego nawrócenia? Czy spojrzenie na Jezusa sprawiło, że młodzieniec zostawił cały swój majątek i poszedł za Nim? Jeśli historycznie potraktować słowa Pisma, to namacalne spotkanie z Jezusem nie dawało jeszcze licencji na wiarę, musiało za nią stać coś jeszcze i właśnie tym „czymś jeszcze” zajmuje się ojciec Szustak w swoim kaznodziejstwie.

Na koniec warto podzielić się refleksją luźno związaną z tekstem Jarosława Dudycza i spróbować odpowiedzieć na pytanie, gdzie tkwi istota popularności ojca Szustaka. Nie przez przypadek przecież „Langusta na palmie” ma na Facebooku tysiące fanów, jego rekolekcje przyciągają zaskakującą liczbę słuchaczy, a zapisy do grupy „Pokuta” idącej w pielgrzymce dominikańskiej trzeba zamykać po kilku minutach z powodu osiągnięcia maksymalnej liczby uczestników. Czy to tylko psychologizowanie, czy może powrót na realny grunt problemów, jakie ludzie mają z wiarą i życiem? Ojciec Szustak nie chce lukrować rzeczywistości, pocieszając się, że jego słuchacze to mityczne pokolenie JP2, które nic nie robi cały dzień, tylko zaczytuje się w encyklikach papieskich, a „Miłość i odpowiedzialność” Karola Wojtyłły recytuje przez sen. Pewnie doskonale wie, że wspólnota, do której mówi, to grupa ludzi, których często Kościół dostrzegać nie chce, albo oszukuje się, że nie istnieją. Bo przecież nie wystarczy złorzeczyć na „kulturę singli”, ale może warto zauważyć, jak wielkie kłopoty mają zarówno młodzi, jak i starzy z zawiązywaniem relacji. Może niepotrzebne jest strasznie złowrogim „genderem”, a lepsze byłoby spostrzeżenie, że wielu ludzi zastanawia się dzisiaj, co to znaczy być kobietą i mężczyzną, a kulturowe stereotypy nie dają na to satysfakcjonującej odpowiedzi. Może wierni nie potrzebują wielkich społeczno-politycznych analiz, ale chcą odnaleźć się w swoim pogmatwanym życiu.

Ojciec Szustak właśnie na te potrzeby odpowiada. Jest przy tym wszystkim autentyczny, bo stoją za nim nie tylko umiejętności krasomówcze, ale także doświadczenie życia i grzechu, którego nie ukrywa i nie tuszuje. Jak wielką trzeba mieć odwagę, aby publicznie, w kościele, wobec wiernych, przyznać się do własnych poważnych słabości, w kraju, w którym wielu księżom przez gardło nie chce przejść, że mieli w młodości partnerki albo byli zakochani. To wszystko jest niczym innym jak ożywianiem Słowa, sprawianiem, że zaczyna trafiać ono do krwiobiegu, pobudzając do życia. I może tego właśnie szukają słuchający ojca Szustaka. Ten schemat nie jest zresztą odosobniony. Na tym samym gruncie swoją popularność buduje biskup Grzegorz Ryś, a kiedyś z tych właśnie powodów wziętym kaznodzieją był były jezuita Fabian Błaszkiewicz. Może więc sława ojca Szustaka jest papierkiem lakmusowym tego, czego nam w rodzimym Kościele najbardziej brakuje?

Artykuł stanowi część dyskusji zapoczątkowanej tekstem Jarosława Dudycza „Między teologią a psychologią − manowce ojca Szustaka”. Pozostałe teksty:

Katarzyna Nocuń, „Zobaczę, że jestem jak Piotr
Michał Lewandowski, „Realne i metaforyczne
Jan Popieluch, „Odpowiedzialność autorytetu”
Marcin Suskiewicz, „Bóg nie wprost”
Marcin Nowak, „Ojciec Szustak to Pies Pański, a nie filatelista”
Jarema Piekutowski, „W poszukiwaniu punktów zaczepienia”
Piotr Sikora, „Chrześcijaństwo – przemieniające doświadczenie Boga”